Dalilea obudziła się przywiązana do słupa. Kiedy otworzyła oczy, zauważyła, że wokół niej jest mnóstwo suchych gałęzi. Spróbowała je przetrzeć rękoma, ale miała je związane z tyłu. Kiedy w końcu ostrość wzroku się polepszyła, zobaczyła znad drewna mnóstwo zielono - brązowych stworków, małych i dużych. "Ja chyba śnię" - pomyślała. Niestety, nie była to prawda. Dalilea nie śniła i chociaż jeszcze o tym sama nie widziała, miała zostać spalona na stosie za wejście do lasu. Zorientowała się dopiero wtedy, kiedy gałęzie wokół niej podpalono, a stworki zaczęły śpiewać i tańczyć. Dalilea zaczęła krzyczeć. Stworki zaczęły głośniej śpiewać. Dalilea zaczęła błagać o litość. Gdyby była mądrzejsza, zrozumiałaby, że stworki mówią w innym języku, bo z ich śpiewów nic nie rozumiała. Niestety, Dalilea nie była aż tak spostrzegawcza i z jej każdym "Błagam, nie!", stworki słyszały "Twoja siostra wygląda jak krowa!", więc śpiewały coraz szybciej i głośniej, dokładając drewna do ognia. Dalilea już czuła gorąco na całym ciele i myślała, że to jej koniec, kiedy nagle stworki przestały śpiewać i zaczęły piszczeć z przerażeniem. Dziewczyna zaś zamilkła, ze zdziwieniem przyglądając się sytuacji. Ułamek sekundy po tym, jak ostatni stworek zniknął za krzakami, na polanę wbiegło kilkudziesięciu ludzi. No, prawie ludzi. Wyglądali jak ludzie, jednak jakby dłużej im się przyjrzeć, żaden z nich nie był w pełni człowiekiem. Po pierwsze, byli dużo piękniejsi niż zwykli ludzie, nawet ze swoją bladą cerą, kocimi oczami i długimi uszami... Długimi uszami? Tak, mieli długie, odstające uszy, na podstawie czego Dalilea wywnioskowała, że to elfy. Nie poprawiło jej to jednak zbytnio humoru, bo choć stworki się pochowały, stos pod nią nadal płonął i robiło się coraz goręcej. Elfy zaś zaczęły rozglądać się po polanie, a kilkoro z nich podeszło do stosu, obserwując Dalileę.
- Czy moglibyście to zgasić? - Zapytała elfy dziewczyna, patrząc na nich z nadzieją. Po chwili oczekiwania, Dalilea powtórzyła prośbę, jednocześnie krzycząc z bólu, bo ogień dosięgnął już jej butów. Elfy zaczęły rozmawiać między sobą w dziwnym języku, po czym jeden z nich pośpieszył do przepływającego obok strumyka. Dalilea poczuła na całym ciele przyjemny chłód, jakby ktoś wylał na nią wiadro letniej wody. Dziewczyna spojrzała w górę i zobaczyła, jak krople materializują się w powietrzu nad nią i spadają na dogasający już stos. Najwyraźniej elf przy strumyku przeteleportował wodę. Dalilea już miała zacząć dziękować, kiedy zauważyła, że żołnierz, który ściągnął ją ze szczytu stosu, założył jej coś w rodzaju kajdanek. Nie była wcale wolna, zmieniła tylko swojego pana.
W zasadzie od całkiem niedawna, w Świecie Nonsensu żyje (jescze) pewna dziewczyna mająca więcej szczęścia niż rozumu oraz nieustającego pecha, a na imię ma Dalilea. Ponieważ nazwa do czegoś zobowiązuje, Świat Nonsensu nie jest odkrywany przez ludzi, jak u nas, tylko to świat odkrywa swoich mieszkańców i dostosowuje swoje teorie do nich. Na tym blogu macie szansę przeczytać, co by się mogło stać, gdyby Świat Nonsensu okazał się prawdziwy.
niedziela, 30 listopada 2014
czwartek, 20 listopada 2014
Rozdział 12 - Śmierć i przyjaciele
Śmierć ma trupio bladą twarz i zawsze nosi płaszcz utkany z najpiękniejszych barw kosmosu z czernią na pierwszym miejscu. Smutnymi, pustymi oczodołami obserwuje cały wszechświat, gdziekolwiek się znajduje. Jego ulubionym narzędziem rolniczym jest kosa, zwierzątkiem biały koń, a sposób, w jaki mówi, można zapisać tylko pochyłym drukiem. Wbrew pozorom jednak nie jest samotnikiem, ale ma wspaniałą rodzinę: matkę Zarazę, ojca Głód, siostrę Wojnę, brata Strach i kochającą żonę Tęsknotę, oraz piątkę dzieci: trojaczki Głupotę, Desperację i Przypadek, mające młodszego brata Cierpienie i jeszcze młodszą siostrę Szczęście, której pierwsze imię miało brzemieć Żałoba, ale Śmierć przy wybieraniu imienia powiedział, że chyba umrze ze szczęścia, a pielęgniarka w szpitalu pomyliła się przy wpisywaniu danych ze strachu przed uszczęśliwionym tatusiem z kosą. Tak więc, wracając do tematu, cała rodzinka ma mnóstwo roboty przez okrągły rok, a w tym momencie, który nas interesuje, była prawie w pełnym składzie w spalonym Lądynie, próbując ustawić nowe dusze w kolejkę do zaświatów. Obok kilkudziesięciu różnych bram do różnych pośmiertnych światów, do których trzeba było oddelegować zmarłych w zależności od tego, w co wierzyli, stał Śmierć. Tuż przy nim, z listą dusz, których ciała spłonęły w pożarze, lewitowała Desperacja, która pomimo braku powiązania z sytuacją zgodziła się pomóc ojcu. Przypadek uganiał się za tymi, którzy nie chcieli pogodzić się z tym, że nie żyją, a Głupota nuciła sobie wesołe piosenki, pilnując Cierpienia siedzącego obok niej.
- Przypomnij mi proszę, Desperacjo, co za oferma wywołała ten pożar, przez który muszę pracować po godzinach?
- Zdaje mi się, że miała na imię Dalilea, tato, ale jeśli chcesz się upewnić, zapytaj Przypadek, on był przy tym wypadku. - Odparła Desperacja, skreślając kolejne nazwisko na liście. Po chwili odezwała się Głupota:
- Tato, mam robotę do wykonania w lesie na południe stąd, muszę iść tam z Przypadkiem. Pomożesz nam w razie czego?
- Tak, tak, jasne, tylko skończę z tymi tu. - Odparł Śmierć, wskazując bardzo długą kolejkę. Głupota pokiwała ze zrozumieniem głową, zawołała Przypadek i razem z nim zniknęła. Po chwili jednak wróciła i zapytała:
- A co będzie dziś na obiad?
- Mama mówiła, że zrobi rosół i czekoladowe babeczki na deser. - Odpowiedziała jej Desperacja, skreślając kolejne nazwiska z listy.
- Szkoda, że nie budyń... Dzięki! - Stwierdziła Głupota i ponownie zniknęła.
- Przypomnij mi proszę, Desperacjo, co za oferma wywołała ten pożar, przez który muszę pracować po godzinach?
- Zdaje mi się, że miała na imię Dalilea, tato, ale jeśli chcesz się upewnić, zapytaj Przypadek, on był przy tym wypadku. - Odparła Desperacja, skreślając kolejne nazwisko na liście. Po chwili odezwała się Głupota:
- Tato, mam robotę do wykonania w lesie na południe stąd, muszę iść tam z Przypadkiem. Pomożesz nam w razie czego?
- Tak, tak, jasne, tylko skończę z tymi tu. - Odparł Śmierć, wskazując bardzo długą kolejkę. Głupota pokiwała ze zrozumieniem głową, zawołała Przypadek i razem z nim zniknęła. Po chwili jednak wróciła i zapytała:
- A co będzie dziś na obiad?
- Mama mówiła, że zrobi rosół i czekoladowe babeczki na deser. - Odpowiedziała jej Desperacja, skreślając kolejne nazwiska z listy.
- Szkoda, że nie budyń... Dzięki! - Stwierdziła Głupota i ponownie zniknęła.
sobota, 15 listopada 2014
Rozdział 11 - Kostka
Dalilea obudziła się w środku nocy, próbując zlokalizować źródło dźwięku irytującego ją już od paru dobrych godzin przez sen. W dodatku odgłos ciągle narastał. "Brzmi to jakby jakiś mały, kanciasty przedmiot spadał z bardzo, bardzo wysoka!" - pomyślała - "Zupełnie jak kostka do gry." W tym momencie dziewczyna poczuła uderzenie w głowę i straciła przytomność. Kiedy sie ocknęła, było już popołudnie (w dodatku następnego dnia, ale to szczegół). O dziwo była nadal w tym samym miejscu co wcześniej, co znaczy że nikt jej jeszcze nie porwał ani nie okradł... Chociaż w sumie nie było z czego jej okradać. Dalilea wstała powoli, trzymając się za jeszcze bolącą głowę i rozejrzała się. W trawie dostrzegła jakiś blask. Dziewczyna schyliła się i podniosła z ziemi... Kostkę do gry? Tak, to była kostka. W dodatku bardzo dziwna: trzy ścianki białe i trzy czarne, ale brakowało na niej oczek. " Skąd ona się tu wzięła?" - Zapytała samą siebie Dalilea. "Z nieba, z Olimpu od Ateny!" - Parsknął drwiąco głosik w jej głowie - "Po co się głupio pytasz jak i tak ci nikt nie odpowie!?" Po chwili namysłu Dalilea uznała, że głosik ma rację, więc schowała kostkę do kieszeni i ruszyła w dalszą drogę w kierunku... A zresztą czy to ważne? No, w każdym razie ruszyła przed siebie. Po paru godzinach, kiedy zaczęło się już ściemniać, dostrzegła las i uznała, że tam będzie w nocy bezpieczniejsza, więc zmieniła trochę kierunek i przyśpieszyła. Gdyby tylko wiedziała, co w tym lesie mieszka... Gdyby wiedziała, to by uciekła. Ale że nie wiedziała, szła nadal przed siebie.
Szła, szła, szła, szła, szła i szła oraz szła a także szła i szła, aż w końcu dotarła do granicy lasu, którą oczywiście natychmiast przekroczyła. Tym samym przekroczyła też wszelkie inne granice, między innymi granicę głupoty, naiwności oraz wykorzystała cały limit cierpliwości, jaki miała Atena dopóki nie wyrzuciła trzech oczek na drugiej kostce nieszczęścia, której zasada była taka, że gdy wyrzucisz liczbę nieparzystą, musisz jedną ze swoich postaci zrobić najgłupsze posunięcie jakie jest w danej sytuacji możliwe (tak, trójka jest nieparzysta!).
Dalilea rozglądając się, szła dalej przez las. Co jakiś czas słyszała dziwny szmer w krzakach, jednak starała się nie zwracać na to uwagi i iść dalej spokojnie. Za każdym razem, kiedy zaczynała się bać, wkładała rękę do kieszeni i obracała w palcach kostkę, upewniając się, że tam jest, co dziwnie ją uspokajało. Kiedy weszła na pierwszą spotkaną w tym lesie polanę, było już całkowicie ciemno. Dalilea ułożyła się wygodnie na trawie, nadal ściskając w ręce kostkę i po chwili zasnęła. Z ciemności zaczęły wyłaniać się maleńkie postacie z linami. A może jednak nie były wcale takie maleńkie? Cóż, większość z nich była dużo większa od Dalilei, więc...
Szła, szła, szła, szła, szła i szła oraz szła a także szła i szła, aż w końcu dotarła do granicy lasu, którą oczywiście natychmiast przekroczyła. Tym samym przekroczyła też wszelkie inne granice, między innymi granicę głupoty, naiwności oraz wykorzystała cały limit cierpliwości, jaki miała Atena dopóki nie wyrzuciła trzech oczek na drugiej kostce nieszczęścia, której zasada była taka, że gdy wyrzucisz liczbę nieparzystą, musisz jedną ze swoich postaci zrobić najgłupsze posunięcie jakie jest w danej sytuacji możliwe (tak, trójka jest nieparzysta!).
Dalilea rozglądając się, szła dalej przez las. Co jakiś czas słyszała dziwny szmer w krzakach, jednak starała się nie zwracać na to uwagi i iść dalej spokojnie. Za każdym razem, kiedy zaczynała się bać, wkładała rękę do kieszeni i obracała w palcach kostkę, upewniając się, że tam jest, co dziwnie ją uspokajało. Kiedy weszła na pierwszą spotkaną w tym lesie polanę, było już całkowicie ciemno. Dalilea ułożyła się wygodnie na trawie, nadal ściskając w ręce kostkę i po chwili zasnęła. Z ciemności zaczęły wyłaniać się maleńkie postacie z linami. A może jednak nie były wcale takie maleńkie? Cóż, większość z nich była dużo większa od Dalilei, więc...
poniedziałek, 10 listopada 2014
Rozdział 10 - Rozstanie
Dalilea spała sobie smacznie na trawie, kiedy nagle poczuła kopnięcie. I jeszcze jedno. "To mi się śni, jestem w swoim łóżku i nic się nie stało" - pomyślała. Po paru kolejnych uderzeniach otworzyła oczy i zobaczyła najpierw, w dokładnie w tej kolejności: Rafaela, który to kopnął ją właśnie po raz kolejny, a zaraz potem początek wschodu słońca. Wschodu słońca, znaczy że była jakaś piąta rano! Tymczasem chłopak schylił się do niej i z uśmiechem powiedział:
- Wstajemy, kochana, wstajemy! Kto rano wstaje temu co?
- Temu pan Bóg daje? - Spróbowała dokończyć zaspana jeszcze Dalilea.
- Źle! Tego głowa przez cały dzień boleć będzie i właśnie dlatego to ciebie pierwszą obudziłem! - Stwierdził zadowolony z siebie Rafael. Dalilea przewróciła oczami i wstała.
- To co robimy? - Zapytała.
- A skąd ja mam wiedzieć? Chciałem ci tylko zepsuć dzień, nie go zaplanować. - Wzruszył ramionami Rafael.
- To nie w porządku! Skoro mnie tak wcześnie obudziłeś, to teraz się mną zajmij!
- To jest jak najbardziej w porządku. Pragnę ci przypomnieć, że jeszcze wczoraj wywołałaś wielki pożar, który zniszczył całe miasto i pogrzebał trzech moich przyjaciół!
- Przez przypadek!
- Ja też cię obudziłem PRZEZ PRZYPADEK.
Dalilea nie odpowiedziała. Tymczasem do Rafaela podszedł jeszcze zaspany Neil. Dziewczyna mała nadzieję, że może uda się jej usłyszeć ich rozmowę, ale chłopacy odeszli na parę metrów. Po chwili ruszyli dalej, nadal rozmawiając. Dalilea patrzyła za nimi jeszcze chwilę, do czasu kiedy jedna z myśli przebiła się w końcu przez tłok innych i uświadomiła jej, że chłopacy nie zamierzają wcale wrócić. Dziewczyna rzuciła się za nimi najszybciej jak umiała, krzycząc:
- Ej, czekajcie, a co ze mną?
Po chwili dogoniła chłopców i zapytała:
- Gdzie idziecie?
Neil już otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Rafael go uprzedził:
- Byle jak najdalej od ciebie. - Mruknął, wbijając wzrok w ziemię. Każdy na jej (tak, ziemi) miejscu cofnąłby się pod wpływem takiego spojrzenia, ale ziemia nie ma oczu i nie mogła tego widzieć, więc kompletnie nieświadoma, że powinna się bać, istniała sobie spokojnie dalej. Tymczasem Dalilea błagała chłopaków, żeby mogła iść z nimi, a właściwie z Neilem, bo Rafael jakoś nie chciał się odzywać i nadal próbował wzrokiem wypalić dziurę w wyżej wspomnianej ziemi. Możliwe nawet, że gdyby tak patrzył przez cały dzień, to nawet mogłoby mu się udać. W końcu zamknął oczy i powiedział powoli i wyraźnie:
- Dalilea. Będę teraz mówił baaardzo powoooli i wyraźnie, żebyś zrozumiała absolutnie każde słowo. Ty. Idziesz. Gdzie. Chcesz. Byle. Nie. Z. Nami! Rozumiesz?
Dalilea pokiwała głową smutno i usiadła na ziemi, zaś chłopacy poszli dalej, nie oglądając się za siebie. Parę sekund po tym, jak Rafael i Neil zniknęli jej z oczu, dziewczyna zaczęła się nudzić, więc wstała, odwróciła się na pięcie i odeszła w przeciwnym kierunku, tak jak jeszcze parę minut temu Rafael, wbijając wzrok w ziemię. Kilka minut później zmieniła zdanie i zaczęła patrzeć w niebo, obserwując pozycję słońca. To ono było teraz jej jedynym towarzyszem podróży. Dalilea czuła się samotna jak nigdy. Nim minęło kilkanaście spędzonych samotnie godzin, zaczęło się ściemniać. Gdyby ktoś spojrzał teraz z oddali, zobaczyłby smutną, przestraszoną dziewczynę, zwiniętą w kulkę na ziemi, nad nią piękny zachód słońca, a w tle dogasające zgliszcza jednego z najpiękniejszych miast współczesnego świata.
- Wstajemy, kochana, wstajemy! Kto rano wstaje temu co?
- Temu pan Bóg daje? - Spróbowała dokończyć zaspana jeszcze Dalilea.
- Źle! Tego głowa przez cały dzień boleć będzie i właśnie dlatego to ciebie pierwszą obudziłem! - Stwierdził zadowolony z siebie Rafael. Dalilea przewróciła oczami i wstała.
- To co robimy? - Zapytała.
- A skąd ja mam wiedzieć? Chciałem ci tylko zepsuć dzień, nie go zaplanować. - Wzruszył ramionami Rafael.
- To nie w porządku! Skoro mnie tak wcześnie obudziłeś, to teraz się mną zajmij!
- To jest jak najbardziej w porządku. Pragnę ci przypomnieć, że jeszcze wczoraj wywołałaś wielki pożar, który zniszczył całe miasto i pogrzebał trzech moich przyjaciół!
- Przez przypadek!
- Ja też cię obudziłem PRZEZ PRZYPADEK.
Dalilea nie odpowiedziała. Tymczasem do Rafaela podszedł jeszcze zaspany Neil. Dziewczyna mała nadzieję, że może uda się jej usłyszeć ich rozmowę, ale chłopacy odeszli na parę metrów. Po chwili ruszyli dalej, nadal rozmawiając. Dalilea patrzyła za nimi jeszcze chwilę, do czasu kiedy jedna z myśli przebiła się w końcu przez tłok innych i uświadomiła jej, że chłopacy nie zamierzają wcale wrócić. Dziewczyna rzuciła się za nimi najszybciej jak umiała, krzycząc:
- Ej, czekajcie, a co ze mną?
Po chwili dogoniła chłopców i zapytała:
- Gdzie idziecie?
Neil już otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Rafael go uprzedził:
- Byle jak najdalej od ciebie. - Mruknął, wbijając wzrok w ziemię. Każdy na jej (tak, ziemi) miejscu cofnąłby się pod wpływem takiego spojrzenia, ale ziemia nie ma oczu i nie mogła tego widzieć, więc kompletnie nieświadoma, że powinna się bać, istniała sobie spokojnie dalej. Tymczasem Dalilea błagała chłopaków, żeby mogła iść z nimi, a właściwie z Neilem, bo Rafael jakoś nie chciał się odzywać i nadal próbował wzrokiem wypalić dziurę w wyżej wspomnianej ziemi. Możliwe nawet, że gdyby tak patrzył przez cały dzień, to nawet mogłoby mu się udać. W końcu zamknął oczy i powiedział powoli i wyraźnie:
- Dalilea. Będę teraz mówił baaardzo powoooli i wyraźnie, żebyś zrozumiała absolutnie każde słowo. Ty. Idziesz. Gdzie. Chcesz. Byle. Nie. Z. Nami! Rozumiesz?
Dalilea pokiwała głową smutno i usiadła na ziemi, zaś chłopacy poszli dalej, nie oglądając się za siebie. Parę sekund po tym, jak Rafael i Neil zniknęli jej z oczu, dziewczyna zaczęła się nudzić, więc wstała, odwróciła się na pięcie i odeszła w przeciwnym kierunku, tak jak jeszcze parę minut temu Rafael, wbijając wzrok w ziemię. Kilka minut później zmieniła zdanie i zaczęła patrzeć w niebo, obserwując pozycję słońca. To ono było teraz jej jedynym towarzyszem podróży. Dalilea czuła się samotna jak nigdy. Nim minęło kilkanaście spędzonych samotnie godzin, zaczęło się ściemniać. Gdyby ktoś spojrzał teraz z oddali, zobaczyłby smutną, przestraszoną dziewczynę, zwiniętą w kulkę na ziemi, nad nią piękny zachód słońca, a w tle dogasające zgliszcza jednego z najpiękniejszych miast współczesnego świata.
środa, 5 listopada 2014
Rozdział 9 - Przypadki chodzą po bogach
Nad wielkim stołem do gry na Olimpie krążyło mnóstwo bogów, próbujących wyczuć słabe strony przeciwników. Nie zajmowali się kompletnie niczym poza planszą i pionkami, więc nie zauważyli, że są obserwowani. Obserwatorki tymczasem, wiele mil nad ziemią, na swojej chmurze, spoglądały każda w swoją szklaną kulę, w której widziały odbicia bogów i mruczały, przepowiadając, co ma się za chwilę zdarzyć. Pierwsza z nich, Kloto, skręcała w swoich szczupłych palcach cienką nić życia i nawlekała ją na kołowrotek, patrząc, jak Ares i Zeus kłócą się o bohatera, zastanawiając się jednocześnie, któremu pozwolić go wygrać. Druga, Lachesis, farbowała nić i pilnowała, czy nie jest zbyt cienka, obserwując postępy, jakie od ostatniego rzutu zrobiła Afrodyta, myśląc o tym, czy jej tej dobrej passy nie przerwać. Ostatnia, Atropos, właśnie przecięła ostatnią z trzech nici ludzkiego żywota, które miało dziś się skończyć. W kuli miała Atenę, gorączkowo zastanawiającą się, co można by teraz zrobić, żeby zdobyć od Hery upragnionego pionka. Po chwili odezwała się do sióstr:
- Kloto, Lachesis, czy macie coś przeciwko, bym namieszała trochę w grze bogini Atenie? Jakoś jej nie lubię...
Siostry pokiwały głowami w milczeniu. Atropos, z mściwym uśmiechem na ustach zabrała się do dzieła. Najpierw należało kogoś przeciw niej zbuntować...
***
Atena jeszcze raz przejrzała swoje karty. Nie miała żadnej, która pozwoliłaby na przejęcie figurki Hery, ani nawet pionka od Posejdona. W końcu, z niechęcią, rzuciła kostką i przesunęła figurę niezwykle przypominającą Dalileę na grubą linię, zaznaczoną jako "Tuiza". Następne ruchy były naprawdę źle zwiastujące: trójka postaci, na których jej zależało, zginęła, a w jej ulubionym mieście Lądynie nadal trwał pożar. Już myślała, że odpadnie, jednak nagle zauważyła wielką szansę: Jeżeli wyrzuciłaby teraz kombinację trzech trójek i użyła karty pożytecznego dodatku, zdobyłaby kostkę losu! I o dziwo: udało się. Bogini, z uśmiechem na twarzy, wzięła kostkę i już miała ją rzucić w górę i sprawdzić, jakiego jest koloru i dowiedzieć się, czy jej postać przeżyje, kiedy nagle Dionizos, jak zwykle z kielichem wina w ręce, zamachnął się i trącił ją przypadkowo w ramię. Kostka wypadła prosto z ręki Ateny na planszę, gdzie natychmiast zniknęła, zmieniając swój wymiar istnienia z boskiego na ludzki. Bogini posłała pijanemu bożkowi mordercze spojrzenie, na co ten zwalił się ze śmiechu z krzesła, na którym akurat siedział. Jeszcze nie wszystko było stracone, jednak taka szansa zdarzała się raz na milion! Żeby to nadrobić musiałaby dołączyć do drużyny Hery, która właśnie przesunęła swój pionek dziwnie podobny do Rafaela na pole tuż obok Dalilei. Na twarzy bogini pojawił się szeroki uśmiech. Tak, to się mogło udać!
- Kloto, Lachesis, czy macie coś przeciwko, bym namieszała trochę w grze bogini Atenie? Jakoś jej nie lubię...
Siostry pokiwały głowami w milczeniu. Atropos, z mściwym uśmiechem na ustach zabrała się do dzieła. Najpierw należało kogoś przeciw niej zbuntować...
***
Atena jeszcze raz przejrzała swoje karty. Nie miała żadnej, która pozwoliłaby na przejęcie figurki Hery, ani nawet pionka od Posejdona. W końcu, z niechęcią, rzuciła kostką i przesunęła figurę niezwykle przypominającą Dalileę na grubą linię, zaznaczoną jako "Tuiza". Następne ruchy były naprawdę źle zwiastujące: trójka postaci, na których jej zależało, zginęła, a w jej ulubionym mieście Lądynie nadal trwał pożar. Już myślała, że odpadnie, jednak nagle zauważyła wielką szansę: Jeżeli wyrzuciłaby teraz kombinację trzech trójek i użyła karty pożytecznego dodatku, zdobyłaby kostkę losu! I o dziwo: udało się. Bogini, z uśmiechem na twarzy, wzięła kostkę i już miała ją rzucić w górę i sprawdzić, jakiego jest koloru i dowiedzieć się, czy jej postać przeżyje, kiedy nagle Dionizos, jak zwykle z kielichem wina w ręce, zamachnął się i trącił ją przypadkowo w ramię. Kostka wypadła prosto z ręki Ateny na planszę, gdzie natychmiast zniknęła, zmieniając swój wymiar istnienia z boskiego na ludzki. Bogini posłała pijanemu bożkowi mordercze spojrzenie, na co ten zwalił się ze śmiechu z krzesła, na którym akurat siedział. Jeszcze nie wszystko było stracone, jednak taka szansa zdarzała się raz na milion! Żeby to nadrobić musiałaby dołączyć do drużyny Hery, która właśnie przesunęła swój pionek dziwnie podobny do Rafaela na pole tuż obok Dalilei. Na twarzy bogini pojawił się szeroki uśmiech. Tak, to się mogło udać!
Subskrybuj:
Posty (Atom)