Wielka Brytfanna jest wyspą, a więc otacza ją morze. Na jej wybrzeżach znajdują się porty. Bardzo dużo portów. Każdy jest połączony z miastem. W tych właśnie miastach są domy, sklepy a przede wszystkim gospody. Tak, gospody są ważnym elementem nadmorskiego krajobrazu... Każdy pracownik portu pod koniec dnia zawsze jakimś cudem trafia do jednej z nich. Jak to możliwe? Czy ci pracownicy nie mają domów? Mają, ale w domach czekają na nich żony, które natychmiast każą im iść się myć ze względu na rybi smród, którym przesiąknięte są ich ubrania. Czy zatem w Świecie Nonsensu nie można nigdzie być akceptowanym bez względu na zapach? Można, właśnie w gospodach. Tam nie istotne jest jak bardzo śmierdzisz, jak brzydki i brudny jesteś ani jak okropny jest twój charakter. Liczy się tylko grubość portfela i to, w jakim stopniu jest on wypełniony rachunkami. Oraz to, czy przypadkiem nie jesteś u kogoś (u właściciela gospody) zadłużony. No i ewentualnie to, czy masz przy sobie broń, ale akurat na wybrzeżach nie jest to wielkim problemem. Wszystkie ewentualne trupy wyrzuca się do morza.
I właśnie w takim jednym porcie, przy jednym miasteczku, niedaleko jednej (albo może półtorej, jeśli liczyć walącą się przybudówkę) gospody u ujścia rzeki Tuizy, między statkami na brzegu przemknęła schylona postać w kapturze. Pozostałaby kompletnie niezauważona, gdyby nie wielki worek z rybami, który ciągnęła za sobą. Postać dotarła do najbliższego magazynu na ryby i weszła do środka. Owionął ją zapach krwi, tranu i gnijących resztek z owoców morza, których dziś nie sprzedano. Spomiędzy gór ryb wysunął się niski mężczyzna, sam zresztą odrobinę przypominający bardzo grubą rybę. Gdyby ktoś stał na zewnątrz i nie został zwalony z nóg zapachem tego miejsca, usłyszałby podziękowania i brzęk gotówki przechodzącej z rąk do rąk. Taki brzęk, choćby najcichszy, był słyszalny dla wszystkich, którym tej gotówki brakowało. A brakowało jej wszystkim. Nieważne, ile już mieli. Postać w kapturze, wstrzymując oddech, wybiegła z magazynu (tym razem bez ryb, za to z brzęczącą gotówką ukrytą pod płaszczem) i skierowała się w stronę najbliższej gospody. Weszła ona do środka i nie zdejmując kaptura zaczęła rozmawiać z właścicielem tawerny (czytaj: gospody). Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Przychodzili tu różni ludzie i nie tylko ludzie. Kaptur nie był niczym dziwnym, a wręcz mile widzianym. Nie trzeba było patrzeć na, często brudną, brzydką i zarośniętą, podejrzaną albo zwyczajnie przerażającą twarz przybysza. Taki układ wszystkim odpowiadał. Można było wszystkich ignorować i nie zaprzątać sobie głowy myśleniem kim ci "wszyscy" są i czy należy się ich bać. Podczas, gdy goście gospody starannie ignorowali naszą postać, weszła ona za rząd pudeł w rogu tawerny (prawdopodobnie miała być to scena). Nikt tego nie zauważył. Tymczasem postać wyjęła z zakamarków szaty harfę i weszła na scenę. Nagle w całej gospodzie zrobiło się cicho. Tak cicho, jak to tylko możliwe, gdy po przeciwnej stronie ulicy jest inna gospoda, której goście drą się jakby ich obdzierano ze skóry za pomocą tępego noża. Postać zdjęła kaptur. Czarne długie włosy zafalowały z ulgą, pozbywszy się materiału który je trzymał w ukryciu. Czarne oczy uważnie przyjrzały się widowni. Białe palce przebiegły po strunach harfy, czerwone usta otworzyły się i z nich wydostał się piękny dźwięk. Na sali zrobiło się jeszcze ciszej. Nawet krzyki gości z lokalu naprzeciwko nie wydawały się być aż takie głośne. A dźwięk trwał. Cieszył się wolnością, zdobytą po długim czasie bycia zamkniętym w strunach głosowych postaci. Do niego zaraz dołączyły inne, z tego samego źródła. Postać śpiewała coś o stracie, domu i złych ludziach, ale tekst się nie liczył. Ważny był dźwięk. Oczy słuchaczy zaszły łzami, gdy obraz przed nimi zmieniał się, ukazując im ich własne rodzinne domy. Rytm się zmienił. Smutne, pojedyncze dźwięki zastąpiła jedna, żywa melodia. Rozpoczęła się nowa piosenka, nowa historia. Goście i gospodarz wstali i zaczęli tańczyć, widząc przed sobą już nie wnętrze gospody, ale to, co każdy chciał. A w każdym z tych obrazów gdzieś krył się ten dźwięk, który sprawiał, że nie tylko ludzkie ciało, ale i dusza tańczyła, ten dźwięk, który wydobył się z ust postaci. Czas dla słuchaczy stanął w miejscu, a tymczasem gospoda była w coraz gorszym stanie. Ludzie i nie tylko ludzie przewracali krzesła i stoły, wirując w rytm muzyki. I w pewnym momencie zabrzmiał ostatni dźwięk. Postać założyła kaptur i zeszła ze sceny, a ludzie, nie wiedząc co właściwie się stało, rozglądali się po zdemolowanej gospodzie. Postać wybiegła, zanim gospodarz zdążył podać jej rachunek za straty. I tak tu wróci. Zawsze wraca i nic złego się nie dzieje, chociaż zazwyczaj straty są dużo mniejsze. Przekona go, a on zapomni. Po drodze postać chowała po kieszeniach pieniądze, które ludzie rzucili na scenę. Rzucali też inne rzeczy, a czasem siebie nawzajem, ale ona brała tylko pieniądze. Przeliczyła. Było warto. Może nawet następnym razem da radę zapłacić za straty?