W poprzednim rozdziale pisałam, że napiszę coś o zwykłym dniu z życia Ceres, czy jakoś tak, więc udam, że jestem godną zaufania osobą (no jestem, ale czasem zdarzy mi się o czymś zapomnieć... Tylko ciężko zapomnieć o czymś, co się zapisało.) i to teraz zrobię.
Tak więc jak już wiecie, Ceres ma około 14 lat, talent do czegoś, co większość ludzi nazywa magią i smoka. Ponieważ mieszka na odludziu, a jej jedynym rozmówcą który odpowiada jest jej ojciec, dziewczyna nie ma za bardzo kontaktu z ludźmi (nie, Śmierć i jego rodzina absolutnie nie zaliczają się do ludzi...) więc o świecie poza wieżą i zaświatami wie wszystko z książek, których ma całą bibliotekę. Pomimo że większość z nich mówi o magii i zaklęciach (całe strony zapisane ruchomym pismem i czarami we wszystkich językach mogą wywołać oczopląs u czytelnika, więc potrzeba czegoś dla równowagi), znajdują się tam też dzieła autorstwa m.i.n. Stephena Queena, J.R.R. Talkiena, T. Pratchestta, czy też J.K Crownling. Ale jak długo można czytać to samo na okrągło? Dlatego Ceres zajęła się czymś, o czym większość populacji naszego świata nie ma pojęcia, a mianowicie myśleniem. My to nazywamy filozofią, jednak każdy kto usłyszałby o czternastoletnim filozofie, zacząłby się z niego śmiać, za to gdyby usłyszał o czternastolatku, który myśli, może nawet chciałby mu pogratulować... A może nie.
W każdym razie Ceres myślała bardzo dużo. Na początku myślała tak po prostu, z przyzwyczajenia, tak jak ty albo ja. Potem myślała logicznie, strategicznie (gra w brydża ze Śmiercią była dość trudna, bo jako pan losu z góry wiedział co się zaraz stanie. Przynajmniej zazwyczaj...) i nie tylko. A w końcu zaczęła się zastanawiać nad światem i nad tym, dlaczego wygląda on tak a nie inaczej. I dlaczego coś takiego jak ich świat w ogóle zaistniało. Będąc u Śmierci, często przeglądała też jego książki, a właściwie tylko jedną, bo tylko jedną miał. Była to Historia Świata Nonsensu. Czytając ją, zauważyła, że gdy dość duża grupa ludzi (lub innych stworzeń tego świata) w coś uwierzyła, stawało się to prawdą. Przeczytała też w tej książce o początku świata, a potem o powstaniu magii. I na podstawie właśnie tej księgi Ceres wymyśliła swoją teorię:
"Wszyscy myślą że odkrywają Świat. Nieprawda. To Świat odkrywa nas."
W tej słusznej teorii brakuje jednak paru słów, czyli "A raczej naszą wiarę." Dalsza część, udowadniająca teorię, brzmi mniej więcej tak:
Bóstwa powstały, gdy ludzie je wymyślili, a ludzie powstali, gdy komórkom zaczęło się wydawać, że istnieje coś takiego jak ewolucja. Z kolei komórki powstały, bo Światu, wypełnionemu pustką, bardzo się nudziło. Może brzmi to niedorzecznie, ale tak jest. Gdy coś od zawsze istnieje, musi pojawić się moment, w którym coś szuka rozrywki. A tu rozrywką Świata jest odkrywanie swoich mieszkańców. Świat uważa, że skoro stworzył mądre istoty, to wszystko w co uwierzą, powinno być prawdą, dlatego się nią staje. Ale Świat nie przewidział, że powstaną jednostki, których wiara jest tak silna, że zdoła go oszukać. Dlatego gdy taka jednostka (czarodziej) wypowiada zaklęcie, dzieje się coś, co zaklęcie przewiduje, a jedynym warunkiem bycia czarodziejem jest niezłomna wiara w to, że się nim jest. W rzeczywistości magia to po prostu wiara, a zaklęcia zwyczajnie pomagają uwierzyć. Nieznane słowa są bardziej wiarygodne, więc gdy ktoś mówi jedno z nich, czuje, że to coś niezwykłego (czyli magia. Właśnie nią nazywa się dziwne zjawiska, których nikomu nie chce się tłumaczyć). Dlatego czarodzieje zamiast mówić "A teraz niech przyleci do mnie kubek świeżej kawy z kuchni", mówią na przykład "Nenutaurat", lub dowolny inny dziwnie brzmiący wyraz, mając na myśli to samo, co po ludzku brzmi, trzeba przyznać, dość przyziemnie.
Niestety, ponieważ teoria Ceres jest bardzo logiczna i ma sens, ludzie nie chcą jej uznać i cały czas tkwią w błędzie, nazywając wszystko magią. A że w nią wierzą, magia (czyli wiara) nadal istnieje i ma się dobrze.
Jednak Ceres nie jest przecież cyborgiem ani maszyną liczącą, żeby tylko myśleć logicznie i zanudzać innych na śmierć, nie robiąc sobie przerwy na rozrywkę czy nawet herbatę. I dlatego Ceres uwierzyła w Kai. Ponieważ jednak ciężko uwierzyć że nagle przed tobą pojawia się znikąd smok, dziewczyna złagodziła tą niedorzeczną wersję do historii o tym, że podczas corocznych migracji miniaturowych smoków, jedna z samic za wcześnie zniosła jajo, które z braku pomysłu matki na transport, zostało pośrodku pustyni, całkiem niedaleko miejsca, w którym stoi wieża Shagai. Zaraz potem, jak Ceres upewniła się, że na pewno tak było, dziewczyna poszła po jajo, które już tam na nią czekało. Parę tygodni później wykluł się z niego Kai. Od tamtego momentu minęły cztery lata, przez które Kai i Ceres minimalnie urośli i zmądrzeli, ale ich relacje się nie zmieniły. No, może o tyle, o ile się do siebie bardziej przywiązali. Wszędzie chodzili razem, tyle że podczas spotkań z Shagai, który z niewiadomych powodów nie lubił smoków, o czym kiedyś przy okazji Ceres powiedział, Kai chował się w jej torbie. Zaleta była taka, że Ceres wszędzie torbę zabierała, więc smok mógł być zawsze razem z nią, a torba była już nieco dziurawa i zużyta, więc do jej środka bez problemu wlatywało powietrze.
I tak było do dnia, o którym chcę wam od początku napisać. Dnia, w którym Shagai dowiedział się o Kai. To był też dzień, w którym chciał powiedzieć Ceres o jej pochodzeniu. W tym celu wszedł do jej pokoju i zobaczył ją na łóżku, trzymającą Kai na kolanach. Gdyby to było dowolne inne stworzenie, dałby sobie wszystko wytłumaczyć. Dowolne inne, ale nie smok. Starannie dobierając słowa, tak, by w jego wypowiedzi było jak najwięcej przekleństw i klątw, Shagai zaślepiony złością, bez zbędnych ceremonii, wyprosił córkę oraz jej zwierzątko z wieży. Na zawsze.
Ceres, jej ukochana torba z książkami oraz Kai wylecieli z hukiem przez dziurę w ścianie, która kiedyś była oknem...
Ceres, jej ukochana torba z książkami oraz Kai wylecieli z hukiem przez dziurę w ścianie, która kiedyś była oknem...
Proszę oto mój komentarz:
OdpowiedzUsuńBardzo podoba mi się, że nie opisujesz dokładnie wyglądu postaci.
Nie wiem jak można nie lubić smoków. Ten Shagai jest jakiś dziwny (mówię jakbym sama nie była dziwna XD). No i jestem (z dedykacją dla mojej polonistki) STRASZNIE ciekawa co się stanie z Dalileą. Pokładam w niej nadzieje, że jeszcze się ogarnie, bo tak jakoś ją lubię. A tak w ogóle to BRAWO. Ja i bob budowniczy jesteśmy z ciebie dumni, że dajesz radę rozwijać swój talent i takie tam.
P.S.: Chyba nie muszę się podpisywać, bo dobrze wiesz kim jestem, ale użyję chociaż przezwiska :D
~Lucy
Hejka!
OdpowiedzUsuńZadziwiasz mnie, wiesz? Nie sądziłam, że w ogóle będziesz jeszcze pisać (przyznaję: myślałam, że już dawno rzucisz to w diabły), a tu proszę co się dzieje jak się człowiek uprze...
Poza tym: jak piszesz! ROSSwijasz się słoneczko i to bardzo! W nowszych rozdziałach widać zdecydowaną poprawę stylu pisania.
A co do tego rossdziału: trzeba się na tym skupić i pomyśleć, ale są wakacje... niemniej zrobiłam to i wśród tych wszystkich zawiłości (po prostu musiałam porządkować w głowie informacje ) stwierdzam, że niezłą mądrość tu ukryłaś.
Poważnie, to jest mądre. #DumaZCiebie
Lecę czytać dalej :*