Uwaga! Organizuję "liczenie czytelników (czytelników, nie obserwatorów ani wyświetleń!)", co oznacza, że jeżeli nie trafiłeś/aś na tego bloga przypadkiem, tylko w celu przeczytania kolejnego rozdziału, masz całkowite prawo (oraz obowiązek by z tego prawa skorzystać!) zostawić po sobie chociażby anonimowy komentarz zawierający jakikolwiek tekst wymyślony przez ciebie (wystarczy nawet coś w stylu "jestem!") oraz imię postaci, którą najbardziej lubisz z tego bloga, lub której naprawdę nie cierpisz (nadal z tego bloga, więc coś typu "lubię pottera" nie wchodzi w grę). A teraz weź sobie do serca to, co przed chwilą napisałam, przeczytaj rozdział i (proszęproszęproszęproszę...) nie zapomnij zostawić komentarza!
Ziemia zbliżała się do Ceres w niebezpiecznie szybkim tempie. Jeszcze przed chwilą dziewczyna patrząc na nią widziała tylko zieloną trawę, teraz dostrzegła również kwiaty i wyglądające na bardzo ostre kamienie różnej wielkości. W upadku z piątego piętra (a na takiej właśnie wysokości znajdował się pokój Ceres... Wspominałam już o tym że jej ojciec się zdenerwował i wyrzucił ją przez okno? Znaczy przez to co z okna zostało po wybuchu zaklęcia przez niego rzuconego?) na to akurat podłoże pocieszające było tylko to, że nie oznaczał jakiegoś strasznego bólu, tylko po prostu śmierć. W momencie, kiedy Ceres przyswoiła wiadomość, że najprawdopodobniej zaraz zginie, coś złapało ją za kaptur szaty i z całej siły trzepocząc skrzydełkami na chwilę uniosło się w górę, po czym z braku sił razem z dziewczyną opadło na ziemię.
- Dzięki, Kai. - szepnęła Ceres, wstając z zamiarem wyjaśnienia Shagai, dlaczego i skąd ma smoka. Nie zdążyła jednak nawet się wyprostować, ponieważ w miejsce tuż obok niej trafił piorun, bynajmniej nie wywołany przez burzę. Podobno w wyższe obiekty łatwiej trafić, więc czarodziejka, na ugiętych nogach, złapała Kai w ramiona i zaczęła uciekać, bijąc przy okazji światowy rekord w biegu na setkę. Nie miało to jednak teraz znaczenia, bo zaliczane przez komisję są tylko rekordy osób żywych, a Ceres w tym momencie było już bliżej do zaświatów.
No ale ile można biec? Nawet ratując życie, człowiek ma pewne ograniczenia, dlatego Ceres po paruset metrach sprintu zatrzymała się, ryjąc najpierw kolanami, później rękami, a na koniec twarzą w ziemię, przygniatając przy tym Kai, który niezadowolony z zaistniałej sytuacji natychmiast dał o tym znać, wbijając przemęczonej dziewczynie kolec na ogonie między żebra. Czarodziejka przewróciła się na plecy, pomiędzy kolejnymi oddechami jęcząc na zmianę "Przepraszam, Kai" i "Gdzie Shagai? Goni nas?". Smok uniósł się w powietrze i rozejrzał. Po wpienionym opiekunie jego przyjaciółki nie było nawet śladu, a sama jego wieża stała maleńka pośród stepu. Nic nie wskazywało na to, by dalsza ucieczka była potrzebna. Kai wylądował tuż obok Ceres i przyłożył ucho (tak, smoki w Świecie Nonsensu mają uszy. Przypominają one co prawda małe skrzydełka wrośnięte w głowę, ale zawsze coś. Jeżeli ktoś chce się dowiedzieć więcej na ich temat proszę o napisanie tego w komentarzu) do jej klatki piersiowej, upewniając się, że dziewczyna jeszcze żyje. Ponieważ serce w niej biło jak oszalałe i nic nie wskazywało na to, by miało stanąć, smok podniósł głowę i znów rozejrzał się, tym razem w poszukiwaniu wody, która na pewno bardzo by się w tym momencie przydała. Jak sam tytuł rozdziału mówi, nie ma wody na pustyni, ale byli na szczęście po tej stronie wieży Shagai, po której jest step, więc w zasięgu wzroku, po prawej, płynął sobie leniwie strumyk. Kai, zadowolony z siebie już miał do niego polecieć po wodę, gdy uświadomił sobie, że nie ma jak jej przynieść. Szpiczasty kapelusz Ceres (można by go też nazwać tiarą), obowiązkowy dla każdego szanującego się czarodzieja, raczej się nie nadawał. A dziewczyna się raczej nie ucieszy z wody przyniesionej w zaślinionej paszczy. Więc może w torbie znajdzie się coś przydatnego? Kai chwycił torbę w zęby, wzleciał na wysokość metra i wytrząsnął całą jej zawartość na ziemię. A więc księga z czarami, jakieś dziwne pudełko którego Kai był nauczony nie ruszać oraz przybory do pisania nie bardzo się nadawały, jednak była tam jeszcze jedna rzecz. Smok wziął ją w zęby a następnie położył Ceres w ręce. Dziewczyna odwróciła głowę w tamtą stronę.
- W torbie to znalazłeś, Kai?
Smok pokiwał głową z zadowoleniem.
- Brawo, mały. - powiedziała dziewczyna, wolną ręką głaszcząc Kai po głowie. W drugiej miała szklaną butelkę z wodą, którą niedawno kupił jej Shagai (znaczy kupił samą butelkę, bo szkło było dość nowym, ale dobrze się zapowiadającym wynalazkiem, więc warto było mieć coś z niego zrobionego. Wodę Ceres dolała sama dziś rano, na popołudnie, gdyby chciała iść do Śmierci na brydża.) Kai usiadł na ziemi, merdając ogonem (tu rozwiewają się wszelkie wątpliwości co do tego, czy Shagai miał rację. Nie miał. Kai był bardzo miłym, inteligentnym smokiem, który skrzywdziłby kogoś tylko w obronie własnej lub swojej przyjaciółki, Ceres.), a czarodziejka głaskała go, pijąc wodę. Po chwili zatknęła butelkę korkiem (kup jedną szklaną butelkę, a otrzymasz do niej korek gratis! Oferta ważna do wyczerpania zapasów) zapytała:
- Myślisz, że powinnam wrócić i wszystko wyjaśnić?
Gdyby Kai umiał mówić, zapytałby:
- Pogrzało cię? Chcesz zginąć?
Jednak ponieważ mowa była czymś właściwym dla ludzi i innych gatunków posiadających struny głosowe, smok po prostu pokręcił głową z politowaniem.
- Nie, nie pogrzało mnie! Jeśli nie wrócimy, zostaniemy bezdomni. Chcesz być bezdomny?
Kai znów pokręcił głową.
- No właśnie... Ja też. Chociaż pewnie masz rację. Pewnie już i tak jesteśmy bezdomni, a jeśli wrócimy, będziemy również martwi.
Smok pokiwał energicznie głową. Tak, będziemy martwi. Chcesz być martwa?
- Nie, oczywiście że nie chcę być martwa! - stwierdziła Ceres - Więc idziemy dalej? Tak? Do Śmierci? Nie, on mieszka w zaświatach. Człowiek u niego w domu jest praktycznie martwy! Chociaż nie odczuwa upływu czasu... No i on zna Shagai, na pewno by mnie mu oddał... Więc do jakiegoś miasta... Dobrze? No i co wtedy? Mam znaleźć sobie pracę? Nie wyglądam na dorosłą... Nie szkodzi? Tak myślisz? Co ma być to będzie? No... Dobra. Więc idziemy.
Ceres wstała, spakowała rzeczy z torby do... Tak, torby! Powiesiła ją sobie na ramieniu i kiedy Kai usiadł na drugim, ruszyła. Powoli, bo cała obolała po biegu i upadku, ale jednak. Tak zazwyczaj w filmach kończą się przygody, prawda? Dwójka doświadczonych bohaterów znika w oddali na tle zachodzącego słońca? Cóż, to nie film, tylko "Gra", więc ta przygoda się dopiero zaczyna... (ach te nastrojowe wielokropki... Dzięki nim robi się tajemniczy klimat. Chyba że są w nadmiarze... Czy dwa wielokropki na jeden nawias to przypadkiem nie za dużo?)
W zasadzie od całkiem niedawna, w Świecie Nonsensu żyje (jescze) pewna dziewczyna mająca więcej szczęścia niż rozumu oraz nieustającego pecha, a na imię ma Dalilea. Ponieważ nazwa do czegoś zobowiązuje, Świat Nonsensu nie jest odkrywany przez ludzi, jak u nas, tylko to świat odkrywa swoich mieszkańców i dostosowuje swoje teorie do nich. Na tym blogu macie szansę przeczytać, co by się mogło stać, gdyby Świat Nonsensu okazał się prawdziwy.
czwartek, 30 lipca 2015
czwartek, 23 lipca 2015
Rozdział 23 - Bo Gra jest najważniejsza.
xx.xx.xxxx r.
Witam, tu (znowu, a co? Przecież to mój pamiętnik kurde znów się pomyliłam, dobrze że nikt tego raczej nie przeczyta dziennik) Atena! Podobno jestem boginią mądrości, ale czasami zaczynam w to wątpić... Gdybym była naprawdę mądra, wiedziałabym jaka jest data na Olimpie, nawet jeśli tu właściwie czas stoi, a nie płynie i nie musiałabym pisać tych iksów powyżej. No i wygrywałabym każdą Grę. No właśnie, Gra... Muszę się pochwalić, że ostatnio wykorzystałam kartę wierszowanej przepowiedni i kupiłam od Hery dwóch bohaterów, na których mi zależało, kosztem sześćdziesięciu mniej znaczących pionków. Zapyta ktoś pewnie: aż tyle!? No cóż, biorąc pod uwagę fakt, że jest tylko kilkudziestu bogów, a pionków około 8 miliardów, to było niewiele. I znów ktoś zapyta: To wy te wszystkie pionki ogarniacie!? Odpowiedź brzmi: tak, ale najczęściej zajmujemy się tylko małą grupą (od dziesięciu do stu), która ma największe szanse na przeżycie lub przydatne w grze bonusy, takie jak wyjątkowe szczęście, umiejętność używania magii lub talenty. Jej członków (tak, tej grupy) nazywamy bohaterami. Żeby wygrać nie trzeba niszczyć wszystkich pionków przeciwnika, wystarczy pozbawić go bohaterów i wtedy resztę jego rzeczy do Gry dostajesz automatycznie. A potem Gra zaczyna się od nowa, pionki, czasem nawet te z poprzedniej rozgrywki są na nowo losowane z worka (który chyba nie ma dna, bo jak w czymś o pojemności pięciu litrów zmieścić 8 miliardów pionków?) i znów trzeba walczyć o zwycięstwo. Właśnie przez Grę wszyscy bogowie i boginie, niezależnie od innych cech charakteru są bardzo waleczni lub nawet agresywni. Smutne, prawda?
No bo właściwie Gra to całe nasze życie. Bo co innego robić (oprócz grania w planszówki, a konkretnie właśnie w tą Grę), gdy się nic nie musi? Gra istnieje odkąd pamiętam. Gdy bogowie się rodzili, leżała sobie na stole obok worka, a na niej stały pionki. I każdy od razu, bez tłumaczenia znał zasady, oraz próbował je łamać. Tak jak Demeter, na przykład. Bardzo spokojna i delikatna, dopóki w Grze nie stanie się coś, co jej nie pasuje. Albo Hera, która w nieskończoność zastanawia się nad jednym ruchem i wątpi w swoje możliwości, podejmuje szybką (i zazwyczaj bolesną dla innych graczy) decyzję, gdy coś zagraża jej bohaterom. Hermes, który wciąż oszukuje, potrafi uczciwie zapłacić bez nawet próby targowania się (a jest bogiem kupców i złodziei), kiedy zostaje przyparty do muru. Zeus, mój ojciec, podobno zawsze sprawiedliwy, przeznacza wszystkie karty na jednego bohatera, jeśli dzięki temu ma wygrać. Gra jest bogiem bogów, przez nią jesteśmy zdolni do wszystkiego. Dla zwycięstwa. Ja też, niby taka mądra i bogini słusznej wojny, ale nawet z wrogiem się sprzymierzę, żeby tylko wygrać. Bo Gra jest najważniejsza.
Dziennik boga Aresa
xx.xx.xxxx r.
Dziś znów, jak zwykle, gramy w Grę. Próbuję zdobyć od Hermesa pewną postać, jednak zauważyłem, że Atena też ma na nią oko. Jednocześnie walczę z Zeusem o kontrolę nad ZSA (Zjednoczone Stany Arytmetyki) i o Krem w Tu Krainie. Walka jest zacięta, a niebezpieczeństwo czyha wszędzie, w postaci moich krewnych którzy są jeszcze w Grze. Za chwilę moja kolej, napisałbym więcej, ale muszę się zastanowić nad kolejnymi posunięciami. Bo Gra jest najważniejsza.
Pamiętniczek bogini Demeter
xx.xx.xxxx r.
Kochany pamiętniczku! Nie masz pojęcia, jak dużo dzieje się ostatnio w Grze! Atena zyskała od Hery dwóch bohaterów... Może wygrać, mądrala. Ale ja też mam asa w rękawie, a raczej na planszy, jednak to może nie wystarczyć, więc jeśli się uda, zawrę z Ateną sojusz. O ile wybaczyła mi już tą bójkę przez oszustwo... Ale długo się gniewać nie będzie, za bardzo mnie lubi! Będzie dobrze. Na pewno. Z resztą ja też ją bardzo lubię, gdyby nie ta cała Gra, pewnie byśmy się nawet przyjaźniły. A tak to jest rywalizacja i tylko się kłócimy... Nawet się przecież przez nią pobiłyśmy, pamiętniczku! Ale dlaczego? Dlaczego musimy walczyć? Odpowiedź jest dla mnie oczywista, ale ty możesz przecież nie wiedzieć... A więc powiem ci, pamiętniczku, dlaczego tak jest. Bo Gra jest najważniejsza.
czwartek, 16 lipca 2015
Rozdział 22 - Świat jest mały!
Cóż, w poprzednim rozdziale jakoś nie udało mi się zamieścić opisu wyglądu Ceres, więc zrobię to przy następnej okazji. Tymczasem wróćmy do Dalilei, którą ostatnio zostawiłam samą w lesie... (dramatyczny wielokropek... Czujecie to napięcie?) Do rzeczy:
Dalilea otworzyła oczy. Znowu. Jeszcze nigdy w życiu nie zemdlała tyle razy w tak krótkim czasie, więc stan jej zdrowia (i psychicznego, i fizycznego) był co najmniej zły. Nie przeszkodziło jej to jednak stanąć na nogi, upewnić się, czy dziwna kostka do gry nadal jest w jej kieszeni (gdyby jej nie było, całkiem możliwe, że zaczęłaby jej szukać w trawie. Na szczęście była na miejscu, bo Dalilea jakoś przez ostatnie dni bardzo się do tej kostki przywiązała) i powoli ruszyć przed siebie. Dziewczyna mogłaby w sumie najpierw pomyśleć, w którą stronę chce iść, ale kierunek nie miał dla niej znaczenia, bo las zawsze się gdzieś kończy, więc idąc prosto w końcu z niego wyjdzie. Pora dnia (lub nocy) też nie miała znaczenia, bo i tak drzewa rosły tak gęsto, że nie było widać słońca. A więc Dalilea szła przez las, potykając się co chwila, przez bardzo długi czas. Każdy normalny wie, że gdy robi się coś przez długi czas, zaczyna się temu komuś nudzić. Tak samo było z Dalileą, która w pewnym momencie przystanęła i wyjęła kostkę z kieszeni. Z braku pomysłu na cokolwiek poza dalszą wędrówką, dziewczyna usiadła pod najbliższym drzewem (w tym lesie było ciężko stwierdzić, które drzewo było najbliżej, bo było ich za dużo, ale Dalilei się przypadkiem udało) i zaczęła się nią bawić.
- Chciałabym wyjść z tego lasu... Jak najszybciej. - pomyślała i podrzuciła kostkę, która po chwili spadła na ziemię i potoczyła się po niej kilka centymetrów, po czym zatrzymała. Wypadło białe pole.
- A ja chciałbym tort truskawkowy o smaku borówki w kształcie jednorożca w skali 100:1. - powiedział złośliwy głosik w jej głowie - nie masz szans. Już zaczynasz wariować, słyszysz głosy w swojej głowie!
- Po pierwsze - odpowiedziała na głos Dalilea - gadasz bez sensu, no bo jak można słyszeć głosy w cudzej głowie? Logiczne, że jak już słyszysz głosy, to w swojej głowie. Po drugie, już wcześniej cię słyszałam, więc jestem tak samo nienormalna jak przedtem i wcale nie jest ze mną gorzej! - dokończyła. Głosik zamilkł, a sama dziewczyna wzięła kostkę i schowała ją do kieszeni, po czym ruszyła dalej przez las, myśląc o tym, że przez rozmowę z samą sobą zrobiła się głodna. Po drodze, by zapomnieć o braku jedzenia, powtarzała sobie rymowankę, którą usłyszała kiedyś, ale zapomniała gdzie. Co dziwne, przypomniała ją sobie dopiero teraz, nie pamiętając, by mówiła ją, lub chociaż myślała o niej wcześniej.
A jak alarm podczas pożaru
B jak bogowie grający w Grę
C jak człowiek wierzący w czary
D jak dramat który rozegrał się
E jak elfy, ofiary dramatu
F jak frustracja podczas wędrówki przez las
G jak głupcy którym szczęście sprzyja
H jak historia co prześladuje nas
I jak intuicja, która często pomaga
J jak jedzenie, którego brak czasami
K jak koledzy dawno poznani
L jak ludzie, zajmujący się tylko swoimi bogactwami
M jak miasto, w którym mieszkają
N jak nadzieja, która umiera ostatnia
O jak odwrót, czyli ucieczka
P jak pomoc i dusza bratnia
R jak ratunek w ostatniej chwili
S jak statek wypływający na morze
T jak trudności napotykane po drodze
U jak uczeń, co do mistrza wrócić nie może
W jak wiara, co góry przenosi
X jak niewiadoma w matematycznym równaniu
Y jak Yelsa, najlepsza wyrocznia
Z jak zmiana i jak zakończenie potrzebne w każdym opowiadaniu.
Cóż, wiersz może i nie rytmiczny, ale przynajmniej wszystko się rymuje... I tak, powtarzając sobie powyższe linijki na głos, Dalilea kompletnie przypadkiem wyszła z lasu. Z początku nawet tego nie zauważyła, tak była zajęta rymowanką. Zorientowała się dopiero, gdy pod wieczór doszła do jakiegoś miasta, a strażnik bramy mało nie uciął jej głowy, zagradzając drogę halabardą. Gdy dziewczyna w końcu na niego spojrzała, zapytał:
- Kto idzie?
Dalilea już miała się przedstawić, gdy przypomniała sobie, że jest niedoszłą miss i wszyscy dobrze wiedzą, że powinna być martwa, a jeśli nie jest, to trzeba to zmienić.
- Nazywam się... - Zaczęła dziewczyna, rozglądając się w poszukiwaniu natchnienia, aż tuż za bramą zobaczyła stoisko z lodami. - Eee... Liza. Znaczy Eliza Łaloda.
Wchodząc do miasta, Dalilea powtarzała sobie swoje nowe nazwisko w myślach. Cóż, trzeba przyznać, że coś jej nie wyszło z tym wymyślaniem. Ale w końcu lepsza Eliza Łaloda niż śmierć, prawda? Przechodząc uliczkami, dziewczyna patrzyła ukradkiem, czy ktoś jej nie rozpoznał. Było to raczej niepotrzebne, bo malarze z jej miasta słabo oddali jej wygląd na plakatach informujących o wyborach miss, a nawet gdyby ktoś ją rozpoznał, na pewno by usłyszała jego krzyk.
Tak więc Dalilea szła sobie spokojnie, aż zauważyła, że ludzie, choć nie krzyczą, dziwnie jej się przyglądają. Nic dziwnego. Dalilea zapomniała, że jeszcze dziś rano była w lesie, więc miała liście we włosach, podartą sukienkę, odrapaną twarz, a także ślady ziemi i błota gdzie się tylko dało. Próbując uniknąć podejrzliwych spojrzeń przechodniów, skręciła w boczną uliczkę i stanęła twarz w twarz (a raczej twarzą w szyję, bo była niższa od człowieka przed nią) z...
- Świat jest mały! Cześć, Rafael! - Krzyknęła Dalilea.
- Znowu ty... - Jęknął Rafael. W momencie, kiedy chłopak odwrócił się i już chciał odejść, zza zakrętu wyszedł Neil.
- Cześć, Dalilea! Jednak żyjesz? Jak się tu dostałaś? Nie jesteś głodna ani nic, bo mamy tu z Rafaelem całkiem świeże resztki z festynu który był w zeszłym tygodniu...
Dalilea otworzyła oczy. Znowu. Jeszcze nigdy w życiu nie zemdlała tyle razy w tak krótkim czasie, więc stan jej zdrowia (i psychicznego, i fizycznego) był co najmniej zły. Nie przeszkodziło jej to jednak stanąć na nogi, upewnić się, czy dziwna kostka do gry nadal jest w jej kieszeni (gdyby jej nie było, całkiem możliwe, że zaczęłaby jej szukać w trawie. Na szczęście była na miejscu, bo Dalilea jakoś przez ostatnie dni bardzo się do tej kostki przywiązała) i powoli ruszyć przed siebie. Dziewczyna mogłaby w sumie najpierw pomyśleć, w którą stronę chce iść, ale kierunek nie miał dla niej znaczenia, bo las zawsze się gdzieś kończy, więc idąc prosto w końcu z niego wyjdzie. Pora dnia (lub nocy) też nie miała znaczenia, bo i tak drzewa rosły tak gęsto, że nie było widać słońca. A więc Dalilea szła przez las, potykając się co chwila, przez bardzo długi czas. Każdy normalny wie, że gdy robi się coś przez długi czas, zaczyna się temu komuś nudzić. Tak samo było z Dalileą, która w pewnym momencie przystanęła i wyjęła kostkę z kieszeni. Z braku pomysłu na cokolwiek poza dalszą wędrówką, dziewczyna usiadła pod najbliższym drzewem (w tym lesie było ciężko stwierdzić, które drzewo było najbliżej, bo było ich za dużo, ale Dalilei się przypadkiem udało) i zaczęła się nią bawić.
- Chciałabym wyjść z tego lasu... Jak najszybciej. - pomyślała i podrzuciła kostkę, która po chwili spadła na ziemię i potoczyła się po niej kilka centymetrów, po czym zatrzymała. Wypadło białe pole.
- A ja chciałbym tort truskawkowy o smaku borówki w kształcie jednorożca w skali 100:1. - powiedział złośliwy głosik w jej głowie - nie masz szans. Już zaczynasz wariować, słyszysz głosy w swojej głowie!
- Po pierwsze - odpowiedziała na głos Dalilea - gadasz bez sensu, no bo jak można słyszeć głosy w cudzej głowie? Logiczne, że jak już słyszysz głosy, to w swojej głowie. Po drugie, już wcześniej cię słyszałam, więc jestem tak samo nienormalna jak przedtem i wcale nie jest ze mną gorzej! - dokończyła. Głosik zamilkł, a sama dziewczyna wzięła kostkę i schowała ją do kieszeni, po czym ruszyła dalej przez las, myśląc o tym, że przez rozmowę z samą sobą zrobiła się głodna. Po drodze, by zapomnieć o braku jedzenia, powtarzała sobie rymowankę, którą usłyszała kiedyś, ale zapomniała gdzie. Co dziwne, przypomniała ją sobie dopiero teraz, nie pamiętając, by mówiła ją, lub chociaż myślała o niej wcześniej.
A jak alarm podczas pożaru
B jak bogowie grający w Grę
C jak człowiek wierzący w czary
D jak dramat który rozegrał się
E jak elfy, ofiary dramatu
F jak frustracja podczas wędrówki przez las
G jak głupcy którym szczęście sprzyja
H jak historia co prześladuje nas
I jak intuicja, która często pomaga
J jak jedzenie, którego brak czasami
K jak koledzy dawno poznani
L jak ludzie, zajmujący się tylko swoimi bogactwami
M jak miasto, w którym mieszkają
N jak nadzieja, która umiera ostatnia
O jak odwrót, czyli ucieczka
P jak pomoc i dusza bratnia
R jak ratunek w ostatniej chwili
S jak statek wypływający na morze
T jak trudności napotykane po drodze
U jak uczeń, co do mistrza wrócić nie może
W jak wiara, co góry przenosi
X jak niewiadoma w matematycznym równaniu
Y jak Yelsa, najlepsza wyrocznia
Z jak zmiana i jak zakończenie potrzebne w każdym opowiadaniu.
Cóż, wiersz może i nie rytmiczny, ale przynajmniej wszystko się rymuje... I tak, powtarzając sobie powyższe linijki na głos, Dalilea kompletnie przypadkiem wyszła z lasu. Z początku nawet tego nie zauważyła, tak była zajęta rymowanką. Zorientowała się dopiero, gdy pod wieczór doszła do jakiegoś miasta, a strażnik bramy mało nie uciął jej głowy, zagradzając drogę halabardą. Gdy dziewczyna w końcu na niego spojrzała, zapytał:
- Kto idzie?
Dalilea już miała się przedstawić, gdy przypomniała sobie, że jest niedoszłą miss i wszyscy dobrze wiedzą, że powinna być martwa, a jeśli nie jest, to trzeba to zmienić.
- Nazywam się... - Zaczęła dziewczyna, rozglądając się w poszukiwaniu natchnienia, aż tuż za bramą zobaczyła stoisko z lodami. - Eee... Liza. Znaczy Eliza Łaloda.
Wchodząc do miasta, Dalilea powtarzała sobie swoje nowe nazwisko w myślach. Cóż, trzeba przyznać, że coś jej nie wyszło z tym wymyślaniem. Ale w końcu lepsza Eliza Łaloda niż śmierć, prawda? Przechodząc uliczkami, dziewczyna patrzyła ukradkiem, czy ktoś jej nie rozpoznał. Było to raczej niepotrzebne, bo malarze z jej miasta słabo oddali jej wygląd na plakatach informujących o wyborach miss, a nawet gdyby ktoś ją rozpoznał, na pewno by usłyszała jego krzyk.
Tak więc Dalilea szła sobie spokojnie, aż zauważyła, że ludzie, choć nie krzyczą, dziwnie jej się przyglądają. Nic dziwnego. Dalilea zapomniała, że jeszcze dziś rano była w lesie, więc miała liście we włosach, podartą sukienkę, odrapaną twarz, a także ślady ziemi i błota gdzie się tylko dało. Próbując uniknąć podejrzliwych spojrzeń przechodniów, skręciła w boczną uliczkę i stanęła twarz w twarz (a raczej twarzą w szyję, bo była niższa od człowieka przed nią) z...
- Świat jest mały! Cześć, Rafael! - Krzyknęła Dalilea.
- Znowu ty... - Jęknął Rafael. W momencie, kiedy chłopak odwrócił się i już chciał odejść, zza zakrętu wyszedł Neil.
- Cześć, Dalilea! Jednak żyjesz? Jak się tu dostałaś? Nie jesteś głodna ani nic, bo mamy tu z Rafaelem całkiem świeże resztki z festynu który był w zeszłym tygodniu...
środa, 8 lipca 2015
Rozdział 21 - Ceres i Kai
W poprzednim rozdziale pisałam, że napiszę coś o zwykłym dniu z życia Ceres, czy jakoś tak, więc udam, że jestem godną zaufania osobą (no jestem, ale czasem zdarzy mi się o czymś zapomnieć... Tylko ciężko zapomnieć o czymś, co się zapisało.) i to teraz zrobię.
Tak więc jak już wiecie, Ceres ma około 14 lat, talent do czegoś, co większość ludzi nazywa magią i smoka. Ponieważ mieszka na odludziu, a jej jedynym rozmówcą który odpowiada jest jej ojciec, dziewczyna nie ma za bardzo kontaktu z ludźmi (nie, Śmierć i jego rodzina absolutnie nie zaliczają się do ludzi...) więc o świecie poza wieżą i zaświatami wie wszystko z książek, których ma całą bibliotekę. Pomimo że większość z nich mówi o magii i zaklęciach (całe strony zapisane ruchomym pismem i czarami we wszystkich językach mogą wywołać oczopląs u czytelnika, więc potrzeba czegoś dla równowagi), znajdują się tam też dzieła autorstwa m.i.n. Stephena Queena, J.R.R. Talkiena, T. Pratchestta, czy też J.K Crownling. Ale jak długo można czytać to samo na okrągło? Dlatego Ceres zajęła się czymś, o czym większość populacji naszego świata nie ma pojęcia, a mianowicie myśleniem. My to nazywamy filozofią, jednak każdy kto usłyszałby o czternastoletnim filozofie, zacząłby się z niego śmiać, za to gdyby usłyszał o czternastolatku, który myśli, może nawet chciałby mu pogratulować... A może nie.
W każdym razie Ceres myślała bardzo dużo. Na początku myślała tak po prostu, z przyzwyczajenia, tak jak ty albo ja. Potem myślała logicznie, strategicznie (gra w brydża ze Śmiercią była dość trudna, bo jako pan losu z góry wiedział co się zaraz stanie. Przynajmniej zazwyczaj...) i nie tylko. A w końcu zaczęła się zastanawiać nad światem i nad tym, dlaczego wygląda on tak a nie inaczej. I dlaczego coś takiego jak ich świat w ogóle zaistniało. Będąc u Śmierci, często przeglądała też jego książki, a właściwie tylko jedną, bo tylko jedną miał. Była to Historia Świata Nonsensu. Czytając ją, zauważyła, że gdy dość duża grupa ludzi (lub innych stworzeń tego świata) w coś uwierzyła, stawało się to prawdą. Przeczytała też w tej książce o początku świata, a potem o powstaniu magii. I na podstawie właśnie tej księgi Ceres wymyśliła swoją teorię:
"Wszyscy myślą że odkrywają Świat. Nieprawda. To Świat odkrywa nas."
W tej słusznej teorii brakuje jednak paru słów, czyli "A raczej naszą wiarę." Dalsza część, udowadniająca teorię, brzmi mniej więcej tak:
Bóstwa powstały, gdy ludzie je wymyślili, a ludzie powstali, gdy komórkom zaczęło się wydawać, że istnieje coś takiego jak ewolucja. Z kolei komórki powstały, bo Światu, wypełnionemu pustką, bardzo się nudziło. Może brzmi to niedorzecznie, ale tak jest. Gdy coś od zawsze istnieje, musi pojawić się moment, w którym coś szuka rozrywki. A tu rozrywką Świata jest odkrywanie swoich mieszkańców. Świat uważa, że skoro stworzył mądre istoty, to wszystko w co uwierzą, powinno być prawdą, dlatego się nią staje. Ale Świat nie przewidział, że powstaną jednostki, których wiara jest tak silna, że zdoła go oszukać. Dlatego gdy taka jednostka (czarodziej) wypowiada zaklęcie, dzieje się coś, co zaklęcie przewiduje, a jedynym warunkiem bycia czarodziejem jest niezłomna wiara w to, że się nim jest. W rzeczywistości magia to po prostu wiara, a zaklęcia zwyczajnie pomagają uwierzyć. Nieznane słowa są bardziej wiarygodne, więc gdy ktoś mówi jedno z nich, czuje, że to coś niezwykłego (czyli magia. Właśnie nią nazywa się dziwne zjawiska, których nikomu nie chce się tłumaczyć). Dlatego czarodzieje zamiast mówić "A teraz niech przyleci do mnie kubek świeżej kawy z kuchni", mówią na przykład "Nenutaurat", lub dowolny inny dziwnie brzmiący wyraz, mając na myśli to samo, co po ludzku brzmi, trzeba przyznać, dość przyziemnie.
Niestety, ponieważ teoria Ceres jest bardzo logiczna i ma sens, ludzie nie chcą jej uznać i cały czas tkwią w błędzie, nazywając wszystko magią. A że w nią wierzą, magia (czyli wiara) nadal istnieje i ma się dobrze.
Jednak Ceres nie jest przecież cyborgiem ani maszyną liczącą, żeby tylko myśleć logicznie i zanudzać innych na śmierć, nie robiąc sobie przerwy na rozrywkę czy nawet herbatę. I dlatego Ceres uwierzyła w Kai. Ponieważ jednak ciężko uwierzyć że nagle przed tobą pojawia się znikąd smok, dziewczyna złagodziła tą niedorzeczną wersję do historii o tym, że podczas corocznych migracji miniaturowych smoków, jedna z samic za wcześnie zniosła jajo, które z braku pomysłu matki na transport, zostało pośrodku pustyni, całkiem niedaleko miejsca, w którym stoi wieża Shagai. Zaraz potem, jak Ceres upewniła się, że na pewno tak było, dziewczyna poszła po jajo, które już tam na nią czekało. Parę tygodni później wykluł się z niego Kai. Od tamtego momentu minęły cztery lata, przez które Kai i Ceres minimalnie urośli i zmądrzeli, ale ich relacje się nie zmieniły. No, może o tyle, o ile się do siebie bardziej przywiązali. Wszędzie chodzili razem, tyle że podczas spotkań z Shagai, który z niewiadomych powodów nie lubił smoków, o czym kiedyś przy okazji Ceres powiedział, Kai chował się w jej torbie. Zaleta była taka, że Ceres wszędzie torbę zabierała, więc smok mógł być zawsze razem z nią, a torba była już nieco dziurawa i zużyta, więc do jej środka bez problemu wlatywało powietrze.
I tak było do dnia, o którym chcę wam od początku napisać. Dnia, w którym Shagai dowiedział się o Kai. To był też dzień, w którym chciał powiedzieć Ceres o jej pochodzeniu. W tym celu wszedł do jej pokoju i zobaczył ją na łóżku, trzymającą Kai na kolanach. Gdyby to było dowolne inne stworzenie, dałby sobie wszystko wytłumaczyć. Dowolne inne, ale nie smok. Starannie dobierając słowa, tak, by w jego wypowiedzi było jak najwięcej przekleństw i klątw, Shagai zaślepiony złością, bez zbędnych ceremonii, wyprosił córkę oraz jej zwierzątko z wieży. Na zawsze.
Ceres, jej ukochana torba z książkami oraz Kai wylecieli z hukiem przez dziurę w ścianie, która kiedyś była oknem...
Ceres, jej ukochana torba z książkami oraz Kai wylecieli z hukiem przez dziurę w ścianie, która kiedyś była oknem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)