Wielka Brytfanna jest wyspą, a więc otacza ją morze. Na jej wybrzeżach znajdują się porty. Bardzo dużo portów. Każdy jest połączony z miastem. W tych właśnie miastach są domy, sklepy a przede wszystkim gospody. Tak, gospody są ważnym elementem nadmorskiego krajobrazu... Każdy pracownik portu pod koniec dnia zawsze jakimś cudem trafia do jednej z nich. Jak to możliwe? Czy ci pracownicy nie mają domów? Mają, ale w domach czekają na nich żony, które natychmiast każą im iść się myć ze względu na rybi smród, którym przesiąknięte są ich ubrania. Czy zatem w Świecie Nonsensu nie można nigdzie być akceptowanym bez względu na zapach? Można, właśnie w gospodach. Tam nie istotne jest jak bardzo śmierdzisz, jak brzydki i brudny jesteś ani jak okropny jest twój charakter. Liczy się tylko grubość portfela i to, w jakim stopniu jest on wypełniony rachunkami. Oraz to, czy przypadkiem nie jesteś u kogoś (u właściciela gospody) zadłużony. No i ewentualnie to, czy masz przy sobie broń, ale akurat na wybrzeżach nie jest to wielkim problemem. Wszystkie ewentualne trupy wyrzuca się do morza.
I właśnie w takim jednym porcie, przy jednym miasteczku, niedaleko jednej (albo może półtorej, jeśli liczyć walącą się przybudówkę) gospody u ujścia rzeki Tuizy, między statkami na brzegu przemknęła schylona postać w kapturze. Pozostałaby kompletnie niezauważona, gdyby nie wielki worek z rybami, który ciągnęła za sobą. Postać dotarła do najbliższego magazynu na ryby i weszła do środka. Owionął ją zapach krwi, tranu i gnijących resztek z owoców morza, których dziś nie sprzedano. Spomiędzy gór ryb wysunął się niski mężczyzna, sam zresztą odrobinę przypominający bardzo grubą rybę. Gdyby ktoś stał na zewnątrz i nie został zwalony z nóg zapachem tego miejsca, usłyszałby podziękowania i brzęk gotówki przechodzącej z rąk do rąk. Taki brzęk, choćby najcichszy, był słyszalny dla wszystkich, którym tej gotówki brakowało. A brakowało jej wszystkim. Nieważne, ile już mieli. Postać w kapturze, wstrzymując oddech, wybiegła z magazynu (tym razem bez ryb, za to z brzęczącą gotówką ukrytą pod płaszczem) i skierowała się w stronę najbliższej gospody. Weszła ona do środka i nie zdejmując kaptura zaczęła rozmawiać z właścicielem tawerny (czytaj: gospody). Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Przychodzili tu różni ludzie i nie tylko ludzie. Kaptur nie był niczym dziwnym, a wręcz mile widzianym. Nie trzeba było patrzeć na, często brudną, brzydką i zarośniętą, podejrzaną albo zwyczajnie przerażającą twarz przybysza. Taki układ wszystkim odpowiadał. Można było wszystkich ignorować i nie zaprzątać sobie głowy myśleniem kim ci "wszyscy" są i czy należy się ich bać. Podczas, gdy goście gospody starannie ignorowali naszą postać, weszła ona za rząd pudeł w rogu tawerny (prawdopodobnie miała być to scena). Nikt tego nie zauważył. Tymczasem postać wyjęła z zakamarków szaty harfę i weszła na scenę. Nagle w całej gospodzie zrobiło się cicho. Tak cicho, jak to tylko możliwe, gdy po przeciwnej stronie ulicy jest inna gospoda, której goście drą się jakby ich obdzierano ze skóry za pomocą tępego noża. Postać zdjęła kaptur. Czarne długie włosy zafalowały z ulgą, pozbywszy się materiału który je trzymał w ukryciu. Czarne oczy uważnie przyjrzały się widowni. Białe palce przebiegły po strunach harfy, czerwone usta otworzyły się i z nich wydostał się piękny dźwięk. Na sali zrobiło się jeszcze ciszej. Nawet krzyki gości z lokalu naprzeciwko nie wydawały się być aż takie głośne. A dźwięk trwał. Cieszył się wolnością, zdobytą po długim czasie bycia zamkniętym w strunach głosowych postaci. Do niego zaraz dołączyły inne, z tego samego źródła. Postać śpiewała coś o stracie, domu i złych ludziach, ale tekst się nie liczył. Ważny był dźwięk. Oczy słuchaczy zaszły łzami, gdy obraz przed nimi zmieniał się, ukazując im ich własne rodzinne domy. Rytm się zmienił. Smutne, pojedyncze dźwięki zastąpiła jedna, żywa melodia. Rozpoczęła się nowa piosenka, nowa historia. Goście i gospodarz wstali i zaczęli tańczyć, widząc przed sobą już nie wnętrze gospody, ale to, co każdy chciał. A w każdym z tych obrazów gdzieś krył się ten dźwięk, który sprawiał, że nie tylko ludzkie ciało, ale i dusza tańczyła, ten dźwięk, który wydobył się z ust postaci. Czas dla słuchaczy stanął w miejscu, a tymczasem gospoda była w coraz gorszym stanie. Ludzie i nie tylko ludzie przewracali krzesła i stoły, wirując w rytm muzyki. I w pewnym momencie zabrzmiał ostatni dźwięk. Postać założyła kaptur i zeszła ze sceny, a ludzie, nie wiedząc co właściwie się stało, rozglądali się po zdemolowanej gospodzie. Postać wybiegła, zanim gospodarz zdążył podać jej rachunek za straty. I tak tu wróci. Zawsze wraca i nic złego się nie dzieje, chociaż zazwyczaj straty są dużo mniejsze. Przekona go, a on zapomni. Po drodze postać chowała po kieszeniach pieniądze, które ludzie rzucili na scenę. Rzucali też inne rzeczy, a czasem siebie nawzajem, ale ona brała tylko pieniądze. Przeliczyła. Było warto. Może nawet następnym razem da radę zapłacić za straty?
W zasadzie od całkiem niedawna, w Świecie Nonsensu żyje (jescze) pewna dziewczyna mająca więcej szczęścia niż rozumu oraz nieustającego pecha, a na imię ma Dalilea. Ponieważ nazwa do czegoś zobowiązuje, Świat Nonsensu nie jest odkrywany przez ludzi, jak u nas, tylko to świat odkrywa swoich mieszkańców i dostosowuje swoje teorie do nich. Na tym blogu macie szansę przeczytać, co by się mogło stać, gdyby Świat Nonsensu okazał się prawdziwy.
czwartek, 31 grudnia 2015
niedziela, 1 listopada 2015
Rozdział 28 - Powtórka z rozrywki?
Dalilea, Neil i Rafael szli sobie spokojnie wąską uliczką pod murami miasta. Nie, to nie przypadek, że nie główną ani nawet zwyczajną, ale ciasną i przez to mało uczęszczaną trasą. W ostatnim czasie nasi bohaterowie sporo uciekali, więc chcieli sobie od tego zrobić przerwę i choć raz niezauważenie wymknąć się z miasta. Wbrew pozorom zgubienie wściekłego tłumu nie jest takie trudne: wystarczy podczas ucieczki po drodze znaleźć funkcjonariusza straży, który jeszcze nie wie że powinieneś już nie żyć, poskarżyć się na ludzi którzy od tak sobie nagle zaczęli cię gonić (pewnie już wszyscy czytelnicy zauważyli, że większość osób w Świecie Nonsensu nie zaprząta sobie głowy myśleniem dopóki nie jest to konieczne, a i wtedy bywa z tym problem...) i napuścić na siebie dwie strony, z których każda zna inną wersję, a samemu zniknąć za rogiem, mając nadzieję, że nikt nie zauważy twojej nieobecności. Nic prostszego, prawda? Tak więc, w takiej właśnie kolejności, Rafael, Neil i Dalilea zmierzali powoli do bramy miasta, co jakiś czas uciszając siebie nawzajem, robiąc tym większy hałas niż samymi odgłosami kroków. W pewnym momencie Rafael się zatrzymał.
- Słyszycie to? - Zapytał. Neil i Dalilea zgodnie pokręcili głowami.
- No właśnie. Ja też nie. Czy nie powinno być tu trochę... Głośniej? Jakieś odgłosy wściekłego tłumu w oddali? Albo chociaż szczekania psów? Albo nie wiem... Czegokolwiek? - Znów spytał Rafael. - Nie dziwi was ta cisza?
- Może trochę? Idźmy dalej. Nie podoba mi się tu. - Stwierdził Neil.
- A czy wy przypadkiem nie mieszkaliście w podobnej okolicy? - Spytała Dalilea.
- Tak. Mieszkaliśmy. Ale tu jest tak jakoś... Gorzej. Powiedziałbym nawet, że nie tyle gorzej, co źlej. - Stwierdził Neil.
Dalilea obejrzala się za siebie i ścisnęła ręką kostkę w kieszeni. Skoro Neil i Rafael nie lubią tego miejsca, ona nie powinna lubić go tym bardziej. Po chwili namysłu dziewczyna wyciagnęła sześcian i podrzuciła go kilka razy, po czym spojrzała na niego, by sprawdzić, jaki kolor jest na górnej ściance. Czarny. No cóż, to nic nie znaczy, prawda?
- Prawda? - Zapytała na głos Dalilea. Neil i Rafael spojrzeli na nią dziwnie, ale dziewczyna tego nie zauważyla, skupiając się na wysłuchaniu do końca bardzo wyczerpującej odpowiedzi głosiku w swojej głowie. Powiedział on: "Nie.".
Bohaterowie szli dalej w milczeniu, gdy nagle odezwała się Dalilea.
- Ojej...
Neil wymruczał kilka przekleństw, szukając jakiegoś ładnego, dobrze określejącego sytuację słowa, po czym wybrawszy jedno, oznajmił głośno:
- Ojej... Albo nie: Kur... Cholera.
- Nie no... Mogło być w sumie gorzej. - Westchnął Rafael, patrząc na kończący uliczkę mur przed sobą. - Moglibyśmy przecież podczas ucieczki przed wściekłym tłumem trafić w ślepą uliczką i na dodatek usłyszeć za sobą kroki jakichś byków którym nie podoba się to, że wchodzimy na ich teren.
- Szukacie guza, że włazicie na nasz teren? - Odezwał się niski głos za nim.
- A nie, wybaczcie... Przecież właśnie to się dzieje. Czego innego mielibyśmy się spodziewać po życiu? Nic oryginalnego. - Stwierdził Rafael, odwracając się. Żeby spojrzeć w oczy goryla stojącego za nim, musial lekko zadrzeć głowę, ale zamiast tego, żeby nie czuć się małym (oraz z niechęci do odczuwania bardzo silnego bólu wynikajacego z pięści uderzającej o jego twarz), odsunał się dwa kroki w tył. Ujrzał przed sobą czterech wysokich, napakowanych facetów o zwierzęcych mordach. Nie wygladali niestety, jakby przyszli pogadać czy napić się herbatki. Rafael spróbował cofnąć się jeszcze krok, wpadając przy tym na Dalileę, która z kolei wpadła na Neila chowającego się za nią. Rafael rozejrzał się niepewnie, a zaraz potem gwałtownie wyprostował.
- Słyszycie to? - Zapytał, po czym odwrócił się przez ramię, zamachnął i z pięści przyłożył Dalilei w twarz. Dziewczyna wrzasnęła i upadła na ziemię, goryle zatrzymali się zdezorientowani, a zza rogu wyłonił się najpierw funkcjonariusz straży, a za nim mnóstwo zdenerwowanych ludzi z pochodniami. Tymczasem Rafael zaczał przedstawienie.
- Przestańcie!!! Co ona wam zrobiła!? Panie władzo! Panie władzooo!!! Pomocy!
Funkcjonariusz rzucił się do biegu, a za nim tłum, który w międzyczasie zdążył jakoś uzbroić się w widły i pochodnie.
- A czy to nie...? - Zaczął "pan władza".
- Nieważne, kim ona jest! Uderzył ją! Nie widział pan? Ujdzie mu to!? Gdzie jest postęp!? Cywilizacja!? Gdzie władza!? Prawo i porządek!? Tkwimy jeszcze w jaskiniach!?
W tym momencie funkcjonariusz, próbujac stanąć na wysokości zadania, przestał ogarniać sytuację i wspomagany bezsensownymi okrzykami tłumu, zaczął kłócić się z gorylami. Tymczasem Neil, Dalilea i Rafael ulotnili się, wbiegając w sąsiednią uliczkę.
- Słyszycie to? - Zapytał. Neil i Dalilea zgodnie pokręcili głowami.
- No właśnie. Ja też nie. Czy nie powinno być tu trochę... Głośniej? Jakieś odgłosy wściekłego tłumu w oddali? Albo chociaż szczekania psów? Albo nie wiem... Czegokolwiek? - Znów spytał Rafael. - Nie dziwi was ta cisza?
- Może trochę? Idźmy dalej. Nie podoba mi się tu. - Stwierdził Neil.
- A czy wy przypadkiem nie mieszkaliście w podobnej okolicy? - Spytała Dalilea.
- Tak. Mieszkaliśmy. Ale tu jest tak jakoś... Gorzej. Powiedziałbym nawet, że nie tyle gorzej, co źlej. - Stwierdził Neil.
Dalilea obejrzala się za siebie i ścisnęła ręką kostkę w kieszeni. Skoro Neil i Rafael nie lubią tego miejsca, ona nie powinna lubić go tym bardziej. Po chwili namysłu dziewczyna wyciagnęła sześcian i podrzuciła go kilka razy, po czym spojrzała na niego, by sprawdzić, jaki kolor jest na górnej ściance. Czarny. No cóż, to nic nie znaczy, prawda?
- Prawda? - Zapytała na głos Dalilea. Neil i Rafael spojrzeli na nią dziwnie, ale dziewczyna tego nie zauważyla, skupiając się na wysłuchaniu do końca bardzo wyczerpującej odpowiedzi głosiku w swojej głowie. Powiedział on: "Nie.".
Bohaterowie szli dalej w milczeniu, gdy nagle odezwała się Dalilea.
- Ojej...
Neil wymruczał kilka przekleństw, szukając jakiegoś ładnego, dobrze określejącego sytuację słowa, po czym wybrawszy jedno, oznajmił głośno:
- Ojej... Albo nie: Kur... Cholera.
- Nie no... Mogło być w sumie gorzej. - Westchnął Rafael, patrząc na kończący uliczkę mur przed sobą. - Moglibyśmy przecież podczas ucieczki przed wściekłym tłumem trafić w ślepą uliczką i na dodatek usłyszeć za sobą kroki jakichś byków którym nie podoba się to, że wchodzimy na ich teren.
- Szukacie guza, że włazicie na nasz teren? - Odezwał się niski głos za nim.
- A nie, wybaczcie... Przecież właśnie to się dzieje. Czego innego mielibyśmy się spodziewać po życiu? Nic oryginalnego. - Stwierdził Rafael, odwracając się. Żeby spojrzeć w oczy goryla stojącego za nim, musial lekko zadrzeć głowę, ale zamiast tego, żeby nie czuć się małym (oraz z niechęci do odczuwania bardzo silnego bólu wynikajacego z pięści uderzającej o jego twarz), odsunał się dwa kroki w tył. Ujrzał przed sobą czterech wysokich, napakowanych facetów o zwierzęcych mordach. Nie wygladali niestety, jakby przyszli pogadać czy napić się herbatki. Rafael spróbował cofnąć się jeszcze krok, wpadając przy tym na Dalileę, która z kolei wpadła na Neila chowającego się za nią. Rafael rozejrzał się niepewnie, a zaraz potem gwałtownie wyprostował.
- Słyszycie to? - Zapytał, po czym odwrócił się przez ramię, zamachnął i z pięści przyłożył Dalilei w twarz. Dziewczyna wrzasnęła i upadła na ziemię, goryle zatrzymali się zdezorientowani, a zza rogu wyłonił się najpierw funkcjonariusz straży, a za nim mnóstwo zdenerwowanych ludzi z pochodniami. Tymczasem Rafael zaczał przedstawienie.
- Przestańcie!!! Co ona wam zrobiła!? Panie władzo! Panie władzooo!!! Pomocy!
Funkcjonariusz rzucił się do biegu, a za nim tłum, który w międzyczasie zdążył jakoś uzbroić się w widły i pochodnie.
- A czy to nie...? - Zaczął "pan władza".
- Nieważne, kim ona jest! Uderzył ją! Nie widział pan? Ujdzie mu to!? Gdzie jest postęp!? Cywilizacja!? Gdzie władza!? Prawo i porządek!? Tkwimy jeszcze w jaskiniach!?
W tym momencie funkcjonariusz, próbujac stanąć na wysokości zadania, przestał ogarniać sytuację i wspomagany bezsensownymi okrzykami tłumu, zaczął kłócić się z gorylami. Tymczasem Neil, Dalilea i Rafael ulotnili się, wbiegając w sąsiednią uliczkę.
niedziela, 27 września 2015
Rozdział 27 - Rozdział bez ciekawego tytułu, ale z interesującą zawartością. Chyba.
Rafael siedział na śmietniku, nie przysłuchując się specjalnie rozmowie Neila i Dalilei, która opowiadała wciąż o tym, dlaczego jeszcze żyje. Szczególnie nie podobały mu się fragmenty, w których była bliska śmierci. I to nawet nie dlatego że ją lubił, tylko dlatego że wyszła z nich cała. Chyba czuwa nad nią jakiś bóg czy inne paskudztwo, skoro jeszcze nie wącha kwiatków od spodu... Z rozmyślań nad brakiem sensu istnienia wszechświata, a przede wszystkim Dalilei, wyrwał Rafaela Neil:
- Stary, słyszałeś? Na tych grzybkach można by fortunę zbić, jakby dobrze je zareklamować i rozprowadzić po świecie!
- Nie będę niczego reklamował ani sprzedawał.
- Wyobraź sobie! "Zjedz jednego a odlecisz! Przygotuj się na uniesienie do wymiaru boskiego!"
- Taaak... Masz instynkt biznesmena. I zero na koncie, a jeszcze mniej w bani. Nie chcemy truć ludzi. - Westchnął Rafael, po czym dodał ciszej: A przynajmniej większości...
- Zgadzam się z Rafciem. - Stwierdziła Dalilea. - To może być niebezpieczne i...
- NAZWAŁAŚ MNIE RAFCIO!? A CO JA JESTEM, PIES!? - Wrzasnął Rafael.
- Oj, nie gniewaj się... Rafciu. - Zaśmiał się Neil. - Jeszcze nie widziałem kogoś, kto by nazwał psa Rafcio. Ale kiedyś na targu spotkałem panią, co tak wołała do kota...
Rafael odwrócił się od niego z dziwnym wyrazem twarzy. Jak zwykle gdy tak robił, usłyszał chwilę później, że ktoś do niego podchodzi. Ale tym razem... "Błagam, niech to nie będzie Dalilea!" - Poprosił grzecznie w myślach chłopak. W tym samym momencie ktoś go przytulił od tyłu. I znów: "Niech to nie będzie Dalilea!"... Nagle Rafael zorientował się, że to nie jedna, a dwie osoby. Nie było nawet można liczyć na jakiegoś złodzieja, mordercę czy pedofila, bo nic wartościowego przy sobie nie miał, jego życie nic dla nikogo nie znaczyło no i jaki debil chciałby chociażby zbliżyć się do bezdomnego, brudnego osiemnastolatka, nie będąc jego przyjacielem ani kimś, kogo imienia Rafael wolał nie wymawiać zbyt dużo razy żeby tekst się nie powtarzał? Tak, jedna z tych osób to Dalilea...
Po dłuższej chwili odezwał się Neil:
- A może pójdziemy coś zjeść...? Bo tak głupio tak stać... Wiecie... W trójkę, przytuleni, pośrodku uliczki w środku nocy w ciemnej uliczce...
- Ja się o nic nie prosiłem. - Stwierdził Rafael.
- Ale się przecież odwróciłeś jak zwykle...
- To że się ktoś odwraca nie znaczy że należy go przytulić... Puszczać mnie, jeszcze ktoś nas zobaczy i pomyśli że coś złego jej robimy...
- Nie no, bez przesady! - Powiedział Neil. - Nie jesteśmy tacy źli!
- Ha. Ha. Ha.
- No weź, to było zabawne...
Do rozmowy włączyła się Dalilea.
- Naprawdę nie wiem o czym mówicie, jesteście kochani! To idziemy?
I poszli.
Nie wrócili...
- Czyli jak robimy? Neil zagaduje sprzedawcę, Dalilea stoi i się przygląda a ja biorę co potrzebne i oddalamy się z godnością? - Powtórzył Rafael.
- Jak się uda? Tak. - Potwierdził Neil. - Dalilea, zrozumiałaś?
Dziewczyna pokiwała głową. Nie żeby była za kradzieżą, ale umierała już z głodu, bo śmieciowe żarcie, w dosłownym tego wyrażenia znaczeniu, nie starcza na długo. A więc Neil podszedł do grubego wąsacza w fartuchu przy straganie i powiedział:
- Dzień dobry, mógłbym wiedzieć która godzina?
- Nie. - Odburknął sprzedawca. Neil, niezrażony odpowiedzią, kontynuował, a Rafael podszedł od tyłu do skrzyń z owocami. W tym czasie Dalilea spostrzegła nadchodzącego strażnika i niewiele (a właściwie całkowicie nie) myśląc krzyknęła:
- Rafael! Idzie stróż!
Chłopak w ułamku sekundy znalazł się przy niej i spróbował zaciągnąć ją za najbliższy róg, żeby się ukryć. Za późno niestety, bo strażnik może i nie słyszał krzyku, a sprzedawca zajęty zbywaniem Neila nie zwrócił na niego uwagi, ale za to rzucił im się w oczy chłopak ciągnący młodszą dziewczynę za ramię, szepczący jej coś do ucha. W dodatku owa dziewczyna miała przerażony wyraz twarzy. Oczywiście nie było wiadomo, dlaczego, więc zaraz wokół Rafaela i Dalilei zebrał się tłum ze strażnikiem na czele.
- Wytłumaczcie mi natychmiast co tu się dzieje! - Huknął strażnik.
- Przepraszam! - Wyjąkała Dalilea bardziej do Rafaela niż do strażnika. Niestety ten drugi tego nie zauważył.
- Nie twoja wina, dziewczyno, niech on się spowiada! - Strażnik wskazał na Rafaela. Do rozmowy włączył się Neil.
- Ale to nie tak panie władzo, ona jest z nami!
- A co takiego ważnego razem robiliście, co? A może to faktycznie ona jest winna?
- To nie Dalilea! - Krzyknął rozpaczliwie Neil. - To nie żadne z nas!
- Powiedziałeś Dalilea? To bardzo oryginalne imię, naprawdę. Wiesz kto jeszcze nosi to imię? Miss!
Neil otworzył szerzej oczy, uświadamiając sobie, co właśnie zrobił. Cóż, za gwałt w świecie Nonsensu grozi kilka do kilkunastu lat więzienia... Ale za to bycie miss lub ukrywanie jej oznacza śmierć. Sytuacji nie poprawiał fakt, że na sąsiedniej ścianie wisiał niezbyt wierny, ale jednak, portret Dalilei z podpisem "Miss" i wypisaną pod spodem nagrodą pieniężną o wielu zerach za złapanie jej. Tymczasem strażnik kontynuował:
- A ja się założę, że ta dziewczyna i nasza misska to jedna i ta sama osoba...
Reszta jego wypowiedzi nie była już ważna, ponieważ trójka podejrzanych rzuciła się do ucieczki.
Strażnik nieprzyzwyczajony do tego, że ktoś go ignoruje, chwilę jeszcze stał zdziwiony, po czym wrzasnął: Łapać ich!
I sam rzucił się w pogoń.
- Stary, słyszałeś? Na tych grzybkach można by fortunę zbić, jakby dobrze je zareklamować i rozprowadzić po świecie!
- Nie będę niczego reklamował ani sprzedawał.
- Wyobraź sobie! "Zjedz jednego a odlecisz! Przygotuj się na uniesienie do wymiaru boskiego!"
- Taaak... Masz instynkt biznesmena. I zero na koncie, a jeszcze mniej w bani. Nie chcemy truć ludzi. - Westchnął Rafael, po czym dodał ciszej: A przynajmniej większości...
- Zgadzam się z Rafciem. - Stwierdziła Dalilea. - To może być niebezpieczne i...
- NAZWAŁAŚ MNIE RAFCIO!? A CO JA JESTEM, PIES!? - Wrzasnął Rafael.
- Oj, nie gniewaj się... Rafciu. - Zaśmiał się Neil. - Jeszcze nie widziałem kogoś, kto by nazwał psa Rafcio. Ale kiedyś na targu spotkałem panią, co tak wołała do kota...
Rafael odwrócił się od niego z dziwnym wyrazem twarzy. Jak zwykle gdy tak robił, usłyszał chwilę później, że ktoś do niego podchodzi. Ale tym razem... "Błagam, niech to nie będzie Dalilea!" - Poprosił grzecznie w myślach chłopak. W tym samym momencie ktoś go przytulił od tyłu. I znów: "Niech to nie będzie Dalilea!"... Nagle Rafael zorientował się, że to nie jedna, a dwie osoby. Nie było nawet można liczyć na jakiegoś złodzieja, mordercę czy pedofila, bo nic wartościowego przy sobie nie miał, jego życie nic dla nikogo nie znaczyło no i jaki debil chciałby chociażby zbliżyć się do bezdomnego, brudnego osiemnastolatka, nie będąc jego przyjacielem ani kimś, kogo imienia Rafael wolał nie wymawiać zbyt dużo razy żeby tekst się nie powtarzał? Tak, jedna z tych osób to Dalilea...
Po dłuższej chwili odezwał się Neil:
- A może pójdziemy coś zjeść...? Bo tak głupio tak stać... Wiecie... W trójkę, przytuleni, pośrodku uliczki w środku nocy w ciemnej uliczce...
- Ja się o nic nie prosiłem. - Stwierdził Rafael.
- Ale się przecież odwróciłeś jak zwykle...
- To że się ktoś odwraca nie znaczy że należy go przytulić... Puszczać mnie, jeszcze ktoś nas zobaczy i pomyśli że coś złego jej robimy...
- Nie no, bez przesady! - Powiedział Neil. - Nie jesteśmy tacy źli!
- Ha. Ha. Ha.
- No weź, to było zabawne...
Do rozmowy włączyła się Dalilea.
- Naprawdę nie wiem o czym mówicie, jesteście kochani! To idziemy?
I poszli.
Nie wrócili...
- Czyli jak robimy? Neil zagaduje sprzedawcę, Dalilea stoi i się przygląda a ja biorę co potrzebne i oddalamy się z godnością? - Powtórzył Rafael.
- Jak się uda? Tak. - Potwierdził Neil. - Dalilea, zrozumiałaś?
Dziewczyna pokiwała głową. Nie żeby była za kradzieżą, ale umierała już z głodu, bo śmieciowe żarcie, w dosłownym tego wyrażenia znaczeniu, nie starcza na długo. A więc Neil podszedł do grubego wąsacza w fartuchu przy straganie i powiedział:
- Dzień dobry, mógłbym wiedzieć która godzina?
- Nie. - Odburknął sprzedawca. Neil, niezrażony odpowiedzią, kontynuował, a Rafael podszedł od tyłu do skrzyń z owocami. W tym czasie Dalilea spostrzegła nadchodzącego strażnika i niewiele (a właściwie całkowicie nie) myśląc krzyknęła:
- Rafael! Idzie stróż!
Chłopak w ułamku sekundy znalazł się przy niej i spróbował zaciągnąć ją za najbliższy róg, żeby się ukryć. Za późno niestety, bo strażnik może i nie słyszał krzyku, a sprzedawca zajęty zbywaniem Neila nie zwrócił na niego uwagi, ale za to rzucił im się w oczy chłopak ciągnący młodszą dziewczynę za ramię, szepczący jej coś do ucha. W dodatku owa dziewczyna miała przerażony wyraz twarzy. Oczywiście nie było wiadomo, dlaczego, więc zaraz wokół Rafaela i Dalilei zebrał się tłum ze strażnikiem na czele.
- Wytłumaczcie mi natychmiast co tu się dzieje! - Huknął strażnik.
- Przepraszam! - Wyjąkała Dalilea bardziej do Rafaela niż do strażnika. Niestety ten drugi tego nie zauważył.
- Nie twoja wina, dziewczyno, niech on się spowiada! - Strażnik wskazał na Rafaela. Do rozmowy włączył się Neil.
- Ale to nie tak panie władzo, ona jest z nami!
- A co takiego ważnego razem robiliście, co? A może to faktycznie ona jest winna?
- To nie Dalilea! - Krzyknął rozpaczliwie Neil. - To nie żadne z nas!
- Powiedziałeś Dalilea? To bardzo oryginalne imię, naprawdę. Wiesz kto jeszcze nosi to imię? Miss!
Neil otworzył szerzej oczy, uświadamiając sobie, co właśnie zrobił. Cóż, za gwałt w świecie Nonsensu grozi kilka do kilkunastu lat więzienia... Ale za to bycie miss lub ukrywanie jej oznacza śmierć. Sytuacji nie poprawiał fakt, że na sąsiedniej ścianie wisiał niezbyt wierny, ale jednak, portret Dalilei z podpisem "Miss" i wypisaną pod spodem nagrodą pieniężną o wielu zerach za złapanie jej. Tymczasem strażnik kontynuował:
- A ja się założę, że ta dziewczyna i nasza misska to jedna i ta sama osoba...
Reszta jego wypowiedzi nie była już ważna, ponieważ trójka podejrzanych rzuciła się do ucieczki.
Strażnik nieprzyzwyczajony do tego, że ktoś go ignoruje, chwilę jeszcze stał zdziwiony, po czym wrzasnął: Łapać ich!
I sam rzucił się w pogoń.
wtorek, 25 sierpnia 2015
Rozdział 26 - Krótki kurs psychologii w rodzinie dla początkujących
- Więc twierdzisz, że to nienaturalne, że nie płaczę po straceniu domu? - Upewniła się Ceres.
Kai energicznie pokiwał głową. Tak, to nienaturalne. I to bardzo. Może jesteś chora, albo coś?
- Może jestem chora, czy coś? Ale czuję się dobrze.
Smok ze smutkiem pokręcił głową.
- Wiem że chodzi o to, czy jestem chora na głowę! Nie patrz tak na mnie, rozumiesz? Za kogo ty się uważasz? Za psychologa?
Kai wyszczerzył zęby, po czym otworzył torbę Ceres i z bocznej kieszeni wyjął notesik oraz pióro.
- Ale ja z tym psychologiem to tak tylko żartowałam, wiesz? - Powiedziała Ceres, siadając na trawie.
Kai pokiwał głową. Tak, tak... Ty żartowałaś, ale ja nie. Powiedz mi wszystko co wiesz. I to, czego nie wiesz, też mi powiedz.
- Ty tak na poważnie...? No dobra. A więc jeszcze przed twoim pojawieniem się, strasznie mi się w wieży nudziło, no bo wiesz, Śmierć i jego rodzinka są fajni, ale strasznie dziwni. Ciężko ich zrozumieć, bo nie można postawić się na ich miejscu. To po prostu nie-ludzie, żyjący od początku świata... No i chciałam mieć jakiegoś przyjaciela, ale nie miałam jak go zdobyć, bo gdybym chciała kogoś zwykłego, mogłabym po prostu pójść do miasta i poszukać ludzi, ale chciałam, żeby to był ktoś inteligentny, a w księdze smoków czytałam o tym twoim gatunku i stwierdziłam, że będziesz odpowiedni. A dalej już sam widziałeś, jak było. Myślałam, że Shagai nie lubi smoków, tak jak ludzie nie lubią pająków albo węży, ale się okazało, że on cię po prostu nienawidzi i nie wiem dlaczego. Chciałabym mu jakoś pomóc, ale za bardzo boję się o własne życie. No i wylądowaliśmy bezdomni pośrodku dzikiego stepu bez jedzenia, musimy pić ze strumienia, w którym chyba niedługo powinniśmy się też umyć... Naprawdę nie wiem, dlaczego ta sytuacja mnie nie przeraża. Poza tym nie wiemy gdzie jesteśmy, gdzie jest najbliższe miasto i czy nas w ogóle do niego wpuszczą zważywszy na nasz stan.
Kai ze zrozumieniem pokiwał głową i trzymając pióro ogonem zapisał coś w notatniku, po czym podał go Ceres. Dziewczyna zaczęła czytać. Tekst, po ułożeniu go w równe linijki, wyglądał mniej więcej tak:
W skrócie? Zignorowałaś uczucia Shagai, stworzyłaś sobie przyjaciela bo nie umiałaś go znaleźć, okłamywałaś go przez cztery lata i najpewniej niedługo umrzesz z głodu, pragnienia lub z nudów. I nawet cię to nie martwi.
Ceres zamrugała oczami. W sumie najprzykrzejsze nie było nawet to, że ten tekst napisał jej przyjaciel. Ani że niedługo pewnie umrą. Najgorsze było to, że miał rację.
W momencie uświadomienia sobie tego, Ceres po raz pierwszy od wielu lat, zaczęła płakać.
Kai patrzył na nią przez chwilę, nie wiedząc jak się zachować, po czym podszedł do niej i zwinął się w kłębek się na jej kolanach, czekając na dalszy rozwój sytuacji. Gdyby tylko mógł, przeprosiłby, żeby tylko ta chwila skróciła się do minimum. Niestety, nadal nie umiał mówić.
Godzinę później Ceres i Kai szli już sobie spokojnie, co jakiś czas przystając i rozglądając się w poszukiwaniu miasta lub chociaż pojedynczego domku na stepie. Tymczasem ich oczom ukazało się nie miasto, lecz Latający Uniwersytet. Ten sam, z którego wiele lat wcześniej wywalono Shagai. Ale skąd mogli to wiedzieć? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami. Już wiecie? No właśnie. I dlatego przyjaciele, zamiast ominąć go szerokim łukiem, wszedłszy po drabince spuszczonej dla ewentualnych gości i złodziei, zastukali w drzwi i czekali na to, co będzie dalej.
sobota, 8 sierpnia 2015
Rozdział 25 - Rafael... - Więcej niż 1000 słów
- Neil! - Zawołała radośnie Dalilea.
- Neil... - Zaczął Rafael. Nie skończył.
- Dalilea, nie masz pojęcia jak nam ciebie brakowało... - Stwierdził Neil.
- Jak Neilowi ciebie brakowało... - Sprostował Rafael.
- Ciągle się zastanawialiśmy, czy ci się nic nie stało... - Powiedział Neil.
- Neil się zastanawiał czy ci się nic nie stało... - Poprawił Rafael.
- Strasznie się cieszymy że jesteś cała...
- Neil się cieszy że jesteś cała...
- Mamy nadzieję że z nami zostaniesz chociaż na noc...
- Neil ma nadzieję że zostaniesz na noc... - Powiedział złowieszczym tonem Rafael po czym dodał swobodniej:
- A ja nie.
Na jego nieszczęście już po paru minutach wyszło na to że Dalilea "Och, z przyjemnością zostanie, bo i tak nie miała planów na ten wieczór ani w sumie na dalsze życie" a Rafael swoje zdanie może sobie wiadomo gdzie wsadzić. (Tak drodzy czytelnicy, w dupę. Ale jeżeli macie pomysły, gdzie indziej Rafael ma wsadzić swoje zdanie, napiszcie je w komentarzach. A nawet jeżeli nie macie, możecie napisać coś innego... Podobno żyjemy w wolnym kraju, więc naprawdę nie powinniście się po tym spodziewać wizyty smutnych panów w czarnych garniturach. Piszcie!) A jeżeli bardzo chciał udawać, że Dalilea wcale nie stoi obok i nie rozmawia sobie z jego najlepszym jeszcze żywym przyjacielem, jedyną opcją było pójście w jakieś inne miejsce. Ponieważ jednak Rafael wiedział, że gdy wróci z tego "jakiegoś innego miejsca", Dalilea nadal tu będzie, postanowił delikatnie zasugerować, że nie życzy sobie jej towarzystwa.
- Neil, mogę na stronę?
- Tak, jasne, papier jest chyba w tym koszu po lewej.
- Chodziło o rozmowę.
- Aaa. dobra. Chodź. Dalilea, Rafael chce nam chyba coś powiedzieć.
Dalilea już miała podejść, gdy Rafael szybko dokończył poprzednie zdanie:
- O rozmowę w cztery oczy. Nie, Neil, nie patrz tak na mnie, nie każę wam wydłubywać sobie po jednym oku, tylko chcę pogadać bez niej. - Tu chłopak wskazał na Dalileę.
- Ojej... Dobra.
Po tych słowach Neil, zapewniając Dalileę, że zaraz wróci, został zaciągnięty przez Rafaela za najbliższy róg domu.
- Nie mów, że naprawdę chcesz, żeby z nami została! - Wysyczał Rafael.
- Ale ona jest taka biedna...
- Jest miss. Będziemy mieć przez nią kłopoty.
- Nie ma nikogo a my możemy jej pomóc...
- Ma pecha równie wielkiego jak ja, zginiemy przez nią.
- To nie jej wina, tak jak nie twoja...
- To nie jest normalne. Powtórzę: Będą przez nią kłopoty.
- Ale możemy jej pomóc się z nich wydostać...
- Dobra. To teraz czas na mój najlepszy argument... Nie lubię jej. Bardzo. I chyba do ciebie nie dotarło, więc powtórzę znowu: Będą przez nią kłopoty. I nie mów, że nie ostrzegałem.
- Dobrze, nie powiem. Może zostać? - Bardziej westchnął niż powiedział Neil, przewracając oczami.
- Do czego ci ona potrzebna!? Od kiedy interesujesz się dziewczynami nie dla swojego, a dla ich dobra!?
- Za kogo ty mnie uważasz!? Od zawsze starałem się być miły dla ludzi!
- Tak. Ale kiedyś rozumiałem dlaczego. - Powiedział smutno Rafael. To było jedno z niewielu prawdziwych zdań, jakie wypowiedział w życiu. Pozostałe były często przez niego powtarzane, zwykle jednak w nieco zmienionej formie, ale opierały się na trzech schematach: Jestem Rafael a trawa jest zielona (czyli oczywistości), Wiem (po prostu wiem) oraz Nie lubię Dalilei, przez nią będą kłopoty (i wszystko co wiąże się z negatywnymi uczuciami wobec wyżej wymienionej, którą Rafael najchętniej nazywałby Sam/a-wiesz-kto, żeby nie musieć używać jej imienia, ale wiedział, że to by głupio brzmiało)
- Rafael... - Szepnął Neil. Jego mina wyrażała więcej niż tysiąc słów, z czego każde z nich brzmiało "błagam!"
- Dobrze. Tylko nie mów że nie ostrzegałem.
- Dziękuję, kocham cię! - Neil w przypływie szczęścia spróbował przytulić Rafaela, który szybko się wywinął.
- Łapy przy sobie. I pamiętaj, że to, że postaram się ją tolerować nie znaczy że ją lubię.
- Oj tam...
Przyjaciele w skrajnie różnych nastrojach wrócili do Dalilei siedzącej na przewróconym śmietniku. Po chwili milczenia Neil zaczął rozmowę:
- Dalilea? Może opowiesz, co się stało, że trafiłaś do tego akurat miasta i dlaczego wyglądasz, jak wyglądasz? Wiesz, ostatnio jak się widzieliśmy to twoja sukienka była jeszcze sukienką i nie miałaś gałęzi we włosach i nie byłaś odwodniona...
- Tak, już, jak tylko sobie przypomnę... Wiecie, bardzo dziwna historia... - I Dalilea zaczęła opowiadać, co ją spotkało, czy też porwało w lesie oraz jak to możliwe że jeszcze żyje.
- Do czego ci ona potrzebna!? Od kiedy interesujesz się dziewczynami nie dla swojego, a dla ich dobra!?
- Za kogo ty mnie uważasz!? Od zawsze starałem się być miły dla ludzi!
- Tak. Ale kiedyś rozumiałem dlaczego. - Powiedział smutno Rafael. To było jedno z niewielu prawdziwych zdań, jakie wypowiedział w życiu. Pozostałe były często przez niego powtarzane, zwykle jednak w nieco zmienionej formie, ale opierały się na trzech schematach: Jestem Rafael a trawa jest zielona (czyli oczywistości), Wiem (po prostu wiem) oraz Nie lubię Dalilei, przez nią będą kłopoty (i wszystko co wiąże się z negatywnymi uczuciami wobec wyżej wymienionej, którą Rafael najchętniej nazywałby Sam/a-wiesz-kto, żeby nie musieć używać jej imienia, ale wiedział, że to by głupio brzmiało)
- Rafael... - Szepnął Neil. Jego mina wyrażała więcej niż tysiąc słów, z czego każde z nich brzmiało "błagam!"
- Dobrze. Tylko nie mów że nie ostrzegałem.
- Dziękuję, kocham cię! - Neil w przypływie szczęścia spróbował przytulić Rafaela, który szybko się wywinął.
- Łapy przy sobie. I pamiętaj, że to, że postaram się ją tolerować nie znaczy że ją lubię.
- Oj tam...
Przyjaciele w skrajnie różnych nastrojach wrócili do Dalilei siedzącej na przewróconym śmietniku. Po chwili milczenia Neil zaczął rozmowę:
- Dalilea? Może opowiesz, co się stało, że trafiłaś do tego akurat miasta i dlaczego wyglądasz, jak wyglądasz? Wiesz, ostatnio jak się widzieliśmy to twoja sukienka była jeszcze sukienką i nie miałaś gałęzi we włosach i nie byłaś odwodniona...
- Tak, już, jak tylko sobie przypomnę... Wiecie, bardzo dziwna historia... - I Dalilea zaczęła opowiadać, co ją spotkało, czy też porwało w lesie oraz jak to możliwe że jeszcze żyje.
czwartek, 30 lipca 2015
Rozdział 24 - Nie ma wody na pustyni, ale na szczęście to step...
Uwaga! Organizuję "liczenie czytelników (czytelników, nie obserwatorów ani wyświetleń!)", co oznacza, że jeżeli nie trafiłeś/aś na tego bloga przypadkiem, tylko w celu przeczytania kolejnego rozdziału, masz całkowite prawo (oraz obowiązek by z tego prawa skorzystać!) zostawić po sobie chociażby anonimowy komentarz zawierający jakikolwiek tekst wymyślony przez ciebie (wystarczy nawet coś w stylu "jestem!") oraz imię postaci, którą najbardziej lubisz z tego bloga, lub której naprawdę nie cierpisz (nadal z tego bloga, więc coś typu "lubię pottera" nie wchodzi w grę). A teraz weź sobie do serca to, co przed chwilą napisałam, przeczytaj rozdział i (proszęproszęproszęproszę...) nie zapomnij zostawić komentarza!
Ziemia zbliżała się do Ceres w niebezpiecznie szybkim tempie. Jeszcze przed chwilą dziewczyna patrząc na nią widziała tylko zieloną trawę, teraz dostrzegła również kwiaty i wyglądające na bardzo ostre kamienie różnej wielkości. W upadku z piątego piętra (a na takiej właśnie wysokości znajdował się pokój Ceres... Wspominałam już o tym że jej ojciec się zdenerwował i wyrzucił ją przez okno? Znaczy przez to co z okna zostało po wybuchu zaklęcia przez niego rzuconego?) na to akurat podłoże pocieszające było tylko to, że nie oznaczał jakiegoś strasznego bólu, tylko po prostu śmierć. W momencie, kiedy Ceres przyswoiła wiadomość, że najprawdopodobniej zaraz zginie, coś złapało ją za kaptur szaty i z całej siły trzepocząc skrzydełkami na chwilę uniosło się w górę, po czym z braku sił razem z dziewczyną opadło na ziemię.
- Dzięki, Kai. - szepnęła Ceres, wstając z zamiarem wyjaśnienia Shagai, dlaczego i skąd ma smoka. Nie zdążyła jednak nawet się wyprostować, ponieważ w miejsce tuż obok niej trafił piorun, bynajmniej nie wywołany przez burzę. Podobno w wyższe obiekty łatwiej trafić, więc czarodziejka, na ugiętych nogach, złapała Kai w ramiona i zaczęła uciekać, bijąc przy okazji światowy rekord w biegu na setkę. Nie miało to jednak teraz znaczenia, bo zaliczane przez komisję są tylko rekordy osób żywych, a Ceres w tym momencie było już bliżej do zaświatów.
No ale ile można biec? Nawet ratując życie, człowiek ma pewne ograniczenia, dlatego Ceres po paruset metrach sprintu zatrzymała się, ryjąc najpierw kolanami, później rękami, a na koniec twarzą w ziemię, przygniatając przy tym Kai, który niezadowolony z zaistniałej sytuacji natychmiast dał o tym znać, wbijając przemęczonej dziewczynie kolec na ogonie między żebra. Czarodziejka przewróciła się na plecy, pomiędzy kolejnymi oddechami jęcząc na zmianę "Przepraszam, Kai" i "Gdzie Shagai? Goni nas?". Smok uniósł się w powietrze i rozejrzał. Po wpienionym opiekunie jego przyjaciółki nie było nawet śladu, a sama jego wieża stała maleńka pośród stepu. Nic nie wskazywało na to, by dalsza ucieczka była potrzebna. Kai wylądował tuż obok Ceres i przyłożył ucho (tak, smoki w Świecie Nonsensu mają uszy. Przypominają one co prawda małe skrzydełka wrośnięte w głowę, ale zawsze coś. Jeżeli ktoś chce się dowiedzieć więcej na ich temat proszę o napisanie tego w komentarzu) do jej klatki piersiowej, upewniając się, że dziewczyna jeszcze żyje. Ponieważ serce w niej biło jak oszalałe i nic nie wskazywało na to, by miało stanąć, smok podniósł głowę i znów rozejrzał się, tym razem w poszukiwaniu wody, która na pewno bardzo by się w tym momencie przydała. Jak sam tytuł rozdziału mówi, nie ma wody na pustyni, ale byli na szczęście po tej stronie wieży Shagai, po której jest step, więc w zasięgu wzroku, po prawej, płynął sobie leniwie strumyk. Kai, zadowolony z siebie już miał do niego polecieć po wodę, gdy uświadomił sobie, że nie ma jak jej przynieść. Szpiczasty kapelusz Ceres (można by go też nazwać tiarą), obowiązkowy dla każdego szanującego się czarodzieja, raczej się nie nadawał. A dziewczyna się raczej nie ucieszy z wody przyniesionej w zaślinionej paszczy. Więc może w torbie znajdzie się coś przydatnego? Kai chwycił torbę w zęby, wzleciał na wysokość metra i wytrząsnął całą jej zawartość na ziemię. A więc księga z czarami, jakieś dziwne pudełko którego Kai był nauczony nie ruszać oraz przybory do pisania nie bardzo się nadawały, jednak była tam jeszcze jedna rzecz. Smok wziął ją w zęby a następnie położył Ceres w ręce. Dziewczyna odwróciła głowę w tamtą stronę.
- W torbie to znalazłeś, Kai?
Smok pokiwał głową z zadowoleniem.
- Brawo, mały. - powiedziała dziewczyna, wolną ręką głaszcząc Kai po głowie. W drugiej miała szklaną butelkę z wodą, którą niedawno kupił jej Shagai (znaczy kupił samą butelkę, bo szkło było dość nowym, ale dobrze się zapowiadającym wynalazkiem, więc warto było mieć coś z niego zrobionego. Wodę Ceres dolała sama dziś rano, na popołudnie, gdyby chciała iść do Śmierci na brydża.) Kai usiadł na ziemi, merdając ogonem (tu rozwiewają się wszelkie wątpliwości co do tego, czy Shagai miał rację. Nie miał. Kai był bardzo miłym, inteligentnym smokiem, który skrzywdziłby kogoś tylko w obronie własnej lub swojej przyjaciółki, Ceres.), a czarodziejka głaskała go, pijąc wodę. Po chwili zatknęła butelkę korkiem (kup jedną szklaną butelkę, a otrzymasz do niej korek gratis! Oferta ważna do wyczerpania zapasów) zapytała:
- Myślisz, że powinnam wrócić i wszystko wyjaśnić?
Gdyby Kai umiał mówić, zapytałby:
- Pogrzało cię? Chcesz zginąć?
Jednak ponieważ mowa była czymś właściwym dla ludzi i innych gatunków posiadających struny głosowe, smok po prostu pokręcił głową z politowaniem.
- Nie, nie pogrzało mnie! Jeśli nie wrócimy, zostaniemy bezdomni. Chcesz być bezdomny?
Kai znów pokręcił głową.
- No właśnie... Ja też. Chociaż pewnie masz rację. Pewnie już i tak jesteśmy bezdomni, a jeśli wrócimy, będziemy również martwi.
Smok pokiwał energicznie głową. Tak, będziemy martwi. Chcesz być martwa?
- Nie, oczywiście że nie chcę być martwa! - stwierdziła Ceres - Więc idziemy dalej? Tak? Do Śmierci? Nie, on mieszka w zaświatach. Człowiek u niego w domu jest praktycznie martwy! Chociaż nie odczuwa upływu czasu... No i on zna Shagai, na pewno by mnie mu oddał... Więc do jakiegoś miasta... Dobrze? No i co wtedy? Mam znaleźć sobie pracę? Nie wyglądam na dorosłą... Nie szkodzi? Tak myślisz? Co ma być to będzie? No... Dobra. Więc idziemy.
Ceres wstała, spakowała rzeczy z torby do... Tak, torby! Powiesiła ją sobie na ramieniu i kiedy Kai usiadł na drugim, ruszyła. Powoli, bo cała obolała po biegu i upadku, ale jednak. Tak zazwyczaj w filmach kończą się przygody, prawda? Dwójka doświadczonych bohaterów znika w oddali na tle zachodzącego słońca? Cóż, to nie film, tylko "Gra", więc ta przygoda się dopiero zaczyna... (ach te nastrojowe wielokropki... Dzięki nim robi się tajemniczy klimat. Chyba że są w nadmiarze... Czy dwa wielokropki na jeden nawias to przypadkiem nie za dużo?)
Ziemia zbliżała się do Ceres w niebezpiecznie szybkim tempie. Jeszcze przed chwilą dziewczyna patrząc na nią widziała tylko zieloną trawę, teraz dostrzegła również kwiaty i wyglądające na bardzo ostre kamienie różnej wielkości. W upadku z piątego piętra (a na takiej właśnie wysokości znajdował się pokój Ceres... Wspominałam już o tym że jej ojciec się zdenerwował i wyrzucił ją przez okno? Znaczy przez to co z okna zostało po wybuchu zaklęcia przez niego rzuconego?) na to akurat podłoże pocieszające było tylko to, że nie oznaczał jakiegoś strasznego bólu, tylko po prostu śmierć. W momencie, kiedy Ceres przyswoiła wiadomość, że najprawdopodobniej zaraz zginie, coś złapało ją za kaptur szaty i z całej siły trzepocząc skrzydełkami na chwilę uniosło się w górę, po czym z braku sił razem z dziewczyną opadło na ziemię.
- Dzięki, Kai. - szepnęła Ceres, wstając z zamiarem wyjaśnienia Shagai, dlaczego i skąd ma smoka. Nie zdążyła jednak nawet się wyprostować, ponieważ w miejsce tuż obok niej trafił piorun, bynajmniej nie wywołany przez burzę. Podobno w wyższe obiekty łatwiej trafić, więc czarodziejka, na ugiętych nogach, złapała Kai w ramiona i zaczęła uciekać, bijąc przy okazji światowy rekord w biegu na setkę. Nie miało to jednak teraz znaczenia, bo zaliczane przez komisję są tylko rekordy osób żywych, a Ceres w tym momencie było już bliżej do zaświatów.
No ale ile można biec? Nawet ratując życie, człowiek ma pewne ograniczenia, dlatego Ceres po paruset metrach sprintu zatrzymała się, ryjąc najpierw kolanami, później rękami, a na koniec twarzą w ziemię, przygniatając przy tym Kai, który niezadowolony z zaistniałej sytuacji natychmiast dał o tym znać, wbijając przemęczonej dziewczynie kolec na ogonie między żebra. Czarodziejka przewróciła się na plecy, pomiędzy kolejnymi oddechami jęcząc na zmianę "Przepraszam, Kai" i "Gdzie Shagai? Goni nas?". Smok uniósł się w powietrze i rozejrzał. Po wpienionym opiekunie jego przyjaciółki nie było nawet śladu, a sama jego wieża stała maleńka pośród stepu. Nic nie wskazywało na to, by dalsza ucieczka była potrzebna. Kai wylądował tuż obok Ceres i przyłożył ucho (tak, smoki w Świecie Nonsensu mają uszy. Przypominają one co prawda małe skrzydełka wrośnięte w głowę, ale zawsze coś. Jeżeli ktoś chce się dowiedzieć więcej na ich temat proszę o napisanie tego w komentarzu) do jej klatki piersiowej, upewniając się, że dziewczyna jeszcze żyje. Ponieważ serce w niej biło jak oszalałe i nic nie wskazywało na to, by miało stanąć, smok podniósł głowę i znów rozejrzał się, tym razem w poszukiwaniu wody, która na pewno bardzo by się w tym momencie przydała. Jak sam tytuł rozdziału mówi, nie ma wody na pustyni, ale byli na szczęście po tej stronie wieży Shagai, po której jest step, więc w zasięgu wzroku, po prawej, płynął sobie leniwie strumyk. Kai, zadowolony z siebie już miał do niego polecieć po wodę, gdy uświadomił sobie, że nie ma jak jej przynieść. Szpiczasty kapelusz Ceres (można by go też nazwać tiarą), obowiązkowy dla każdego szanującego się czarodzieja, raczej się nie nadawał. A dziewczyna się raczej nie ucieszy z wody przyniesionej w zaślinionej paszczy. Więc może w torbie znajdzie się coś przydatnego? Kai chwycił torbę w zęby, wzleciał na wysokość metra i wytrząsnął całą jej zawartość na ziemię. A więc księga z czarami, jakieś dziwne pudełko którego Kai był nauczony nie ruszać oraz przybory do pisania nie bardzo się nadawały, jednak była tam jeszcze jedna rzecz. Smok wziął ją w zęby a następnie położył Ceres w ręce. Dziewczyna odwróciła głowę w tamtą stronę.
- W torbie to znalazłeś, Kai?
Smok pokiwał głową z zadowoleniem.
- Brawo, mały. - powiedziała dziewczyna, wolną ręką głaszcząc Kai po głowie. W drugiej miała szklaną butelkę z wodą, którą niedawno kupił jej Shagai (znaczy kupił samą butelkę, bo szkło było dość nowym, ale dobrze się zapowiadającym wynalazkiem, więc warto było mieć coś z niego zrobionego. Wodę Ceres dolała sama dziś rano, na popołudnie, gdyby chciała iść do Śmierci na brydża.) Kai usiadł na ziemi, merdając ogonem (tu rozwiewają się wszelkie wątpliwości co do tego, czy Shagai miał rację. Nie miał. Kai był bardzo miłym, inteligentnym smokiem, który skrzywdziłby kogoś tylko w obronie własnej lub swojej przyjaciółki, Ceres.), a czarodziejka głaskała go, pijąc wodę. Po chwili zatknęła butelkę korkiem (kup jedną szklaną butelkę, a otrzymasz do niej korek gratis! Oferta ważna do wyczerpania zapasów) zapytała:
- Myślisz, że powinnam wrócić i wszystko wyjaśnić?
Gdyby Kai umiał mówić, zapytałby:
- Pogrzało cię? Chcesz zginąć?
Jednak ponieważ mowa była czymś właściwym dla ludzi i innych gatunków posiadających struny głosowe, smok po prostu pokręcił głową z politowaniem.
- Nie, nie pogrzało mnie! Jeśli nie wrócimy, zostaniemy bezdomni. Chcesz być bezdomny?
Kai znów pokręcił głową.
- No właśnie... Ja też. Chociaż pewnie masz rację. Pewnie już i tak jesteśmy bezdomni, a jeśli wrócimy, będziemy również martwi.
Smok pokiwał energicznie głową. Tak, będziemy martwi. Chcesz być martwa?
- Nie, oczywiście że nie chcę być martwa! - stwierdziła Ceres - Więc idziemy dalej? Tak? Do Śmierci? Nie, on mieszka w zaświatach. Człowiek u niego w domu jest praktycznie martwy! Chociaż nie odczuwa upływu czasu... No i on zna Shagai, na pewno by mnie mu oddał... Więc do jakiegoś miasta... Dobrze? No i co wtedy? Mam znaleźć sobie pracę? Nie wyglądam na dorosłą... Nie szkodzi? Tak myślisz? Co ma być to będzie? No... Dobra. Więc idziemy.
Ceres wstała, spakowała rzeczy z torby do... Tak, torby! Powiesiła ją sobie na ramieniu i kiedy Kai usiadł na drugim, ruszyła. Powoli, bo cała obolała po biegu i upadku, ale jednak. Tak zazwyczaj w filmach kończą się przygody, prawda? Dwójka doświadczonych bohaterów znika w oddali na tle zachodzącego słońca? Cóż, to nie film, tylko "Gra", więc ta przygoda się dopiero zaczyna... (ach te nastrojowe wielokropki... Dzięki nim robi się tajemniczy klimat. Chyba że są w nadmiarze... Czy dwa wielokropki na jeden nawias to przypadkiem nie za dużo?)
czwartek, 23 lipca 2015
Rozdział 23 - Bo Gra jest najważniejsza.
xx.xx.xxxx r.
Witam, tu (znowu, a co? Przecież to mój pamiętnik kurde znów się pomyliłam, dobrze że nikt tego raczej nie przeczyta dziennik) Atena! Podobno jestem boginią mądrości, ale czasami zaczynam w to wątpić... Gdybym była naprawdę mądra, wiedziałabym jaka jest data na Olimpie, nawet jeśli tu właściwie czas stoi, a nie płynie i nie musiałabym pisać tych iksów powyżej. No i wygrywałabym każdą Grę. No właśnie, Gra... Muszę się pochwalić, że ostatnio wykorzystałam kartę wierszowanej przepowiedni i kupiłam od Hery dwóch bohaterów, na których mi zależało, kosztem sześćdziesięciu mniej znaczących pionków. Zapyta ktoś pewnie: aż tyle!? No cóż, biorąc pod uwagę fakt, że jest tylko kilkudziestu bogów, a pionków około 8 miliardów, to było niewiele. I znów ktoś zapyta: To wy te wszystkie pionki ogarniacie!? Odpowiedź brzmi: tak, ale najczęściej zajmujemy się tylko małą grupą (od dziesięciu do stu), która ma największe szanse na przeżycie lub przydatne w grze bonusy, takie jak wyjątkowe szczęście, umiejętność używania magii lub talenty. Jej członków (tak, tej grupy) nazywamy bohaterami. Żeby wygrać nie trzeba niszczyć wszystkich pionków przeciwnika, wystarczy pozbawić go bohaterów i wtedy resztę jego rzeczy do Gry dostajesz automatycznie. A potem Gra zaczyna się od nowa, pionki, czasem nawet te z poprzedniej rozgrywki są na nowo losowane z worka (który chyba nie ma dna, bo jak w czymś o pojemności pięciu litrów zmieścić 8 miliardów pionków?) i znów trzeba walczyć o zwycięstwo. Właśnie przez Grę wszyscy bogowie i boginie, niezależnie od innych cech charakteru są bardzo waleczni lub nawet agresywni. Smutne, prawda?
No bo właściwie Gra to całe nasze życie. Bo co innego robić (oprócz grania w planszówki, a konkretnie właśnie w tą Grę), gdy się nic nie musi? Gra istnieje odkąd pamiętam. Gdy bogowie się rodzili, leżała sobie na stole obok worka, a na niej stały pionki. I każdy od razu, bez tłumaczenia znał zasady, oraz próbował je łamać. Tak jak Demeter, na przykład. Bardzo spokojna i delikatna, dopóki w Grze nie stanie się coś, co jej nie pasuje. Albo Hera, która w nieskończoność zastanawia się nad jednym ruchem i wątpi w swoje możliwości, podejmuje szybką (i zazwyczaj bolesną dla innych graczy) decyzję, gdy coś zagraża jej bohaterom. Hermes, który wciąż oszukuje, potrafi uczciwie zapłacić bez nawet próby targowania się (a jest bogiem kupców i złodziei), kiedy zostaje przyparty do muru. Zeus, mój ojciec, podobno zawsze sprawiedliwy, przeznacza wszystkie karty na jednego bohatera, jeśli dzięki temu ma wygrać. Gra jest bogiem bogów, przez nią jesteśmy zdolni do wszystkiego. Dla zwycięstwa. Ja też, niby taka mądra i bogini słusznej wojny, ale nawet z wrogiem się sprzymierzę, żeby tylko wygrać. Bo Gra jest najważniejsza.
Dziennik boga Aresa
xx.xx.xxxx r.
Dziś znów, jak zwykle, gramy w Grę. Próbuję zdobyć od Hermesa pewną postać, jednak zauważyłem, że Atena też ma na nią oko. Jednocześnie walczę z Zeusem o kontrolę nad ZSA (Zjednoczone Stany Arytmetyki) i o Krem w Tu Krainie. Walka jest zacięta, a niebezpieczeństwo czyha wszędzie, w postaci moich krewnych którzy są jeszcze w Grze. Za chwilę moja kolej, napisałbym więcej, ale muszę się zastanowić nad kolejnymi posunięciami. Bo Gra jest najważniejsza.
Pamiętniczek bogini Demeter
xx.xx.xxxx r.
Kochany pamiętniczku! Nie masz pojęcia, jak dużo dzieje się ostatnio w Grze! Atena zyskała od Hery dwóch bohaterów... Może wygrać, mądrala. Ale ja też mam asa w rękawie, a raczej na planszy, jednak to może nie wystarczyć, więc jeśli się uda, zawrę z Ateną sojusz. O ile wybaczyła mi już tą bójkę przez oszustwo... Ale długo się gniewać nie będzie, za bardzo mnie lubi! Będzie dobrze. Na pewno. Z resztą ja też ją bardzo lubię, gdyby nie ta cała Gra, pewnie byśmy się nawet przyjaźniły. A tak to jest rywalizacja i tylko się kłócimy... Nawet się przecież przez nią pobiłyśmy, pamiętniczku! Ale dlaczego? Dlaczego musimy walczyć? Odpowiedź jest dla mnie oczywista, ale ty możesz przecież nie wiedzieć... A więc powiem ci, pamiętniczku, dlaczego tak jest. Bo Gra jest najważniejsza.
czwartek, 16 lipca 2015
Rozdział 22 - Świat jest mały!
Cóż, w poprzednim rozdziale jakoś nie udało mi się zamieścić opisu wyglądu Ceres, więc zrobię to przy następnej okazji. Tymczasem wróćmy do Dalilei, którą ostatnio zostawiłam samą w lesie... (dramatyczny wielokropek... Czujecie to napięcie?) Do rzeczy:
Dalilea otworzyła oczy. Znowu. Jeszcze nigdy w życiu nie zemdlała tyle razy w tak krótkim czasie, więc stan jej zdrowia (i psychicznego, i fizycznego) był co najmniej zły. Nie przeszkodziło jej to jednak stanąć na nogi, upewnić się, czy dziwna kostka do gry nadal jest w jej kieszeni (gdyby jej nie było, całkiem możliwe, że zaczęłaby jej szukać w trawie. Na szczęście była na miejscu, bo Dalilea jakoś przez ostatnie dni bardzo się do tej kostki przywiązała) i powoli ruszyć przed siebie. Dziewczyna mogłaby w sumie najpierw pomyśleć, w którą stronę chce iść, ale kierunek nie miał dla niej znaczenia, bo las zawsze się gdzieś kończy, więc idąc prosto w końcu z niego wyjdzie. Pora dnia (lub nocy) też nie miała znaczenia, bo i tak drzewa rosły tak gęsto, że nie było widać słońca. A więc Dalilea szła przez las, potykając się co chwila, przez bardzo długi czas. Każdy normalny wie, że gdy robi się coś przez długi czas, zaczyna się temu komuś nudzić. Tak samo było z Dalileą, która w pewnym momencie przystanęła i wyjęła kostkę z kieszeni. Z braku pomysłu na cokolwiek poza dalszą wędrówką, dziewczyna usiadła pod najbliższym drzewem (w tym lesie było ciężko stwierdzić, które drzewo było najbliżej, bo było ich za dużo, ale Dalilei się przypadkiem udało) i zaczęła się nią bawić.
- Chciałabym wyjść z tego lasu... Jak najszybciej. - pomyślała i podrzuciła kostkę, która po chwili spadła na ziemię i potoczyła się po niej kilka centymetrów, po czym zatrzymała. Wypadło białe pole.
- A ja chciałbym tort truskawkowy o smaku borówki w kształcie jednorożca w skali 100:1. - powiedział złośliwy głosik w jej głowie - nie masz szans. Już zaczynasz wariować, słyszysz głosy w swojej głowie!
- Po pierwsze - odpowiedziała na głos Dalilea - gadasz bez sensu, no bo jak można słyszeć głosy w cudzej głowie? Logiczne, że jak już słyszysz głosy, to w swojej głowie. Po drugie, już wcześniej cię słyszałam, więc jestem tak samo nienormalna jak przedtem i wcale nie jest ze mną gorzej! - dokończyła. Głosik zamilkł, a sama dziewczyna wzięła kostkę i schowała ją do kieszeni, po czym ruszyła dalej przez las, myśląc o tym, że przez rozmowę z samą sobą zrobiła się głodna. Po drodze, by zapomnieć o braku jedzenia, powtarzała sobie rymowankę, którą usłyszała kiedyś, ale zapomniała gdzie. Co dziwne, przypomniała ją sobie dopiero teraz, nie pamiętając, by mówiła ją, lub chociaż myślała o niej wcześniej.
A jak alarm podczas pożaru
B jak bogowie grający w Grę
C jak człowiek wierzący w czary
D jak dramat który rozegrał się
E jak elfy, ofiary dramatu
F jak frustracja podczas wędrówki przez las
G jak głupcy którym szczęście sprzyja
H jak historia co prześladuje nas
I jak intuicja, która często pomaga
J jak jedzenie, którego brak czasami
K jak koledzy dawno poznani
L jak ludzie, zajmujący się tylko swoimi bogactwami
M jak miasto, w którym mieszkają
N jak nadzieja, która umiera ostatnia
O jak odwrót, czyli ucieczka
P jak pomoc i dusza bratnia
R jak ratunek w ostatniej chwili
S jak statek wypływający na morze
T jak trudności napotykane po drodze
U jak uczeń, co do mistrza wrócić nie może
W jak wiara, co góry przenosi
X jak niewiadoma w matematycznym równaniu
Y jak Yelsa, najlepsza wyrocznia
Z jak zmiana i jak zakończenie potrzebne w każdym opowiadaniu.
Cóż, wiersz może i nie rytmiczny, ale przynajmniej wszystko się rymuje... I tak, powtarzając sobie powyższe linijki na głos, Dalilea kompletnie przypadkiem wyszła z lasu. Z początku nawet tego nie zauważyła, tak była zajęta rymowanką. Zorientowała się dopiero, gdy pod wieczór doszła do jakiegoś miasta, a strażnik bramy mało nie uciął jej głowy, zagradzając drogę halabardą. Gdy dziewczyna w końcu na niego spojrzała, zapytał:
- Kto idzie?
Dalilea już miała się przedstawić, gdy przypomniała sobie, że jest niedoszłą miss i wszyscy dobrze wiedzą, że powinna być martwa, a jeśli nie jest, to trzeba to zmienić.
- Nazywam się... - Zaczęła dziewczyna, rozglądając się w poszukiwaniu natchnienia, aż tuż za bramą zobaczyła stoisko z lodami. - Eee... Liza. Znaczy Eliza Łaloda.
Wchodząc do miasta, Dalilea powtarzała sobie swoje nowe nazwisko w myślach. Cóż, trzeba przyznać, że coś jej nie wyszło z tym wymyślaniem. Ale w końcu lepsza Eliza Łaloda niż śmierć, prawda? Przechodząc uliczkami, dziewczyna patrzyła ukradkiem, czy ktoś jej nie rozpoznał. Było to raczej niepotrzebne, bo malarze z jej miasta słabo oddali jej wygląd na plakatach informujących o wyborach miss, a nawet gdyby ktoś ją rozpoznał, na pewno by usłyszała jego krzyk.
Tak więc Dalilea szła sobie spokojnie, aż zauważyła, że ludzie, choć nie krzyczą, dziwnie jej się przyglądają. Nic dziwnego. Dalilea zapomniała, że jeszcze dziś rano była w lesie, więc miała liście we włosach, podartą sukienkę, odrapaną twarz, a także ślady ziemi i błota gdzie się tylko dało. Próbując uniknąć podejrzliwych spojrzeń przechodniów, skręciła w boczną uliczkę i stanęła twarz w twarz (a raczej twarzą w szyję, bo była niższa od człowieka przed nią) z...
- Świat jest mały! Cześć, Rafael! - Krzyknęła Dalilea.
- Znowu ty... - Jęknął Rafael. W momencie, kiedy chłopak odwrócił się i już chciał odejść, zza zakrętu wyszedł Neil.
- Cześć, Dalilea! Jednak żyjesz? Jak się tu dostałaś? Nie jesteś głodna ani nic, bo mamy tu z Rafaelem całkiem świeże resztki z festynu który był w zeszłym tygodniu...
Dalilea otworzyła oczy. Znowu. Jeszcze nigdy w życiu nie zemdlała tyle razy w tak krótkim czasie, więc stan jej zdrowia (i psychicznego, i fizycznego) był co najmniej zły. Nie przeszkodziło jej to jednak stanąć na nogi, upewnić się, czy dziwna kostka do gry nadal jest w jej kieszeni (gdyby jej nie było, całkiem możliwe, że zaczęłaby jej szukać w trawie. Na szczęście była na miejscu, bo Dalilea jakoś przez ostatnie dni bardzo się do tej kostki przywiązała) i powoli ruszyć przed siebie. Dziewczyna mogłaby w sumie najpierw pomyśleć, w którą stronę chce iść, ale kierunek nie miał dla niej znaczenia, bo las zawsze się gdzieś kończy, więc idąc prosto w końcu z niego wyjdzie. Pora dnia (lub nocy) też nie miała znaczenia, bo i tak drzewa rosły tak gęsto, że nie było widać słońca. A więc Dalilea szła przez las, potykając się co chwila, przez bardzo długi czas. Każdy normalny wie, że gdy robi się coś przez długi czas, zaczyna się temu komuś nudzić. Tak samo było z Dalileą, która w pewnym momencie przystanęła i wyjęła kostkę z kieszeni. Z braku pomysłu na cokolwiek poza dalszą wędrówką, dziewczyna usiadła pod najbliższym drzewem (w tym lesie było ciężko stwierdzić, które drzewo było najbliżej, bo było ich za dużo, ale Dalilei się przypadkiem udało) i zaczęła się nią bawić.
- Chciałabym wyjść z tego lasu... Jak najszybciej. - pomyślała i podrzuciła kostkę, która po chwili spadła na ziemię i potoczyła się po niej kilka centymetrów, po czym zatrzymała. Wypadło białe pole.
- A ja chciałbym tort truskawkowy o smaku borówki w kształcie jednorożca w skali 100:1. - powiedział złośliwy głosik w jej głowie - nie masz szans. Już zaczynasz wariować, słyszysz głosy w swojej głowie!
- Po pierwsze - odpowiedziała na głos Dalilea - gadasz bez sensu, no bo jak można słyszeć głosy w cudzej głowie? Logiczne, że jak już słyszysz głosy, to w swojej głowie. Po drugie, już wcześniej cię słyszałam, więc jestem tak samo nienormalna jak przedtem i wcale nie jest ze mną gorzej! - dokończyła. Głosik zamilkł, a sama dziewczyna wzięła kostkę i schowała ją do kieszeni, po czym ruszyła dalej przez las, myśląc o tym, że przez rozmowę z samą sobą zrobiła się głodna. Po drodze, by zapomnieć o braku jedzenia, powtarzała sobie rymowankę, którą usłyszała kiedyś, ale zapomniała gdzie. Co dziwne, przypomniała ją sobie dopiero teraz, nie pamiętając, by mówiła ją, lub chociaż myślała o niej wcześniej.
A jak alarm podczas pożaru
B jak bogowie grający w Grę
C jak człowiek wierzący w czary
D jak dramat który rozegrał się
E jak elfy, ofiary dramatu
F jak frustracja podczas wędrówki przez las
G jak głupcy którym szczęście sprzyja
H jak historia co prześladuje nas
I jak intuicja, która często pomaga
J jak jedzenie, którego brak czasami
K jak koledzy dawno poznani
L jak ludzie, zajmujący się tylko swoimi bogactwami
M jak miasto, w którym mieszkają
N jak nadzieja, która umiera ostatnia
O jak odwrót, czyli ucieczka
P jak pomoc i dusza bratnia
R jak ratunek w ostatniej chwili
S jak statek wypływający na morze
T jak trudności napotykane po drodze
U jak uczeń, co do mistrza wrócić nie może
W jak wiara, co góry przenosi
X jak niewiadoma w matematycznym równaniu
Y jak Yelsa, najlepsza wyrocznia
Z jak zmiana i jak zakończenie potrzebne w każdym opowiadaniu.
Cóż, wiersz może i nie rytmiczny, ale przynajmniej wszystko się rymuje... I tak, powtarzając sobie powyższe linijki na głos, Dalilea kompletnie przypadkiem wyszła z lasu. Z początku nawet tego nie zauważyła, tak była zajęta rymowanką. Zorientowała się dopiero, gdy pod wieczór doszła do jakiegoś miasta, a strażnik bramy mało nie uciął jej głowy, zagradzając drogę halabardą. Gdy dziewczyna w końcu na niego spojrzała, zapytał:
- Kto idzie?
Dalilea już miała się przedstawić, gdy przypomniała sobie, że jest niedoszłą miss i wszyscy dobrze wiedzą, że powinna być martwa, a jeśli nie jest, to trzeba to zmienić.
- Nazywam się... - Zaczęła dziewczyna, rozglądając się w poszukiwaniu natchnienia, aż tuż za bramą zobaczyła stoisko z lodami. - Eee... Liza. Znaczy Eliza Łaloda.
Wchodząc do miasta, Dalilea powtarzała sobie swoje nowe nazwisko w myślach. Cóż, trzeba przyznać, że coś jej nie wyszło z tym wymyślaniem. Ale w końcu lepsza Eliza Łaloda niż śmierć, prawda? Przechodząc uliczkami, dziewczyna patrzyła ukradkiem, czy ktoś jej nie rozpoznał. Było to raczej niepotrzebne, bo malarze z jej miasta słabo oddali jej wygląd na plakatach informujących o wyborach miss, a nawet gdyby ktoś ją rozpoznał, na pewno by usłyszała jego krzyk.
Tak więc Dalilea szła sobie spokojnie, aż zauważyła, że ludzie, choć nie krzyczą, dziwnie jej się przyglądają. Nic dziwnego. Dalilea zapomniała, że jeszcze dziś rano była w lesie, więc miała liście we włosach, podartą sukienkę, odrapaną twarz, a także ślady ziemi i błota gdzie się tylko dało. Próbując uniknąć podejrzliwych spojrzeń przechodniów, skręciła w boczną uliczkę i stanęła twarz w twarz (a raczej twarzą w szyję, bo była niższa od człowieka przed nią) z...
- Świat jest mały! Cześć, Rafael! - Krzyknęła Dalilea.
- Znowu ty... - Jęknął Rafael. W momencie, kiedy chłopak odwrócił się i już chciał odejść, zza zakrętu wyszedł Neil.
- Cześć, Dalilea! Jednak żyjesz? Jak się tu dostałaś? Nie jesteś głodna ani nic, bo mamy tu z Rafaelem całkiem świeże resztki z festynu który był w zeszłym tygodniu...
środa, 8 lipca 2015
Rozdział 21 - Ceres i Kai
W poprzednim rozdziale pisałam, że napiszę coś o zwykłym dniu z życia Ceres, czy jakoś tak, więc udam, że jestem godną zaufania osobą (no jestem, ale czasem zdarzy mi się o czymś zapomnieć... Tylko ciężko zapomnieć o czymś, co się zapisało.) i to teraz zrobię.
Tak więc jak już wiecie, Ceres ma około 14 lat, talent do czegoś, co większość ludzi nazywa magią i smoka. Ponieważ mieszka na odludziu, a jej jedynym rozmówcą który odpowiada jest jej ojciec, dziewczyna nie ma za bardzo kontaktu z ludźmi (nie, Śmierć i jego rodzina absolutnie nie zaliczają się do ludzi...) więc o świecie poza wieżą i zaświatami wie wszystko z książek, których ma całą bibliotekę. Pomimo że większość z nich mówi o magii i zaklęciach (całe strony zapisane ruchomym pismem i czarami we wszystkich językach mogą wywołać oczopląs u czytelnika, więc potrzeba czegoś dla równowagi), znajdują się tam też dzieła autorstwa m.i.n. Stephena Queena, J.R.R. Talkiena, T. Pratchestta, czy też J.K Crownling. Ale jak długo można czytać to samo na okrągło? Dlatego Ceres zajęła się czymś, o czym większość populacji naszego świata nie ma pojęcia, a mianowicie myśleniem. My to nazywamy filozofią, jednak każdy kto usłyszałby o czternastoletnim filozofie, zacząłby się z niego śmiać, za to gdyby usłyszał o czternastolatku, który myśli, może nawet chciałby mu pogratulować... A może nie.
W każdym razie Ceres myślała bardzo dużo. Na początku myślała tak po prostu, z przyzwyczajenia, tak jak ty albo ja. Potem myślała logicznie, strategicznie (gra w brydża ze Śmiercią była dość trudna, bo jako pan losu z góry wiedział co się zaraz stanie. Przynajmniej zazwyczaj...) i nie tylko. A w końcu zaczęła się zastanawiać nad światem i nad tym, dlaczego wygląda on tak a nie inaczej. I dlaczego coś takiego jak ich świat w ogóle zaistniało. Będąc u Śmierci, często przeglądała też jego książki, a właściwie tylko jedną, bo tylko jedną miał. Była to Historia Świata Nonsensu. Czytając ją, zauważyła, że gdy dość duża grupa ludzi (lub innych stworzeń tego świata) w coś uwierzyła, stawało się to prawdą. Przeczytała też w tej książce o początku świata, a potem o powstaniu magii. I na podstawie właśnie tej księgi Ceres wymyśliła swoją teorię:
"Wszyscy myślą że odkrywają Świat. Nieprawda. To Świat odkrywa nas."
W tej słusznej teorii brakuje jednak paru słów, czyli "A raczej naszą wiarę." Dalsza część, udowadniająca teorię, brzmi mniej więcej tak:
Bóstwa powstały, gdy ludzie je wymyślili, a ludzie powstali, gdy komórkom zaczęło się wydawać, że istnieje coś takiego jak ewolucja. Z kolei komórki powstały, bo Światu, wypełnionemu pustką, bardzo się nudziło. Może brzmi to niedorzecznie, ale tak jest. Gdy coś od zawsze istnieje, musi pojawić się moment, w którym coś szuka rozrywki. A tu rozrywką Świata jest odkrywanie swoich mieszkańców. Świat uważa, że skoro stworzył mądre istoty, to wszystko w co uwierzą, powinno być prawdą, dlatego się nią staje. Ale Świat nie przewidział, że powstaną jednostki, których wiara jest tak silna, że zdoła go oszukać. Dlatego gdy taka jednostka (czarodziej) wypowiada zaklęcie, dzieje się coś, co zaklęcie przewiduje, a jedynym warunkiem bycia czarodziejem jest niezłomna wiara w to, że się nim jest. W rzeczywistości magia to po prostu wiara, a zaklęcia zwyczajnie pomagają uwierzyć. Nieznane słowa są bardziej wiarygodne, więc gdy ktoś mówi jedno z nich, czuje, że to coś niezwykłego (czyli magia. Właśnie nią nazywa się dziwne zjawiska, których nikomu nie chce się tłumaczyć). Dlatego czarodzieje zamiast mówić "A teraz niech przyleci do mnie kubek świeżej kawy z kuchni", mówią na przykład "Nenutaurat", lub dowolny inny dziwnie brzmiący wyraz, mając na myśli to samo, co po ludzku brzmi, trzeba przyznać, dość przyziemnie.
Niestety, ponieważ teoria Ceres jest bardzo logiczna i ma sens, ludzie nie chcą jej uznać i cały czas tkwią w błędzie, nazywając wszystko magią. A że w nią wierzą, magia (czyli wiara) nadal istnieje i ma się dobrze.
Jednak Ceres nie jest przecież cyborgiem ani maszyną liczącą, żeby tylko myśleć logicznie i zanudzać innych na śmierć, nie robiąc sobie przerwy na rozrywkę czy nawet herbatę. I dlatego Ceres uwierzyła w Kai. Ponieważ jednak ciężko uwierzyć że nagle przed tobą pojawia się znikąd smok, dziewczyna złagodziła tą niedorzeczną wersję do historii o tym, że podczas corocznych migracji miniaturowych smoków, jedna z samic za wcześnie zniosła jajo, które z braku pomysłu matki na transport, zostało pośrodku pustyni, całkiem niedaleko miejsca, w którym stoi wieża Shagai. Zaraz potem, jak Ceres upewniła się, że na pewno tak było, dziewczyna poszła po jajo, które już tam na nią czekało. Parę tygodni później wykluł się z niego Kai. Od tamtego momentu minęły cztery lata, przez które Kai i Ceres minimalnie urośli i zmądrzeli, ale ich relacje się nie zmieniły. No, może o tyle, o ile się do siebie bardziej przywiązali. Wszędzie chodzili razem, tyle że podczas spotkań z Shagai, który z niewiadomych powodów nie lubił smoków, o czym kiedyś przy okazji Ceres powiedział, Kai chował się w jej torbie. Zaleta była taka, że Ceres wszędzie torbę zabierała, więc smok mógł być zawsze razem z nią, a torba była już nieco dziurawa i zużyta, więc do jej środka bez problemu wlatywało powietrze.
I tak było do dnia, o którym chcę wam od początku napisać. Dnia, w którym Shagai dowiedział się o Kai. To był też dzień, w którym chciał powiedzieć Ceres o jej pochodzeniu. W tym celu wszedł do jej pokoju i zobaczył ją na łóżku, trzymającą Kai na kolanach. Gdyby to było dowolne inne stworzenie, dałby sobie wszystko wytłumaczyć. Dowolne inne, ale nie smok. Starannie dobierając słowa, tak, by w jego wypowiedzi było jak najwięcej przekleństw i klątw, Shagai zaślepiony złością, bez zbędnych ceremonii, wyprosił córkę oraz jej zwierzątko z wieży. Na zawsze.
Ceres, jej ukochana torba z książkami oraz Kai wylecieli z hukiem przez dziurę w ścianie, która kiedyś była oknem...
Ceres, jej ukochana torba z książkami oraz Kai wylecieli z hukiem przez dziurę w ścianie, która kiedyś była oknem...
piątek, 19 czerwca 2015
Rozdział 20 - Tymczasem bardzo daleko stąd...
Zostawmy na chwilę nieprzytomną Dalileę samą w ciemnym lesie i popatrzmy na resztę Świata. To w końcu bardzo ładny świat. Dobrze, a teraz zwróćmy uwagę na jego górną (jeśli tu można mówić o jakichkolwiek stronach...) część. Jest tam kontynent, a pośrodku niego morze kształtem przypominające krokodyla, lub też modlącą się postać. Na tym kontynencie jest wiele krajów, a w nich wiele miast i osad, ale to, co chcę wam pokazać, znajduje się poza nimi. Pośrodku stepu (bezdrzewna forma roślinna... Mam nadzieję, że wiecie co to step?) znajduje się wieża. Nie byle jaka, bo bardzo duża i starannie zbudowana z pojedynczych kamieni ustawionych na sobie, zlepionych... No, nieważne. Wieża jest mocno pochylona od strony wschodniej, niczym drzewo. Oplatają ją liczne rośliny pnące się do słońca, jednak mające zbyt słabe łodygi, by się samodzielnie utrzymać w jako takim pionie. W wieży mieszka czarodziej wyrzucony z uniwersytetu na którym studiował za zbyt dobre wyniki w nauce (kiedy ktoś na uniwersytecie był za dobry, wyrzucało się go by nie zawstydzał nauczycieli). Do niedawna mieszkał sam, jednak pewnego dnia pod drzwiami jego domu (tzn. wieży...) pojawiło się płaczące zawiniątko a wraz z nim list od matki zawiniątka. Nie zgłębiając treści listu można było jednak domyślić się, że czarodziej wypił o jedno piwo za dużo na jakiejś imprezie, poznał trochę zbyt ładną dziewczynę, powiedział o parę słów za dużo, a że był bardzo słownym człowiekiem, to tych słów od razu dotrzymał. W każdym razie, od teraz czarodziej mieszkał z córką, jednak nigdy się jej nie przyznał do swojej przeszłości, tylko wmawiał wszystkim, również sobie samemu, że rodzice dziecka zginęli na tonącym statku (jak się tam znaleźli, tego już nie wymyślił) a on jako jedyny (oprócz dziecka, rzecz jasna...) się uratował i litościwie przygarnął biedną sierotę oraz wychował jak własną córkę, którą to ta rzekoma "sierota" naprawdę była. Od tamtego momentu minęło kilkanaście lat, a że szczęśliwi czasu nie liczą, oraz dlatego że w zasadzie data urodzin dziecka nie była znana, nigdy się nie dowiemy, ile naprawdę lat ma dziewczyna. Możemy jednak wywnioskować z jej zachowania i wyglądu, że ma ich, powiedzmy, 14. Tak więc dziewczyna mieszka sobie z czarodziejem w wieży i uczy się od niego czarów od jakichś 14 lat. Może wydaje się być to dużo, jednak im bardziej człowiek bawi się magią, tym bardziej magia bawi się nim, między innymi wydłużając jego życie, więc 14 lat w życiu najlepszych czarodziejów było mgnieniem oka. A dziewczyna była nawet nie najgorsza, więc gdyby nawet teraz zakończyła naukę, dożyłaby co najmniej setki, jak nie dwusetki... Co do wieku czarodzieja nie mamy pewności, jednak przeżyje najprawdopodobniej koniec świata, bo nawet dyrektor uniwersytetu może się przy nim schować. Cóż, przydały by się imiona czarodzieja i jego córki, żeby mieć jakieś zastępstwo dla tych terminów... A więc imię czarodzieja nie jest raczej istotne, bo wszyscy których on zna (A chociaż mieszka sam, zna bardzo wiele osób... Głównie z uniwersytetu, więc mówią mu po nazwisku.) nazywają go (oprócz takich popularnych wśród starych przyjaciół form typu kujon, debil, sku*wiel itp.) Shagai (proszę, czytaj Szagai, nie Shagai, bo co prawda to drugie wygląda ładniej na piśmie, ale jest trudniejsze do powiedzenia, no i gorzej brzmi). A więc, Shagai, jako bardzo kreatywny mag (mag, czarodziej, czarnoksiężnik... Te terminy określają po prostu człowieka zajmującego się magią), nazwał córkę Ceres. Tym, jak Ceres wygląda, czym się interesuje, ile wie i jak wygląda zazwyczaj jej dzień, zajmiemy się w następnym rozdziale. Tu mogę jednak od razu powiedzieć, żeby nikt się nie spodziewał jakiegoś malowania paznokci, lub też od drugiej strony, prowadzenia podwójnego życia jako ninja, że Ceres wychowuje w tajemnicy przed Shagai miniaturowego smoka o imieniu Kai, co jakiś czas przychodzi do Śmierci i jego rodziny na partyjkę brydża oraz, tak jak już wspomniałam, uczy się czarów i ma nawet na ich temat własną, jeszcze nie potwierdzoną, jednak prawdziwą teorię...
wtorek, 2 czerwca 2015
Rozdział 19 - Dziwne rzeczy
Historia świata nagle zatoczyła koło i wróciła do początku. Organizmy w przyszłości żywe, nawet nie zaistniały. Kilka dinozaurów wyszło z podziemi, a pierwszy odcinek "Mody na sukces" właśnie ukazał się na ekranach. A raczej ukazałby się, gdyby wtedy istniały jakiekolwiek ekrany. Przez chwilę jeszcze przeszłość należała do teraźniejszości, po czym przyszłość zajęła jej miejsce. Kilka stworów, których prapraprapradziadkiem był ostatni człowiek na Świecie Nonsensu, z uwagą obserwowało małe stworzenie z notatnikiem i wmiarędługojednaknietakdługojakwiecznepióroniestetypisem, piszące obserwacje na temat zachowania jego właścicieli. Zaledwie sekundę po tym stworki zniknęły, a kolejnym obrazem który mógłby zobaczyć postronny obserwator z innego świata, taki jak ja lub ty, czytelniku, była dobrze uzębiona paszcza potwora morskiego, który znikąd zmaterializował się na środku pustyni. Byłby, gdybyśmy akurat nie mrugnęli.
O dziwo, po otworzeniu naszych oczu, stwór nadal był tam, gdzie się zjawił. Nagle, tuż obok niego, pojawiła się Dalilea. Potwór morski popatrzył na nią ze zdziwieniem. Dalilea popatrzyła na niego z przerażeniem. Potwór morski zamknął oczy. Dalilea zaczęła krzyczeć. Potwór zasłonił uszy. Dalilea przestała się drzeć i spojrzała na potwora. Od kiedy miał uszy? I taki w miarę ludzki kształt? Nastąpiło nagle kolejne przesunięcie w czasoprzestrzeni. Dalilea leżała w lesie, a kostka w kieszeni wbijała jej się w biodro. Obok niej nie było żadnego potwora morskiego, ani tym bardziej człowieka. Była za to postać, kształtem przypominająca ludzką. W czarnej szacie, z kosą w dłoni i ręką swojej córki, Głupoty, w drugiej.
Śmierć uśmiechnął się do Dalilei, co było wielkim wyczynem dla kogoś, kto nie ma mięśni, skóry ani układu krwionośnego. Dziewczyna zemdlała. W tym momencie obok ojca pojawiła się Głupota, wzięła od niego swoją rękę i doczepiła do ramienia (jak przed chwilą pisałam - "<Śmierć> z kosą w dłoni i ręką swojej córki Głupoty, w drugiej"...).
- Tato, ta dziewczynka wydaje się być całkiem fajna. Możesz jej jeszcze odpuścić to całe umieranie? Pobawię się z nią.
- Właściwie i tak mam dużo roboty... Ale o niej nie zapomnę! Chociaż, jakby się zastanowić, to przez nią właśnie ma tyle pracy, więc... - Zaczął Śmierć, jednak nie zdążył dokończyć, bo Głupota mu przerwała.
- Tak! Zacznę zaraz, tylko musi się ocknąć...
- Nie sądzisz, że gdy się obudzi i cię zobaczy w tym lesie, to umrze ze strachu?
- Och, jakoś wytrzyma... Albo dotrę do niej w inny sposób! Faktycznie mogłaby się trochę zdziwić...
W tym momencie Śmierć wyczuł nadchodzący wielogodzinny monolog córki i zniknął, a Głupota kontynuowała: ...więc może ją opętać? Czasem mam wrażenie że już to zrobiłam! Ta dziewczyna ma więcej szczęścia niż rozumu, jak to zrobiła beze mnie naprawdę nie wiem, ale cud, że jeszcze żyje! To jakiś znak od losu, choć to trochę śmieszne, bo mam wpływ na ten los, a przynajmniej tak mi się wydaje, jednak imię do czegoś zobowiązuje...
A teraz, na mocy mojego autorskiego prawa do edycji i pisania tego bloga, częściowo przez lenistwo, a częściowo z dobrego serca, oszczędzę wam, czytelnicy, dalszej części monologu i tym miłym akcentem (oraz kropką) zakończę ten mocno dziwny rozdział.
O dziwo, po otworzeniu naszych oczu, stwór nadal był tam, gdzie się zjawił. Nagle, tuż obok niego, pojawiła się Dalilea. Potwór morski popatrzył na nią ze zdziwieniem. Dalilea popatrzyła na niego z przerażeniem. Potwór morski zamknął oczy. Dalilea zaczęła krzyczeć. Potwór zasłonił uszy. Dalilea przestała się drzeć i spojrzała na potwora. Od kiedy miał uszy? I taki w miarę ludzki kształt? Nastąpiło nagle kolejne przesunięcie w czasoprzestrzeni. Dalilea leżała w lesie, a kostka w kieszeni wbijała jej się w biodro. Obok niej nie było żadnego potwora morskiego, ani tym bardziej człowieka. Była za to postać, kształtem przypominająca ludzką. W czarnej szacie, z kosą w dłoni i ręką swojej córki, Głupoty, w drugiej.
Śmierć uśmiechnął się do Dalilei, co było wielkim wyczynem dla kogoś, kto nie ma mięśni, skóry ani układu krwionośnego. Dziewczyna zemdlała. W tym momencie obok ojca pojawiła się Głupota, wzięła od niego swoją rękę i doczepiła do ramienia (jak przed chwilą pisałam - "<Śmierć> z kosą w dłoni i ręką swojej córki Głupoty, w drugiej"...).
- Tato, ta dziewczynka wydaje się być całkiem fajna. Możesz jej jeszcze odpuścić to całe umieranie? Pobawię się z nią.
- Właściwie i tak mam dużo roboty... Ale o niej nie zapomnę! Chociaż, jakby się zastanowić, to przez nią właśnie ma tyle pracy, więc... - Zaczął Śmierć, jednak nie zdążył dokończyć, bo Głupota mu przerwała.
- Tak! Zacznę zaraz, tylko musi się ocknąć...
- Nie sądzisz, że gdy się obudzi i cię zobaczy w tym lesie, to umrze ze strachu?
- Och, jakoś wytrzyma... Albo dotrę do niej w inny sposób! Faktycznie mogłaby się trochę zdziwić...
W tym momencie Śmierć wyczuł nadchodzący wielogodzinny monolog córki i zniknął, a Głupota kontynuowała: ...więc może ją opętać? Czasem mam wrażenie że już to zrobiłam! Ta dziewczyna ma więcej szczęścia niż rozumu, jak to zrobiła beze mnie naprawdę nie wiem, ale cud, że jeszcze żyje! To jakiś znak od losu, choć to trochę śmieszne, bo mam wpływ na ten los, a przynajmniej tak mi się wydaje, jednak imię do czegoś zobowiązuje...
A teraz, na mocy mojego autorskiego prawa do edycji i pisania tego bloga, częściowo przez lenistwo, a częściowo z dobrego serca, oszczędzę wam, czytelnicy, dalszej części monologu i tym miłym akcentem (oraz kropką) zakończę ten mocno dziwny rozdział.
czwartek, 16 kwietnia 2015
Rozdział 18 - Szansa na sukces
Atena patrzyła z przerażeniem na ruch swojego pionka. Każdy z nich miał jakąś specjalną właściwość, a jej akurat trafił się taki z bonusem ciągłego pakowania się w kłopoty. Zeus, (któremu bogini mądrości już przy poprzedniej grze przepowiedziała straszliwy koniec i zagładę wszystkich jego bohaterów jako wynik jej zemsty za kolejną wygraną boga piorunów z rzędu) z kolei spoglądał na nią co chwilę z dziwnym uśmieszkiem, Hera po raz setny (Hmm, a może tysięczny? - Zastanowiła się Atena) oglądała swoje karty, a Dionizos, zbyt pijany, by zauważyć, że już dawno przegrał, śpiewał piosenkę o miejskim systemie kanalizacji. Z gry odpadło już kilku graczy, którzy aktualnie opalali się na tarasie dzięki Heliosowi (który co prawda był jeszcze w grze, ale Atena już miała plan jak go załatwić tak, by się nie podniósł - w końcu była boginią mądrości i słusznej wojny!). Zeus przeglądał karty z bardzo zadowolonym wyrazem twarzy. Atena gorączkowo myślała, co zrobić, by w najbliższym czasie nie dołączyć do przegranych na tarasie. Jej bohaterka aktualnie leżała (jeszcze nie martwa, o dziwo) w ciemnym lesie, w pomieszczeniu pełnym trupów i świecących, dziwnych grzybków. Bogini zastanawiała się, skąd się tam wzięły. Nigdy wcześniej ich nie widziała. Nagle, tknięta przeczuciem, odwróciła się gwałtownie. Demeter, korzystając z nieuwagi innych bogów, rozsiewała właśnie na planszy trujące rośliny i sidła.
- Jaka Cheaterka! Oszukuje! - Wrzasnęła Atena
- Nieprawda! - Krzyknęła Demeter.
Bogowie (wszyscy oprócz Hery nadal gapiącej się w karty) oderwali się od swoich zajęć i obserwowali akcję rozgrywającą się przy drugim końcu stołu.
- Jak nieprawda, jak prawda!
- Jak prawda, że prawda, jak prawda że nieprawda!
- Jak prawda że nieprawda że nieprawda że prawda, jak prawda, że prawda!
***
Trzy boginie losu przerwały swoje zajęcia i z zainteresowaniem obserwowały kłótnię Ateny i Demeter, co jakiś czas wydając odgłosy podobne do tych, jakie wydają z siebie ludzie przy oglądaniu faili w internecie.
Rozzłoszczona Demeter właśnie rzuciła na Atenę klątwę nieurodzaju, bogini mądrości przytomnie odpowiedziała jej mocnym prawym sierpowym. Żaden z bożków stojących obok jakoś nie kwapił się, by je rozdzielić. Ktoś pobiegł po popcorn, Ares założył okulary 3D. Tymczasem na ziemi zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Jeszcze dziwniejsze niż zazwyczaj.
- Jaka Cheaterka! Oszukuje! - Wrzasnęła Atena
- Nieprawda! - Krzyknęła Demeter.
Bogowie (wszyscy oprócz Hery nadal gapiącej się w karty) oderwali się od swoich zajęć i obserwowali akcję rozgrywającą się przy drugim końcu stołu.
- Jak nieprawda, jak prawda!
- Jak prawda, że prawda, jak prawda że nieprawda!
- Jak prawda że nieprawda że nieprawda że prawda, jak prawda, że prawda!
***
Trzy boginie losu przerwały swoje zajęcia i z zainteresowaniem obserwowały kłótnię Ateny i Demeter, co jakiś czas wydając odgłosy podobne do tych, jakie wydają z siebie ludzie przy oglądaniu faili w internecie.
Rozzłoszczona Demeter właśnie rzuciła na Atenę klątwę nieurodzaju, bogini mądrości przytomnie odpowiedziała jej mocnym prawym sierpowym. Żaden z bożków stojących obok jakoś nie kwapił się, by je rozdzielić. Ktoś pobiegł po popcorn, Ares założył okulary 3D. Tymczasem na ziemi zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Jeszcze dziwniejsze niż zazwyczaj.
sobota, 21 lutego 2015
Rozdział 17 - błędne koło
Dalilea pędziła przez las. Czuła niewyobrażalne szczęście. Życie jest takie piękne i kolorowe! A to że zgubiła się w lesie? Dar od losu! Nowe znajomości i przyjaciele! Bezinteresowna pomoc! Słodkie leśne zwierzaki, śpiew przy ognisku i kolorowe owoce na gałęziach drzew! Pokój i dobroć! Nowe życie w lesie! Gęstym.. Ciemnym... Mrocznym... I do tego pełnym niebezpiecznych stworzeń... Dalilea zatrzymała się gwałtownie, czując uderzenie w nos. Uderzyła na ślepo przed siebie, próbując zwiększyć przestrzeń miedzy nią a potencjalnym przeciwnikiem, jednak ten sprytnie zablokował cios. Dalilea odsunęła się na kilka kroków, by móc przyjrzeć się wrogowi. Obraz w jej oczach dwoił się, troił i wyginał, by w końcu pokazać jej, że uderzyła w drzewo. Dziewczyna rozejrzała się bezradnie i odruchowo wytarła nos, po czym ze zdziwieniem popatrzyła na zakrwawioną rękę. Uświadomiwszy sobie, że przecież przed chwilą uderzyła w drzewo i po prostu leci jej krew, pacnęła się nią w czoło, brudząc całą twarz. Dalilea znowu popatrzyła na drzewo, które tak brutalnie przerwało jej radosny bieg. Spróbowała odwrócić sie na pięcie, żeby pokazać mu, jak badzo jest na nie zła, ale natychmiast obraz przed jej oczami rozmył się, a ona sama przewróciła na trawę. Czołgała się więc w drugą stronę, byle dalej od drzewa, a w każdym razie tak jej się zdawało. Zatrzymała się dopiero, kiedy uderzyła w coś nosem. Dziewczyna popatrzyła do góry. Trafiła w dokładnie to samo drzewo, od którego chciała uciec, tyle że troche niżej.
"Chciałabym chociaż wiedzieć, gdzie jestem" - pomyślała, a raczej spróbowała pomyśleć, bo mózg wciąż odmawiał jej posłuszeństwa. Dalilea, nie mając pomysłu, co zrobić, półrzytomnie sięgnęła do kieszeni, by sprawdzić, co cały czas przeszkadza jej w czołganiu, wbijając się w biodro. Przeklęta kostka nadal tam tkwiła, co graniczylo z cudem, bo dziewczyna cały czas przewracała się na ziemię, skakała, aż w końcu czołgała. Przy okazji Dalilea zobaczyła też, w jakim stanie jest jej ubranie. A raczej to co z niego zostało po przedzieraniu się przez krzaki. Obraz nędzy i rozpaczy. Dalilea wstała chwiejnie i wykonała dwa kroki w przód. Ponieważ nic się jej nie stało, odważnie zrobiła również trzeci, po czym padła na ziemię jak długa. W ten oto sposób w ciagu paru godzin dotarła do polanki, na której mieściła się siedziba elfów. Dalilea jęknęła w duchu. Najwyraźniej chodziła w kółko przez kilka... No właśnie. Godzin? Dni? Dziewczyna podniosła się z trudem i zastygła. No, prawie. Było kompletnie cicho. Gdzie się podziały głośne, radosne elfy, które tu zostawiła? Pełna złych przeczuć Dalilea, przewracając się co chwila, dotarła do otwartego wejścia, z którego dochodził dziwny zapach. W środku leżały elfy, wśród których dziewczyna dostrzegła Lucę. Wszystkie były martwe, a na ciałach pyszniły się małe, kolorowe grzybki o ładnym zapachu, od których cała historia się zaczęła. Dalilea, czując nagle ból w całym ciele, osunęła się na ziemię.
"Chciałabym chociaż wiedzieć, gdzie jestem" - pomyślała, a raczej spróbowała pomyśleć, bo mózg wciąż odmawiał jej posłuszeństwa. Dalilea, nie mając pomysłu, co zrobić, półrzytomnie sięgnęła do kieszeni, by sprawdzić, co cały czas przeszkadza jej w czołganiu, wbijając się w biodro. Przeklęta kostka nadal tam tkwiła, co graniczylo z cudem, bo dziewczyna cały czas przewracała się na ziemię, skakała, aż w końcu czołgała. Przy okazji Dalilea zobaczyła też, w jakim stanie jest jej ubranie. A raczej to co z niego zostało po przedzieraniu się przez krzaki. Obraz nędzy i rozpaczy. Dalilea wstała chwiejnie i wykonała dwa kroki w przód. Ponieważ nic się jej nie stało, odważnie zrobiła również trzeci, po czym padła na ziemię jak długa. W ten oto sposób w ciagu paru godzin dotarła do polanki, na której mieściła się siedziba elfów. Dalilea jęknęła w duchu. Najwyraźniej chodziła w kółko przez kilka... No właśnie. Godzin? Dni? Dziewczyna podniosła się z trudem i zastygła. No, prawie. Było kompletnie cicho. Gdzie się podziały głośne, radosne elfy, które tu zostawiła? Pełna złych przeczuć Dalilea, przewracając się co chwila, dotarła do otwartego wejścia, z którego dochodził dziwny zapach. W środku leżały elfy, wśród których dziewczyna dostrzegła Lucę. Wszystkie były martwe, a na ciałach pyszniły się małe, kolorowe grzybki o ładnym zapachu, od których cała historia się zaczęła. Dalilea, czując nagle ból w całym ciele, osunęła się na ziemię.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Rozdział 16 - Kraina grzybów i nie tylko
- Za złamanie zasad karą jest śmierć. - Powiedział elfi król.
- U mnie w domu karą za złamanie zasad było gotowanie obiadu. - Powiedziała Dalilea.
I w ten oto sposób Dalilea, dziewczyna mająca więcej szczęścia niż rozumu, dostała szansę na przeżycie za cenę ugotowania dobrego obiadu. Zabrała się więc do pracy, jednak najpierw sama musiała poszukać składników. Wysłano więc ją do lasu na smyczy, na której drugim końcu został przywiązany przysadzisty elf, mający ją pilnować. Dalilea wątpiła, czy taka góra tłuszczu w ogóle da radę się poruszać. Okazało się, że tak, więc dziewczyna chodziła po lesie, ciągnąc za sobą zaspanego elfa, który gdy tylko ta się zatrzymała, by obejrzeć jakiś kwiatek bądź owoc, opierał się o najbliższe drzewo i błyskawicznie zasypiał. Dalilea zaczynała mieć go dość, jednak uznała, że ważniejsze od denerwowania się na elfa jest zebranie składników na obiad. Już miała wracać, kiedy nagle poczuła słodki zapach unoszący się z ziemi. Uklękła, rozchyliła mech pod jej stopami i zobaczyła tam kilkanaście fioletowych grzybów z kolorowymi plamkami. To one tak ładnie pachniały. Dalilea wzięła je więc do koszyka i wróciła, nadal ciągnąc za sobą nieprzytomnego elfa, do miejsca, z którego wyruszyła.
Czekał tam już na nią gar z wrzącą wodą. Dalilea z tajemniczą miną zaczęła wrzucać do niego składniki. Na koniec dodała trochę pachnących grzybków, tak dla aromatu. W tym samym momencie do pomieszczenia wszedł władca elfów i wskazał na Dalileę, mówiąc:
- Ty spróbuj pierwsza, sprawdzimy czy to nie jest trujące!
Dalilea spokojnie nałożyła zupy do podanej jej miski, wypiła duszkiem i uśmiechnęła się do tłumu, który zachęcony jej reakcją, rzucił się na kocioł z zupą. Na końcu wypili ją król i jego doradca. Parę chwil po tym, elfy zaczęły rozglądać się zafascynowane po pomieszczeniu, jakby zobaczyły je pierwszy raz w życiu. Teraz, gdy wszyscy byli najedzeni, świat wydawał się piękny i kolorowy jak nigdy. Każdy elf śmiał się i tańczył, w ubraniach lub bez, do swojej własnej, wymyślonej muzyki. Król przypatrywał się temu z zadowoleniem, aż nagle zwrócił się do swojego doradcy:
- Widzisz tamtego smoka pod sufitem, Aragorze? - Zapytał.
- Nie, ale wydaje mi się że tam jest, panie.
- To dobrze, bo ja też nie widzę tam żadnego smoka. - powiedział z ulgą król.
- Najwyraźniej ten smok jest niewidzialny. - Stwierdził Aragor.
Tymczasem Dalilea patrzyła na to wszystko z drugiego końca sali, zastanawiając się, czy ściany faktycznie powinny się ruszać i zmieniać kolory niczym bieliznę. Rozmyślania przerwało jej rżenie jej jednorożca, dochodzące zza drzwi. Podbiegła więc do nich, wyszła, przez chwilę rozglądała się oślepiona ciemnym blaskiem zachodzącego, porannego zielonego księżyca, po czym zauważyła swojego wierzchowca parę metrów dalej, stojącego na tęczy i rzuciła się za nim w pogoń w mroczny, jodłujacy jakąś ludową piosenkę las. A wszystko dzięki maleńkim kolorowym grzybkom, które swoim zapachem właśnie kuszą kolejnego biednego wędrowca.
- U mnie w domu karą za złamanie zasad było gotowanie obiadu. - Powiedziała Dalilea.
I w ten oto sposób Dalilea, dziewczyna mająca więcej szczęścia niż rozumu, dostała szansę na przeżycie za cenę ugotowania dobrego obiadu. Zabrała się więc do pracy, jednak najpierw sama musiała poszukać składników. Wysłano więc ją do lasu na smyczy, na której drugim końcu został przywiązany przysadzisty elf, mający ją pilnować. Dalilea wątpiła, czy taka góra tłuszczu w ogóle da radę się poruszać. Okazało się, że tak, więc dziewczyna chodziła po lesie, ciągnąc za sobą zaspanego elfa, który gdy tylko ta się zatrzymała, by obejrzeć jakiś kwiatek bądź owoc, opierał się o najbliższe drzewo i błyskawicznie zasypiał. Dalilea zaczynała mieć go dość, jednak uznała, że ważniejsze od denerwowania się na elfa jest zebranie składników na obiad. Już miała wracać, kiedy nagle poczuła słodki zapach unoszący się z ziemi. Uklękła, rozchyliła mech pod jej stopami i zobaczyła tam kilkanaście fioletowych grzybów z kolorowymi plamkami. To one tak ładnie pachniały. Dalilea wzięła je więc do koszyka i wróciła, nadal ciągnąc za sobą nieprzytomnego elfa, do miejsca, z którego wyruszyła.
Czekał tam już na nią gar z wrzącą wodą. Dalilea z tajemniczą miną zaczęła wrzucać do niego składniki. Na koniec dodała trochę pachnących grzybków, tak dla aromatu. W tym samym momencie do pomieszczenia wszedł władca elfów i wskazał na Dalileę, mówiąc:
- Ty spróbuj pierwsza, sprawdzimy czy to nie jest trujące!
Dalilea spokojnie nałożyła zupy do podanej jej miski, wypiła duszkiem i uśmiechnęła się do tłumu, który zachęcony jej reakcją, rzucił się na kocioł z zupą. Na końcu wypili ją król i jego doradca. Parę chwil po tym, elfy zaczęły rozglądać się zafascynowane po pomieszczeniu, jakby zobaczyły je pierwszy raz w życiu. Teraz, gdy wszyscy byli najedzeni, świat wydawał się piękny i kolorowy jak nigdy. Każdy elf śmiał się i tańczył, w ubraniach lub bez, do swojej własnej, wymyślonej muzyki. Król przypatrywał się temu z zadowoleniem, aż nagle zwrócił się do swojego doradcy:
- Widzisz tamtego smoka pod sufitem, Aragorze? - Zapytał.
- Nie, ale wydaje mi się że tam jest, panie.
- To dobrze, bo ja też nie widzę tam żadnego smoka. - powiedział z ulgą król.
- Najwyraźniej ten smok jest niewidzialny. - Stwierdził Aragor.
Tymczasem Dalilea patrzyła na to wszystko z drugiego końca sali, zastanawiając się, czy ściany faktycznie powinny się ruszać i zmieniać kolory niczym bieliznę. Rozmyślania przerwało jej rżenie jej jednorożca, dochodzące zza drzwi. Podbiegła więc do nich, wyszła, przez chwilę rozglądała się oślepiona ciemnym blaskiem zachodzącego, porannego zielonego księżyca, po czym zauważyła swojego wierzchowca parę metrów dalej, stojącego na tęczy i rzuciła się za nim w pogoń w mroczny, jodłujacy jakąś ludową piosenkę las. A wszystko dzięki maleńkim kolorowym grzybkom, które swoim zapachem właśnie kuszą kolejnego biednego wędrowca.
niedziela, 11 stycznia 2015
LBA
Nie mam pojęcia jakim cudem, blog został nominowany do LBA. (Dzięki, Kalarepciu. Polecam twojego bloga http://r5-sny-nie-spelnione.blogspot.com/)
No więc tak:
1. Jaki film Barbie był twoim ulubionym?
Dlaczego użyła czasu przeszłego? Może któraś z autorek nominowanych przez ciebie blogów nadal to lubi? (Wątpię, ale gdyby tak...)
Wydaje mi się że był to film "Barbie i magia pegaza" (kocham konie, ale jak to oglądałam nie było jeszcze Barbie ze zwykłymi końmi)
2.Gdzie chciałabyś pojechać?
Zależy czym: rowerem - na Kaszuby. Samochodem - Do Hiszpanii, Grecji albo jakichś innych ciepłych krajów w których jest stosunkowo bezpiecznie. Na koniu - na koniec świata i jeszcze dalej. Kolejką górską - do wyjścia z parku rozrywki. Jeżeli w grę wchodzi też podróż samolotem, chciałabym jechać do Disneylandu, Londynu i USA. I Brazylii. Albo, tak dla szpanu, do szkoły :-)
3. Ulubiony film Disneya
Animowany - nie wiem.
Tak ogólnie - też nie wiem. Piraci z Karaibów? ;-)
4. Co jest dla ciebie najważniejsze?
Jedzenie, picie, zdrowie, dach nad głową i życie. A jak już to mam, to: wiara, przyjaźń, marzenia, miłość, pasja... Och, błagam! Naprawdę? Najważniejsi są dla mnie ludzie, dla których ja jestem ważna. I książki. I konie. I muzyka. I jeszcze parę innych rzeczy.
5. Co najbardziej cię denerwuje?
Ludzka głupota...
6. Ulubiona pora roku?
Śnieżna zima, a jak nie to ciepłe lato. Ewentualnie zielona wiosna z resztkami śniegu. Nie za bardzo lubię jesień.
7. Ulubiona piosenka?
Jak na razie brak.
8. Herbata vs. Kawa.
Sok :-) albo herbata.
9. Koty vs. Psy.
Zależy. Konie.
10. Czy lubisz rozmawiać z rodziną?
Rodzina to pojęcie zbyt ogólne. W mojej rodzinie są ludzie których kocham, tak samo jak ludzie, którzy już dawno by nie żyli, gdyby nie to, że morderstwo jest zabronione.
I zależy na jaki temat.
11. Trzy słowa, które cię opisują, to...
Człowiek. Dziewczyna. Inteligentna (w porównaniu z głupimi ludźmi którzy zaludniają resztę tej planety. Bez obrazy czytelniku, to niekoniecznie ty!)
Albo:
Bardzo lubi spać.
Kocha konie/ książki
Informatyka. Genetyka. Matma.
Pesymistka. Przyjaciółka. Pianistka.
Trzy słowa to za mało!
No więc tak:
1. Jaki film Barbie był twoim ulubionym?
Dlaczego użyła czasu przeszłego? Może któraś z autorek nominowanych przez ciebie blogów nadal to lubi? (Wątpię, ale gdyby tak...)
Wydaje mi się że był to film "Barbie i magia pegaza" (kocham konie, ale jak to oglądałam nie było jeszcze Barbie ze zwykłymi końmi)
2.Gdzie chciałabyś pojechać?
Zależy czym: rowerem - na Kaszuby. Samochodem - Do Hiszpanii, Grecji albo jakichś innych ciepłych krajów w których jest stosunkowo bezpiecznie. Na koniu - na koniec świata i jeszcze dalej. Kolejką górską - do wyjścia z parku rozrywki. Jeżeli w grę wchodzi też podróż samolotem, chciałabym jechać do Disneylandu, Londynu i USA. I Brazylii. Albo, tak dla szpanu, do szkoły :-)
3. Ulubiony film Disneya
Animowany - nie wiem.
Tak ogólnie - też nie wiem. Piraci z Karaibów? ;-)
4. Co jest dla ciebie najważniejsze?
Jedzenie, picie, zdrowie, dach nad głową i życie. A jak już to mam, to: wiara, przyjaźń, marzenia, miłość, pasja... Och, błagam! Naprawdę? Najważniejsi są dla mnie ludzie, dla których ja jestem ważna. I książki. I konie. I muzyka. I jeszcze parę innych rzeczy.
5. Co najbardziej cię denerwuje?
Ludzka głupota...
6. Ulubiona pora roku?
Śnieżna zima, a jak nie to ciepłe lato. Ewentualnie zielona wiosna z resztkami śniegu. Nie za bardzo lubię jesień.
7. Ulubiona piosenka?
Jak na razie brak.
8. Herbata vs. Kawa.
Sok :-) albo herbata.
9. Koty vs. Psy.
Zależy. Konie.
10. Czy lubisz rozmawiać z rodziną?
Rodzina to pojęcie zbyt ogólne. W mojej rodzinie są ludzie których kocham, tak samo jak ludzie, którzy już dawno by nie żyli, gdyby nie to, że morderstwo jest zabronione.
I zależy na jaki temat.
11. Trzy słowa, które cię opisują, to...
Człowiek. Dziewczyna. Inteligentna (w porównaniu z głupimi ludźmi którzy zaludniają resztę tej planety. Bez obrazy czytelniku, to niekoniecznie ty!)
Albo:
Bardzo lubi spać.
Kocha konie/ książki
Informatyka. Genetyka. Matma.
Pesymistka. Przyjaciółka. Pianistka.
Trzy słowa to za mało!
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Rozdział 15 - Elfie prawo
Na wschód od byłego Lądynu rozciągają się niziny, a za nimi Wolny Las. Nazwę wziął stąd, że jego goście i mieszkańcy zawsze byli wolni... No, chyba że akurat nie byli. Wolne były na przykład elfy. Elfy, które właśnie zamknęły Dalileę w klatce, która wyglądała jakby została zrobiona z żywego drewna (wyglądała na drewnianą, bo była drewniana, z tym, że drewno się ruszało), również były wolne, z kolei dziewczyna wolna nie była, ale wręcz przeciwnie, a w tym właśnie momencie, o którym opowiadam, przysłuchiwała się elfom. Z tego co zrozumiała, miała zostać jakąś niewolnicą, czy kimśtam, a w razie sprzeciwu byłaby pochowana żywcem. Ciekawe perspektywy, jednak propozycja niewolnictwa była znacznie bardziej kusząca, bo oznaczała życie. Fatalne życie, ale zawsze coś. Chociaż gdyby się tak zastanowić, pochowanie żywcem byłoby całkiem nowym doświadczeniem, a po nim nastąpiłaby śmierć, po której z kolei czekał raj. W najlepszym wypadku. W najgorszym Dalilea byłaby niewolnicą, ale traktowano by ją nieporównywalnie gorzej niż u elfów, a w każdym razie na pewno nie dobrze. W końcu uznała, że chciałaby jeszcze zostać wśród żywych przez najbliższy czas.
Tymczasem ona i elfy doszły w końcu do... Właściwie Dalilea nie wiedziała, co to jest za miejsce. Wyglądało jak jakaś leśna świątynia. Nie było widać gołego nieba, ale przez liściaste sklepienie pomieszczenia przesączały się promienie słońca. Podłoga była usłana ściółką z zeschłych liści i igieł, oświetlonych na żywy, żółto - zielony kolor. Dalilea otworzyła usta z zachwytu, ale natychmiast je zamknęła i zaczęła się dławić jedną z kolorowych muszek latających po całym pomieszczeniu, która akurat miała szczęście wlecieć jej do ust. Elfy stojące wokoło patrzyły ze zdziwieniem na tą scenę. W końcu jeden z nich, chyba Luca (wszystkie elfy wyglądają niemal identycznie), otrząsnął się i mocno walnął dziewczynę w plecy. Muszka wystrzeliła jak z procy, zatrzymała się tylko na chwilę, by obrzucić Dalileę kilkoma bzyczącymi przekleństwami, po czym odleciał do swoich towarzyszek. Dziewczyna popatrzyła za nią w szoku, a w tym samym czasie do pomieszczenia weszła grupa elfów w strojnych szatach (właściwie elfy były ubrane raczej skąpo, więc do szat zaliczało się nawet posiadanie butów) i zapowiedziały wejście władcy. Zanim jednak to nastąpiło, został odczytany elfy dekalog, czyli ich dziesięć przykazań:
1. Nie będziesz do lasu wchodził nieproszony.
2. Nie będziesz elfów ani ich władcy obrażać.
3. Nie będziesz naruszać spokoju w lesie ani narażać jego mieszkańców na niebezpieczeństwo.
4. Nie będziesz kradł skarbów lasu.
5. Będziesz czcił to, co leśne, albowiem las jest wielki.
6. Gdy wejdziesz do lasu, jego zasady staną się twoimi.
7. Po wyjściu z lasu, las ma pozostać takim, jakim go zastałeś.
8. Nie będziesz elfom, stróżom prawa lasu się sprzeciwiać.
9. Będziesz kochał las i jego mieszkańców jak kochasz mieszkańców swojej ojczyzny, chyba że sprzeciwią się któremuś z powyższych praw.
10. Będziesz trzymał się powyższych zasad w lesie, inaczej zginiesz.
Dalilea westchnęła. Zginie na pewno: zasady 1, 3, 5, 6, 8, 9 i 10 już zostały przez nią złamane.
Tymczasem ona i elfy doszły w końcu do... Właściwie Dalilea nie wiedziała, co to jest za miejsce. Wyglądało jak jakaś leśna świątynia. Nie było widać gołego nieba, ale przez liściaste sklepienie pomieszczenia przesączały się promienie słońca. Podłoga była usłana ściółką z zeschłych liści i igieł, oświetlonych na żywy, żółto - zielony kolor. Dalilea otworzyła usta z zachwytu, ale natychmiast je zamknęła i zaczęła się dławić jedną z kolorowych muszek latających po całym pomieszczeniu, która akurat miała szczęście wlecieć jej do ust. Elfy stojące wokoło patrzyły ze zdziwieniem na tą scenę. W końcu jeden z nich, chyba Luca (wszystkie elfy wyglądają niemal identycznie), otrząsnął się i mocno walnął dziewczynę w plecy. Muszka wystrzeliła jak z procy, zatrzymała się tylko na chwilę, by obrzucić Dalileę kilkoma bzyczącymi przekleństwami, po czym odleciał do swoich towarzyszek. Dziewczyna popatrzyła za nią w szoku, a w tym samym czasie do pomieszczenia weszła grupa elfów w strojnych szatach (właściwie elfy były ubrane raczej skąpo, więc do szat zaliczało się nawet posiadanie butów) i zapowiedziały wejście władcy. Zanim jednak to nastąpiło, został odczytany elfy dekalog, czyli ich dziesięć przykazań:
1. Nie będziesz do lasu wchodził nieproszony.
2. Nie będziesz elfów ani ich władcy obrażać.
3. Nie będziesz naruszać spokoju w lesie ani narażać jego mieszkańców na niebezpieczeństwo.
4. Nie będziesz kradł skarbów lasu.
5. Będziesz czcił to, co leśne, albowiem las jest wielki.
6. Gdy wejdziesz do lasu, jego zasady staną się twoimi.
7. Po wyjściu z lasu, las ma pozostać takim, jakim go zastałeś.
8. Nie będziesz elfom, stróżom prawa lasu się sprzeciwiać.
9. Będziesz kochał las i jego mieszkańców jak kochasz mieszkańców swojej ojczyzny, chyba że sprzeciwią się któremuś z powyższych praw.
10. Będziesz trzymał się powyższych zasad w lesie, inaczej zginiesz.
Dalilea westchnęła. Zginie na pewno: zasady 1, 3, 5, 6, 8, 9 i 10 już zostały przez nią złamane.
Subskrybuj:
Posty (Atom)