W zasadzie od całkiem niedawna, w Świecie Nonsensu żyje (jescze) pewna dziewczyna mająca więcej szczęścia niż rozumu oraz nieustającego pecha, a na imię ma Dalilea. Ponieważ nazwa do czegoś zobowiązuje, Świat Nonsensu nie jest odkrywany przez ludzi, jak u nas, tylko to świat odkrywa swoich mieszkańców i dostosowuje swoje teorie do nich. Na tym blogu macie szansę przeczytać, co by się mogło stać, gdyby Świat Nonsensu okazał się prawdziwy.
piątek, 19 czerwca 2015
Rozdział 20 - Tymczasem bardzo daleko stąd...
Zostawmy na chwilę nieprzytomną Dalileę samą w ciemnym lesie i popatrzmy na resztę Świata. To w końcu bardzo ładny świat. Dobrze, a teraz zwróćmy uwagę na jego górną (jeśli tu można mówić o jakichkolwiek stronach...) część. Jest tam kontynent, a pośrodku niego morze kształtem przypominające krokodyla, lub też modlącą się postać. Na tym kontynencie jest wiele krajów, a w nich wiele miast i osad, ale to, co chcę wam pokazać, znajduje się poza nimi. Pośrodku stepu (bezdrzewna forma roślinna... Mam nadzieję, że wiecie co to step?) znajduje się wieża. Nie byle jaka, bo bardzo duża i starannie zbudowana z pojedynczych kamieni ustawionych na sobie, zlepionych... No, nieważne. Wieża jest mocno pochylona od strony wschodniej, niczym drzewo. Oplatają ją liczne rośliny pnące się do słońca, jednak mające zbyt słabe łodygi, by się samodzielnie utrzymać w jako takim pionie. W wieży mieszka czarodziej wyrzucony z uniwersytetu na którym studiował za zbyt dobre wyniki w nauce (kiedy ktoś na uniwersytecie był za dobry, wyrzucało się go by nie zawstydzał nauczycieli). Do niedawna mieszkał sam, jednak pewnego dnia pod drzwiami jego domu (tzn. wieży...) pojawiło się płaczące zawiniątko a wraz z nim list od matki zawiniątka. Nie zgłębiając treści listu można było jednak domyślić się, że czarodziej wypił o jedno piwo za dużo na jakiejś imprezie, poznał trochę zbyt ładną dziewczynę, powiedział o parę słów za dużo, a że był bardzo słownym człowiekiem, to tych słów od razu dotrzymał. W każdym razie, od teraz czarodziej mieszkał z córką, jednak nigdy się jej nie przyznał do swojej przeszłości, tylko wmawiał wszystkim, również sobie samemu, że rodzice dziecka zginęli na tonącym statku (jak się tam znaleźli, tego już nie wymyślił) a on jako jedyny (oprócz dziecka, rzecz jasna...) się uratował i litościwie przygarnął biedną sierotę oraz wychował jak własną córkę, którą to ta rzekoma "sierota" naprawdę była. Od tamtego momentu minęło kilkanaście lat, a że szczęśliwi czasu nie liczą, oraz dlatego że w zasadzie data urodzin dziecka nie była znana, nigdy się nie dowiemy, ile naprawdę lat ma dziewczyna. Możemy jednak wywnioskować z jej zachowania i wyglądu, że ma ich, powiedzmy, 14. Tak więc dziewczyna mieszka sobie z czarodziejem w wieży i uczy się od niego czarów od jakichś 14 lat. Może wydaje się być to dużo, jednak im bardziej człowiek bawi się magią, tym bardziej magia bawi się nim, między innymi wydłużając jego życie, więc 14 lat w życiu najlepszych czarodziejów było mgnieniem oka. A dziewczyna była nawet nie najgorsza, więc gdyby nawet teraz zakończyła naukę, dożyłaby co najmniej setki, jak nie dwusetki... Co do wieku czarodzieja nie mamy pewności, jednak przeżyje najprawdopodobniej koniec świata, bo nawet dyrektor uniwersytetu może się przy nim schować. Cóż, przydały by się imiona czarodzieja i jego córki, żeby mieć jakieś zastępstwo dla tych terminów... A więc imię czarodzieja nie jest raczej istotne, bo wszyscy których on zna (A chociaż mieszka sam, zna bardzo wiele osób... Głównie z uniwersytetu, więc mówią mu po nazwisku.) nazywają go (oprócz takich popularnych wśród starych przyjaciół form typu kujon, debil, sku*wiel itp.) Shagai (proszę, czytaj Szagai, nie Shagai, bo co prawda to drugie wygląda ładniej na piśmie, ale jest trudniejsze do powiedzenia, no i gorzej brzmi). A więc, Shagai, jako bardzo kreatywny mag (mag, czarodziej, czarnoksiężnik... Te terminy określają po prostu człowieka zajmującego się magią), nazwał córkę Ceres. Tym, jak Ceres wygląda, czym się interesuje, ile wie i jak wygląda zazwyczaj jej dzień, zajmiemy się w następnym rozdziale. Tu mogę jednak od razu powiedzieć, żeby nikt się nie spodziewał jakiegoś malowania paznokci, lub też od drugiej strony, prowadzenia podwójnego życia jako ninja, że Ceres wychowuje w tajemnicy przed Shagai miniaturowego smoka o imieniu Kai, co jakiś czas przychodzi do Śmierci i jego rodziny na partyjkę brydża oraz, tak jak już wspomniałam, uczy się czarów i ma nawet na ich temat własną, jeszcze nie potwierdzoną, jednak prawdziwą teorię...
wtorek, 2 czerwca 2015
Rozdział 19 - Dziwne rzeczy
Historia świata nagle zatoczyła koło i wróciła do początku. Organizmy w przyszłości żywe, nawet nie zaistniały. Kilka dinozaurów wyszło z podziemi, a pierwszy odcinek "Mody na sukces" właśnie ukazał się na ekranach. A raczej ukazałby się, gdyby wtedy istniały jakiekolwiek ekrany. Przez chwilę jeszcze przeszłość należała do teraźniejszości, po czym przyszłość zajęła jej miejsce. Kilka stworów, których prapraprapradziadkiem był ostatni człowiek na Świecie Nonsensu, z uwagą obserwowało małe stworzenie z notatnikiem i wmiarędługojednaknietakdługojakwiecznepióroniestetypisem, piszące obserwacje na temat zachowania jego właścicieli. Zaledwie sekundę po tym stworki zniknęły, a kolejnym obrazem który mógłby zobaczyć postronny obserwator z innego świata, taki jak ja lub ty, czytelniku, była dobrze uzębiona paszcza potwora morskiego, który znikąd zmaterializował się na środku pustyni. Byłby, gdybyśmy akurat nie mrugnęli.
O dziwo, po otworzeniu naszych oczu, stwór nadal był tam, gdzie się zjawił. Nagle, tuż obok niego, pojawiła się Dalilea. Potwór morski popatrzył na nią ze zdziwieniem. Dalilea popatrzyła na niego z przerażeniem. Potwór morski zamknął oczy. Dalilea zaczęła krzyczeć. Potwór zasłonił uszy. Dalilea przestała się drzeć i spojrzała na potwora. Od kiedy miał uszy? I taki w miarę ludzki kształt? Nastąpiło nagle kolejne przesunięcie w czasoprzestrzeni. Dalilea leżała w lesie, a kostka w kieszeni wbijała jej się w biodro. Obok niej nie było żadnego potwora morskiego, ani tym bardziej człowieka. Była za to postać, kształtem przypominająca ludzką. W czarnej szacie, z kosą w dłoni i ręką swojej córki, Głupoty, w drugiej.
Śmierć uśmiechnął się do Dalilei, co było wielkim wyczynem dla kogoś, kto nie ma mięśni, skóry ani układu krwionośnego. Dziewczyna zemdlała. W tym momencie obok ojca pojawiła się Głupota, wzięła od niego swoją rękę i doczepiła do ramienia (jak przed chwilą pisałam - "<Śmierć> z kosą w dłoni i ręką swojej córki Głupoty, w drugiej"...).
- Tato, ta dziewczynka wydaje się być całkiem fajna. Możesz jej jeszcze odpuścić to całe umieranie? Pobawię się z nią.
- Właściwie i tak mam dużo roboty... Ale o niej nie zapomnę! Chociaż, jakby się zastanowić, to przez nią właśnie ma tyle pracy, więc... - Zaczął Śmierć, jednak nie zdążył dokończyć, bo Głupota mu przerwała.
- Tak! Zacznę zaraz, tylko musi się ocknąć...
- Nie sądzisz, że gdy się obudzi i cię zobaczy w tym lesie, to umrze ze strachu?
- Och, jakoś wytrzyma... Albo dotrę do niej w inny sposób! Faktycznie mogłaby się trochę zdziwić...
W tym momencie Śmierć wyczuł nadchodzący wielogodzinny monolog córki i zniknął, a Głupota kontynuowała: ...więc może ją opętać? Czasem mam wrażenie że już to zrobiłam! Ta dziewczyna ma więcej szczęścia niż rozumu, jak to zrobiła beze mnie naprawdę nie wiem, ale cud, że jeszcze żyje! To jakiś znak od losu, choć to trochę śmieszne, bo mam wpływ na ten los, a przynajmniej tak mi się wydaje, jednak imię do czegoś zobowiązuje...
A teraz, na mocy mojego autorskiego prawa do edycji i pisania tego bloga, częściowo przez lenistwo, a częściowo z dobrego serca, oszczędzę wam, czytelnicy, dalszej części monologu i tym miłym akcentem (oraz kropką) zakończę ten mocno dziwny rozdział.
O dziwo, po otworzeniu naszych oczu, stwór nadal był tam, gdzie się zjawił. Nagle, tuż obok niego, pojawiła się Dalilea. Potwór morski popatrzył na nią ze zdziwieniem. Dalilea popatrzyła na niego z przerażeniem. Potwór morski zamknął oczy. Dalilea zaczęła krzyczeć. Potwór zasłonił uszy. Dalilea przestała się drzeć i spojrzała na potwora. Od kiedy miał uszy? I taki w miarę ludzki kształt? Nastąpiło nagle kolejne przesunięcie w czasoprzestrzeni. Dalilea leżała w lesie, a kostka w kieszeni wbijała jej się w biodro. Obok niej nie było żadnego potwora morskiego, ani tym bardziej człowieka. Była za to postać, kształtem przypominająca ludzką. W czarnej szacie, z kosą w dłoni i ręką swojej córki, Głupoty, w drugiej.
Śmierć uśmiechnął się do Dalilei, co było wielkim wyczynem dla kogoś, kto nie ma mięśni, skóry ani układu krwionośnego. Dziewczyna zemdlała. W tym momencie obok ojca pojawiła się Głupota, wzięła od niego swoją rękę i doczepiła do ramienia (jak przed chwilą pisałam - "<Śmierć> z kosą w dłoni i ręką swojej córki Głupoty, w drugiej"...).
- Tato, ta dziewczynka wydaje się być całkiem fajna. Możesz jej jeszcze odpuścić to całe umieranie? Pobawię się z nią.
- Właściwie i tak mam dużo roboty... Ale o niej nie zapomnę! Chociaż, jakby się zastanowić, to przez nią właśnie ma tyle pracy, więc... - Zaczął Śmierć, jednak nie zdążył dokończyć, bo Głupota mu przerwała.
- Tak! Zacznę zaraz, tylko musi się ocknąć...
- Nie sądzisz, że gdy się obudzi i cię zobaczy w tym lesie, to umrze ze strachu?
- Och, jakoś wytrzyma... Albo dotrę do niej w inny sposób! Faktycznie mogłaby się trochę zdziwić...
W tym momencie Śmierć wyczuł nadchodzący wielogodzinny monolog córki i zniknął, a Głupota kontynuowała: ...więc może ją opętać? Czasem mam wrażenie że już to zrobiłam! Ta dziewczyna ma więcej szczęścia niż rozumu, jak to zrobiła beze mnie naprawdę nie wiem, ale cud, że jeszcze żyje! To jakiś znak od losu, choć to trochę śmieszne, bo mam wpływ na ten los, a przynajmniej tak mi się wydaje, jednak imię do czegoś zobowiązuje...
A teraz, na mocy mojego autorskiego prawa do edycji i pisania tego bloga, częściowo przez lenistwo, a częściowo z dobrego serca, oszczędzę wam, czytelnicy, dalszej części monologu i tym miłym akcentem (oraz kropką) zakończę ten mocno dziwny rozdział.
Subskrybuj:
Posty (Atom)