Shagai, podpierając się rękami o kolana, patrzył spode łba na latającą budowlę na horyzoncie. Przez całą dobę marszu nie przybliżył się do niej ani odrobinę, a przynajmniej tak mu się zdawało. Mężczyzna położył się na plecach i zamknął oczy. Przez chwilę leżał tak bez ruchu, po czym powoli je otworzył. Stał nad nim pochylony Śmierć z kosą na ramieniu i wpatrywał się w niego z zaciekawieniem.
- Czy to już? - zapytał uprzejmie. - Prawdę mówiąc, nie mam cię w planie na dziś, ale przecież zawsze mogłem coś przeoczyć...
- Przecież ty się nie mylisz. - Powiedział Shagai bez emocji.
- No tak, prawda. Ale zawsze można sobie pomarzyć, prawda? Poza tym jestem pewien, że chciałeś, bym tu przybył.
- Tak, tak. Potrzebuję pomocy. Muszę się tam dostać. - Shagai wskazał na lewitujący w oddali budynek.
- Ach tak. Nie możesz się tam sam teleportować, gdyż magowie bardzo silnie wierzą w to, że się tam już nigdy nie pojawisz, czyż nie?
- Nie mylisz się. - Shagai spróbował się uśmiechnąć.
- Poza tym, jeśli chciałbyś wiedzieć, to oddalanie się to nie złudzenie, oni naprawdę chcą przed tobą uciec. Nigdy nie dotrzesz tam na własnych nogach.
- Dziękuję, że we mnie wierzysz. - Skrzywił się Shagai. - A zatem Ceres tam jest. Wiedzą, skąd przyszła i lecą w przeciwną stronę.
- Tak.
- Zabierz mnie tam.
- Właściwie to nie powinienem mieszać się w wasze sprawy. Jestem tylko biernym obserwatorem życia, mogę coś z nim zrobić dopiero wtedy gdy już się ono skończy.
- Zabierz mnie tam.
- Aczkolwiek już dawno przestałem tego przestrzegać, odkąd Ceres nauczyła mnie grać w brydża...
- Zabierz mnie tam.
- Wierzysz że posiadam taką moc? Cóż, w takim razie mógłbym... Ale jeśli to zrobię, dołożysz mi sporo dodatkowej roboty.
- Zabierz mnie tam.
- Pracowałeś kiedyś po godzinach mimo tego że twój etat trwa 24 godziny dziennie? To naprawdę męczące.
- Zabierz mnie tam!
- To twoja wina, że teraz musisz gonić córkę, aby błagać ją o wybaczenie. Dlaczego miałbym ci pomagać? Wyrzuciłeś własne dziecko przez okno, tylko dlatego, że hodowała sobie jakieś zwierzę bez twojej wiedzy.
- Z... Zabierz mnie tam!
- W dodatku zrobiłeś to, ponieważ nienawidzisz smoków od tamtego jednego momentu... Przekląłeś cały gatunek przez jeden egzemplarz, który coś ci zrobił. Zdaje się, że mówi się na to rasizm... Chyba że to dotyczy tylko gatunków ludzkich? Dobrze wiesz, że istnieją inteligentne gatunki smoków a ten mały był jednego z nich.
Shagai, który w międzyczasie wstał, znów rzucił się na ziemię, tym razem na kolana, łapiąc Śmierć za szatę.
- Z... Zabierz mnie tam, proszę! Serca nie masz?!
- Technicznie rzecz biorąc, nie. Tak samo jak nie posiadam płuc, żołądka, mózgu czy innych narządów. Moje własne dzieci są dla mnie zagadką.
- C... Co mam zrobić, żebyś mi pomógł? Wiem, że t... to wszystko moja wina, że źle zrobiłem, wiem, że to było głupie i niebezpieczne i wiem, że C... Ceres teraz nie chce mnie widzieć, ale tym bardziej muszę ją zobaczyć i przeprosić! - Shagai wyraźnie chciał powiedzieć coś jeszcze, ale głos mu się załamał, a sam czarodziej opuścił głowę, chcąc nie wiadomo przed kim ukryć łzy. Śmierć ani drgnął, a w powietrzu rozległ się jego głos, jeszcze bardziej poważny i przerażający niż zwykle.
- Jeśli zamierzasz zachowywać się dalej tak samo, radź sobie sam. Pomogę ci tylko, jeśli zaczniesz być w końcu poważny. Dobrze wiem, co planowałeś zrobić, gdy już dotrzesz na uniwersytet. Nie umożliwię ci tego.
- Dam ci wszystko, czego chcesz, tylko zabierz mnie do niej...!
- Mam wszystko czego pragnę, poza urlopem, a tego dać mi nie możesz. Niczego od ciebie nie chcę.
- W takim razie zmienię się! Powiem jej całą prawdę, zacznę się zachowywać poważnie i podejmować odpowiedzialne decyzje...
- Naprawdę wierzysz w to, że dasz radę?
Shagai milczał.
- Nie. Nie wierzysz. W nic już nie wierzysz. Dlatego nie możesz dostać się na Uniwersytet. Twoja wiara i nadzieja uciekły przez dziurę w ścianie razem z Ceres i jej smokiem. Zastanawiam się tylko, jak to się mogło stać. Wystarczyły 24 godziny nieudolnego działania, byś stracił pozostałe resztki tych dwóch rzeczy. Jesteś całkowicie pusty w środku.
- Nie mogę sobie tego wybaczyć. Nie wierzę w siebie.
- Jeśli faktycznie tak jest, dlaczego jeszcze nie zniknąłeś?
- Bo... - Zaczął Shagai. Zawahał się. O co mogło chodzić? - Bo jest na tym świecie ktoś jeszcze, kto we mnie wierzy? - Zaryzykował.
- Dobrze. Nawet wiesz kto. Więc leć na ten Uniwersytet, żeby go odzyskać, tylko nic tam nie rozwal...
- Ale... Nie mogę. Czuję, że tam się nie dostanę. Oni mnie tam tak bardzo nie chcą, że choćbym próbował z całych sił, nie dostanę się tam w tym stanie...
- Chyba trzeba jeszcze trochę popracować nad tą twoją wiarą... Chodź ze mną.
- Co? Gdzie?
- Zagramy w szachy. Może kiedy wygrasz, uwierzysz naprawdę, że możesz ją odzyskać i zmienić się tak, jak tego chcesz...
W zasadzie od całkiem niedawna, w Świecie Nonsensu żyje (jescze) pewna dziewczyna mająca więcej szczęścia niż rozumu oraz nieustającego pecha, a na imię ma Dalilea. Ponieważ nazwa do czegoś zobowiązuje, Świat Nonsensu nie jest odkrywany przez ludzi, jak u nas, tylko to świat odkrywa swoich mieszkańców i dostosowuje swoje teorie do nich. Na tym blogu macie szansę przeczytać, co by się mogło stać, gdyby Świat Nonsensu okazał się prawdziwy.
niedziela, 29 lipca 2018
poniedziałek, 22 stycznia 2018
Rozdział 34 - Śmierć
Śmierć siedział na skale i z zainteresowaniem przyglądał się zaistniałej sytuacji. Oto trójka dzieciaków, których już wielokrotnie widział wszędzie, gdzie zdarzały się wypadki śmiertelne, leżała na brzegu jeziora krwi i z przerażeniem patrzyła na zbliżającą się do nich dziewczynę z harfą.
- Normalnie zabiłabym was bez słowa. - Zaczęła artystka, gdy zobaczyła, że cała trójka ludzi, którzy wpadli do jej kryjówki przez otwór, który przygotowała sobie na najczarniejszą godzinę jako drogę ucieczki (teorytycznie bez sensu, bo nigdy jeszcze nie musiała uciekać z gospody), już się ocknęła.
- Ale czuję, że jestem wam winna wyjaśnienia, bo...
Jej słowa przerwał jej własny, zadziwiająco wręcz okropny, bolesny dla uszu krzyk. Artystka z niedowierzaniem wpatrywała się w strzałę w swojej ręce, podczas gdy zza skały wyszła dwójka ludzi z kuszami.
- Zdychaj! - Wrzasnął jeden. - Gdyby mój kolega umiał strzelać, już byłoby po tobie!
Dziewczyna wyrwała strzałę z ręki, rozchlapując krew na ziemię i rzuciła się na kolana, akurat tak, że uniknęła drugiej strzały, która przeleciała jej nad głową. Mężczyźni w pośpiechu, teraz już nie tacy pewni siebie (cóż, zakładali, że któryś z nich trafi tak, że ofiara się nie podniesie), zaczęli w pośpiechu cofać się i ładować kusze.
Wykorzystując moment, dziewczyna znalazła się przy facecie bliżej, który wcześniej się odezwał, popchnęła go na ścianę jaskini i wcisnęła mu strzałę w pierś tak, że zakrwawiony grot był widoczny z drugiej strony. Potem, nie zaszczycając nawet spojrzeniem trójki niedoszłych topielców, obróciła się i spojrzała w oczy drugiemu z mężczyzn. Zaczęła śpiewać. Facet opuścił kuszę. Wciąż przy niej grzebał, ale wydawał się być bardziej zafascynowany głosem dziewczyny niż bronią. Śpiew przerwał charkot mężczyzny ze strzałą w piersi. Tuż przed śmiercią zwrócił na siebie uwagę artystki słowami:
- Ha... On jest głuchy!
- Co...? - Oczy dziewczyny rozszerzyły się z przerażenia, a zaraz potem zamknęły z bólu. Głuchy, a więc niewzruszony jej głosem mężczyzna znów nie trafił tam gdzie chciał - ofiara odwracając się do umierającego, zasłoniła się przez przypadek ramieniem, w którym utknęła kolejna strzała.
Rafael obserwował to wszystko z brzegu. Na chwilę, gdy dziewczyna zaczęła śpiewać, przestał rozumieć, co się dzieje, a już w następnej chwili miał ją tuż obok siebie, na wyciągnięcie ręki, topiącą głuchego w jeziorze. Najwyraźniej jej głos miał jakieś dziwne właściwości. Rafael gapił się otępiały, jak ostatni człowiek, który mógł go uratować, powoli przestaje się ruszać a na końcu sztywnieje z twarzą zanurzoną w tej strasznej wodzie. Wszystko wydarzyło się tak szybko... Czy ta kobieta nie mogłaby w końcu przestać mordować i zacząć znowu śpiewać? Było mu wtedy tak przyjemnie, nawet zapomniał o tym, że klęczy we własnych wymiocinach. W tamtej chwili było to dla niego bardzo cenne, bo zapomniał również o reszcie swoich problemów - Dalilei, bliskiej śmierci i wszystkich innych kłopotach, jakie tylko miał.
Dziewczyna jednak nie wyglądała, jakby chciała mu zaśpiewać, ani nawet zagrać - odsunęła się od trupa, ciężko oddychając. Potem przeniosła swój wzrok na naszą trójkę bohaterów. Zdawało się przez chwilę, że zgubiła wątek i nie wie co ma z nimi zrobić, kiedy nagle osunęła się na kolana. Jej wzrok stał się pusty, nieobecny. Taki... Martwy? Odzyskując na chwilę przytomny wzrok, ofiara z bezsilną złością w oczach spojrzała jeszcze za siebie, na tych, którzy ją zaatakowali. Potem, jakby w zwolnionym tempie, dziewczyna odwróciła się i przewróciła z kolan na bok. Zaczęła się czołgać w kierunku jeziora, ale nie starczyło jej na to sił. Ze wzrokiem utkwionym w wodzie i ręką wyciągniętą do przodu najdalej jak się dało, zamarła w bezruchu.
Rafael przyglądał się temu wstrząśnięty.
- Czy ona... Nie żyje? - Zapytała przerażona Dalilea.
- Pewnie strzały były zatrute... - Szepnął Neil.
- Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale... Może wrzucimy ją do tego... Czegoś? - Zaproponował Rafael, patrząc na jezioro. - Wyglądała, jakby jej na tym bardzo zależało...
Po chwili ciszy dodał:
- I tak ładnie śpiewała...
Dalilea tylko kiwnęła głową, Neil z Rafaelem złapali byłą artystkę za kończyny, weszli do jeziora i rzucili ją najdalej jak potrafili. Ciało powoli zatopiło się w krwistej mieszance.
Śmierć wydał z siebie mrożący krew w żyłach odgłos, który mógł być śmiechem.
- Normalnie zabiłabym was bez słowa. - Zaczęła artystka, gdy zobaczyła, że cała trójka ludzi, którzy wpadli do jej kryjówki przez otwór, który przygotowała sobie na najczarniejszą godzinę jako drogę ucieczki (teorytycznie bez sensu, bo nigdy jeszcze nie musiała uciekać z gospody), już się ocknęła.
- Ale czuję, że jestem wam winna wyjaśnienia, bo...
Jej słowa przerwał jej własny, zadziwiająco wręcz okropny, bolesny dla uszu krzyk. Artystka z niedowierzaniem wpatrywała się w strzałę w swojej ręce, podczas gdy zza skały wyszła dwójka ludzi z kuszami.
- Zdychaj! - Wrzasnął jeden. - Gdyby mój kolega umiał strzelać, już byłoby po tobie!
Dziewczyna wyrwała strzałę z ręki, rozchlapując krew na ziemię i rzuciła się na kolana, akurat tak, że uniknęła drugiej strzały, która przeleciała jej nad głową. Mężczyźni w pośpiechu, teraz już nie tacy pewni siebie (cóż, zakładali, że któryś z nich trafi tak, że ofiara się nie podniesie), zaczęli w pośpiechu cofać się i ładować kusze.
Wykorzystując moment, dziewczyna znalazła się przy facecie bliżej, który wcześniej się odezwał, popchnęła go na ścianę jaskini i wcisnęła mu strzałę w pierś tak, że zakrwawiony grot był widoczny z drugiej strony. Potem, nie zaszczycając nawet spojrzeniem trójki niedoszłych topielców, obróciła się i spojrzała w oczy drugiemu z mężczyzn. Zaczęła śpiewać. Facet opuścił kuszę. Wciąż przy niej grzebał, ale wydawał się być bardziej zafascynowany głosem dziewczyny niż bronią. Śpiew przerwał charkot mężczyzny ze strzałą w piersi. Tuż przed śmiercią zwrócił na siebie uwagę artystki słowami:
- Ha... On jest głuchy!
- Co...? - Oczy dziewczyny rozszerzyły się z przerażenia, a zaraz potem zamknęły z bólu. Głuchy, a więc niewzruszony jej głosem mężczyzna znów nie trafił tam gdzie chciał - ofiara odwracając się do umierającego, zasłoniła się przez przypadek ramieniem, w którym utknęła kolejna strzała.
Rafael obserwował to wszystko z brzegu. Na chwilę, gdy dziewczyna zaczęła śpiewać, przestał rozumieć, co się dzieje, a już w następnej chwili miał ją tuż obok siebie, na wyciągnięcie ręki, topiącą głuchego w jeziorze. Najwyraźniej jej głos miał jakieś dziwne właściwości. Rafael gapił się otępiały, jak ostatni człowiek, który mógł go uratować, powoli przestaje się ruszać a na końcu sztywnieje z twarzą zanurzoną w tej strasznej wodzie. Wszystko wydarzyło się tak szybko... Czy ta kobieta nie mogłaby w końcu przestać mordować i zacząć znowu śpiewać? Było mu wtedy tak przyjemnie, nawet zapomniał o tym, że klęczy we własnych wymiocinach. W tamtej chwili było to dla niego bardzo cenne, bo zapomniał również o reszcie swoich problemów - Dalilei, bliskiej śmierci i wszystkich innych kłopotach, jakie tylko miał.
Dziewczyna jednak nie wyglądała, jakby chciała mu zaśpiewać, ani nawet zagrać - odsunęła się od trupa, ciężko oddychając. Potem przeniosła swój wzrok na naszą trójkę bohaterów. Zdawało się przez chwilę, że zgubiła wątek i nie wie co ma z nimi zrobić, kiedy nagle osunęła się na kolana. Jej wzrok stał się pusty, nieobecny. Taki... Martwy? Odzyskując na chwilę przytomny wzrok, ofiara z bezsilną złością w oczach spojrzała jeszcze za siebie, na tych, którzy ją zaatakowali. Potem, jakby w zwolnionym tempie, dziewczyna odwróciła się i przewróciła z kolan na bok. Zaczęła się czołgać w kierunku jeziora, ale nie starczyło jej na to sił. Ze wzrokiem utkwionym w wodzie i ręką wyciągniętą do przodu najdalej jak się dało, zamarła w bezruchu.
Rafael przyglądał się temu wstrząśnięty.
- Czy ona... Nie żyje? - Zapytała przerażona Dalilea.
- Pewnie strzały były zatrute... - Szepnął Neil.
- Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale... Może wrzucimy ją do tego... Czegoś? - Zaproponował Rafael, patrząc na jezioro. - Wyglądała, jakby jej na tym bardzo zależało...
Po chwili ciszy dodał:
- I tak ładnie śpiewała...
Dalilea tylko kiwnęła głową, Neil z Rafaelem złapali byłą artystkę za kończyny, weszli do jeziora i rzucili ją najdalej jak potrafili. Ciało powoli zatopiło się w krwistej mieszance.
Śmierć wydał z siebie mrożący krew w żyłach odgłos, który mógł być śmiechem.
niedziela, 7 stycznia 2018
Rozdział 33 - Dwa kaptury
Rafael, Neil i Dalilea spadali w ciemność. Otwór nad nimi zamknął się tak szybko i niespodziewanie, jak się pojawił. Nagle rozległ się głośny plusk. Otoczyła ich gęsta ciecz. Byli na to raczej średnio przygotowani, więc nawet nie zdążyli zaczerpnąć oddechu, zanim poszli na dno. Ale chwila, chwila, czy to aż takie proste? I żadne z nich nie umie pływać? Przecież Dalilea z Lądynu wydostała się właśnie rzeką! No tak, tak było. Wtedy jednak była przytomna. Teraz pływała po powierzchni cieczy twarzą w dół, pozbawiona świadomości w wyniku solidnego zderzenia głową z krawędzią otworu, przez który wpadła. Neil był w podobnej sytuacji - tuż przed spadnięciem oberwał jakimś przedmiotem rzuconym w gospodzie. Sądząc po dźwięku, z jakim ów przedmiot się rozbryznął po zderzeniu z jego czaszką, mógł być to porcelanowy dzban. Nic więc dziwnego, że Neil dryfował sobie obok Dalilei, nie wiedząc, że już niedługo jego mózg i serce przestaną pracować w wyniku niedotlenienia. Jedynym przytomnym okazał się być Rafael. Chłopak zaczął rozglądać się w poszukiwaniu brzegu - bezskutecznie. Było zupełnie ciemno. Tak ciemno, że równie dobrze można było zamknąć oczy - nic by to nie zmieniło, tak nieprzenikniony był mrok. Rafael zamknął więc oczy, złapał pozostałą dwójkę za ręce i zarzucił ich na siebie tak, by mieli głowy nad powierzchnią cieczy. Tak jak przewidział, tym razem to on zanurzył się całkowicie. Wstrzymanie oddechu na 50 sekund jest trudne. Jeszcze trudniejsze staje się, gdy musisz jednocześnie utrzymać przy życiu dwie inne nieprzytomne osoby. Niemal niemożliwe staje się wtedy, gdy nie masz nadziei na ratunek z tej sytuacji, i jednocześnie pływasz w cieczy o metalicznym posmaku i dziwnym zapachu, kojarzącym się z czymś, o czym Rafael w tym momencie bardzo nie chciał myśleć.
Nagle pomieszczenie wypełnił ciepły blask ognia. Rafael zobaczył go przez powieki i natychmiast otworzył oczy. Zapomniał jednak, że otacza go to płynne coś, a przypomniał sobie dopiero, gdy wlało mu się... No cóż, do oczu. Otworzył więc usta, aby krzyknąć - to również nie była dobra decyzja, bo coś dostało się również do gardła. Razem z uszami i nosem, których nie miał jak zamknąć, ciecz wypełniała teraz wszystkie możliwe otwory jego głowy. I wtedy usłyszał głos:
- Płyń! Do przodu! Płyń! Rafael! Płyń!
Rafael zaczął przebierać nogami na wszelkie sposoby, usiłując wymusić ruch do przodu. Powoli, bardzo powoli, co jakiś czas lekko wynurzając tylko nos, by zaczerpnąć choć odrobinę powietrza, trzymając Dalileę i Neila jak najwyżej, Rafael zaczął poruszać się do przodu.
- Płyń! Rafael, płyń! Tam jest brzeg!
Ufając ślepo głosowi, Rafael z trudem dopłynął do miejsca, w którym czuł dno. Resztką sił dotarł do miejsca, gdzie ciecz nie sięgała mu nawet do kostek, i z oczami pełnymi łez i tego czegoś, w czym przed chwilą o mało nie utonął, rzucił na plecy najpierw Dalileę, a obok Neila. Sam opadł na kolana i zaczął wymiotować. Wtedy też, patrząc na to co leje się z jego wszystkich otworów w głowie, upewnił się co do tego, w czym przed chwilą pływał. Choć bardzo nie chciał dopuścić tego do swojej świadomości, wiadomość przebiła się i dotarła do jego wycieńczonego mózgu - przed chwilą mało nie utonął w jeziorku słonej wody z morza i krwi.
Dopiero długo, bardzo długo, bo około minuty później, zauważył, że jednak nie jest jedyną przytomną osobą w pomieszczeniu. Na skale powyżej niego siedziały dwie postaci w czarnych kapturach. Jedna z nich miała w ręku harfę, druga kosę. Nieruchomo przyglądały się drżącemu chłopakowi, który sam nie wiedział co jest straszniejsze - to, że jeszcze przed chwilą ani drgnęli, kiedy on się topił, czy to, że jedno z nich teraz powoli wstało. Pierwsza podniosła się postać z harfą, zrzucając kaptur z głowy i odsłaniając twarz. Teraz Rafael kojarzył już obie te osoby i obie wydawały mu się w tym momencie równie straszne. W końcu zdecydował się, że bardziej boi się tej z harfą, bo Śmierć był tu prawdopodobnie z jej powodu. Ktoś z trójki głównych bohaterów miał niedługo umrzeć przez artystkę ze sceny w gospodzie.
Nagle pomieszczenie wypełnił ciepły blask ognia. Rafael zobaczył go przez powieki i natychmiast otworzył oczy. Zapomniał jednak, że otacza go to płynne coś, a przypomniał sobie dopiero, gdy wlało mu się... No cóż, do oczu. Otworzył więc usta, aby krzyknąć - to również nie była dobra decyzja, bo coś dostało się również do gardła. Razem z uszami i nosem, których nie miał jak zamknąć, ciecz wypełniała teraz wszystkie możliwe otwory jego głowy. I wtedy usłyszał głos:
- Płyń! Do przodu! Płyń! Rafael! Płyń!
Rafael zaczął przebierać nogami na wszelkie sposoby, usiłując wymusić ruch do przodu. Powoli, bardzo powoli, co jakiś czas lekko wynurzając tylko nos, by zaczerpnąć choć odrobinę powietrza, trzymając Dalileę i Neila jak najwyżej, Rafael zaczął poruszać się do przodu.
- Płyń! Rafael, płyń! Tam jest brzeg!
Ufając ślepo głosowi, Rafael z trudem dopłynął do miejsca, w którym czuł dno. Resztką sił dotarł do miejsca, gdzie ciecz nie sięgała mu nawet do kostek, i z oczami pełnymi łez i tego czegoś, w czym przed chwilą o mało nie utonął, rzucił na plecy najpierw Dalileę, a obok Neila. Sam opadł na kolana i zaczął wymiotować. Wtedy też, patrząc na to co leje się z jego wszystkich otworów w głowie, upewnił się co do tego, w czym przed chwilą pływał. Choć bardzo nie chciał dopuścić tego do swojej świadomości, wiadomość przebiła się i dotarła do jego wycieńczonego mózgu - przed chwilą mało nie utonął w jeziorku słonej wody z morza i krwi.
Dopiero długo, bardzo długo, bo około minuty później, zauważył, że jednak nie jest jedyną przytomną osobą w pomieszczeniu. Na skale powyżej niego siedziały dwie postaci w czarnych kapturach. Jedna z nich miała w ręku harfę, druga kosę. Nieruchomo przyglądały się drżącemu chłopakowi, który sam nie wiedział co jest straszniejsze - to, że jeszcze przed chwilą ani drgnęli, kiedy on się topił, czy to, że jedno z nich teraz powoli wstało. Pierwsza podniosła się postać z harfą, zrzucając kaptur z głowy i odsłaniając twarz. Teraz Rafael kojarzył już obie te osoby i obie wydawały mu się w tym momencie równie straszne. W końcu zdecydował się, że bardziej boi się tej z harfą, bo Śmierć był tu prawdopodobnie z jej powodu. Ktoś z trójki głównych bohaterów miał niedługo umrzeć przez artystkę ze sceny w gospodzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)