niedziela, 29 lipca 2018

Rozdział 35 - Uciekający Uniwersytet

Shagai, podpierając się rękami o kolana, patrzył spode łba na latającą budowlę na horyzoncie. Przez całą dobę marszu nie przybliżył się do niej ani odrobinę, a przynajmniej tak mu się zdawało. Mężczyzna położył się na plecach i zamknął oczy. Przez chwilę leżał tak bez ruchu, po czym powoli je otworzył. Stał nad nim pochylony Śmierć z kosą na ramieniu i wpatrywał się w niego z zaciekawieniem.
- Czy to już? - zapytał uprzejmie. - Prawdę mówiąc, nie mam cię w planie na dziś, ale przecież zawsze mogłem coś przeoczyć...
 - Przecież ty się nie mylisz. - Powiedział Shagai bez emocji.
- No tak, prawda. Ale zawsze można sobie pomarzyć, prawda? Poza tym jestem pewien, że chciałeś, bym tu przybył.
- Tak, tak. Potrzebuję pomocy. Muszę się tam dostać. - Shagai wskazał na lewitujący w oddali budynek.
- Ach tak. Nie możesz się tam sam teleportować, gdyż magowie bardzo silnie wierzą w to, że się tam już nigdy nie pojawisz, czyż nie?
- Nie mylisz się. - Shagai spróbował się uśmiechnąć.
- Poza tym, jeśli chciałbyś wiedzieć, to oddalanie się to nie złudzenie, oni naprawdę chcą przed tobą uciec. Nigdy nie dotrzesz tam na własnych nogach.
- Dziękuję, że we mnie wierzysz. - Skrzywił się Shagai. - A zatem Ceres tam jest. Wiedzą, skąd przyszła i lecą w przeciwną stronę.
- Tak.
- Zabierz mnie tam.
- Właściwie to nie powinienem mieszać się w wasze sprawy. Jestem tylko biernym obserwatorem życia, mogę coś z nim zrobić dopiero wtedy gdy już się ono skończy.
- Zabierz mnie tam.
- Aczkolwiek już dawno przestałem tego przestrzegać, odkąd Ceres nauczyła mnie grać w brydża...
- Zabierz mnie tam.
- Wierzysz że posiadam taką moc? Cóż, w takim razie mógłbym... Ale jeśli to zrobię, dołożysz mi sporo dodatkowej roboty.
- Zabierz mnie tam.
- Pracowałeś kiedyś po godzinach mimo tego że twój etat trwa 24 godziny dziennie? To naprawdę męczące.
- Zabierz mnie tam!
- To twoja wina, że teraz musisz gonić córkę, aby błagać ją o wybaczenie. Dlaczego miałbym ci pomagać? Wyrzuciłeś własne dziecko przez okno, tylko dlatego, że hodowała sobie jakieś zwierzę bez twojej wiedzy.
- Z... Zabierz mnie tam!
- W dodatku zrobiłeś to, ponieważ nienawidzisz smoków od tamtego jednego momentu... Przekląłeś cały gatunek przez jeden egzemplarz, który coś ci zrobił. Zdaje się, że mówi się na to rasizm... Chyba że to dotyczy tylko gatunków ludzkich? Dobrze wiesz, że istnieją inteligentne gatunki smoków a ten mały był jednego z nich.
Shagai, który w międzyczasie wstał, znów rzucił się na ziemię, tym razem na kolana, łapiąc Śmierć za szatę.
- Z... Zabierz mnie tam, proszę! Serca nie masz?!
- Technicznie rzecz biorąc, nie. Tak samo jak nie posiadam płuc, żołądka, mózgu czy innych narządów. Moje własne dzieci są dla mnie zagadką.
- C... Co mam zrobić, żebyś mi pomógł? Wiem, że t... to wszystko moja wina, że źle zrobiłem, wiem, że to było głupie i niebezpieczne i wiem, że C... Ceres teraz nie chce mnie widzieć, ale tym bardziej muszę ją zobaczyć i przeprosić! - Shagai wyraźnie chciał powiedzieć coś jeszcze, ale głos mu się załamał, a sam czarodziej opuścił głowę, chcąc nie wiadomo przed kim ukryć łzy. Śmierć ani drgnął, a w powietrzu rozległ się jego głos, jeszcze bardziej poważny i przerażający niż zwykle.
- Jeśli zamierzasz zachowywać się dalej tak samo, radź sobie sam. Pomogę ci tylko, jeśli zaczniesz być w końcu poważny. Dobrze wiem, co planowałeś zrobić, gdy już dotrzesz na uniwersytet. Nie umożliwię ci tego.
- Dam ci wszystko, czego chcesz, tylko zabierz mnie do niej...!
- Mam wszystko czego pragnę, poza urlopem, a tego dać mi nie możesz. Niczego od ciebie nie chcę.
- W takim razie zmienię się! Powiem jej całą prawdę, zacznę się zachowywać poważnie i podejmować odpowiedzialne decyzje...
- Naprawdę wierzysz w to, że dasz radę?
Shagai milczał.
- Nie. Nie wierzysz. W nic już nie wierzysz. Dlatego nie możesz dostać się na Uniwersytet. Twoja wiara i nadzieja uciekły przez dziurę w ścianie razem z Ceres i jej smokiem. Zastanawiam się tylko, jak to się mogło stać. Wystarczyły 24 godziny nieudolnego działania, byś stracił pozostałe resztki tych dwóch rzeczy. Jesteś całkowicie pusty w środku.
- Nie mogę sobie tego wybaczyć. Nie wierzę w siebie.
- Jeśli faktycznie tak jest, dlaczego jeszcze nie zniknąłeś?
- Bo... - Zaczął Shagai. Zawahał się. O co mogło chodzić? - Bo jest na tym świecie ktoś jeszcze, kto we mnie wierzy? - Zaryzykował.
- Dobrze. Nawet wiesz kto. Więc leć na ten Uniwersytet, żeby go odzyskać, tylko nic tam nie rozwal...
- Ale... Nie mogę. Czuję, że tam się nie dostanę. Oni mnie tam tak bardzo nie chcą, że choćbym próbował z całych sił, nie dostanę się tam w tym stanie...
- Chyba trzeba jeszcze trochę popracować nad tą twoją wiarą... Chodź ze mną.
- Co? Gdzie?
- Zagramy w szachy. Może kiedy wygrasz, uwierzysz naprawdę, że możesz ją odzyskać i zmienić się tak, jak tego chcesz...