Na sam początek rozdziału chciałabym poprosić wszystkich czytających o wybaczenie zmiany kolejności rozdziałów - jak widać 4 i 6 są tuż po 31. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale nie umiem tego odczynić, więc po prostu tak zostanie. Może to kwestia tego, że najwięcej w nich pozmieniałam? No nic. Zapraszam do czytania.
Kiedy Ceres weszła do pomieszczenia, poczuła na sobie wzrok kilkuset mocno wytrzeszczonych ze zdziwienia gałek ocznych.
- Dzień dobry panom. - powiedziała uprzejmie.
Panowie nadal gapili się w osłupieniu, więc Ceres przejęła od nich obowiązek poprowadzenia rozmowy.
- Ja i mój przyjaciel zostaliśmy całkiem niedawno wyrzuceni z domu i nie mamy dokąd iść. Moglibyśmy tutaj przenocować, albo chociaż coś zjeść?
Ktoś z tłumu zapytał:
- A gdzie jest twój przyjaciel?
- Tutaj. - Odpowiedziała Ceres wskazując na Kai, który ostrożnie wyjrzał zza jej pleców. Wśród ludzi w pomieszczeniu przeszedł pomruk zdziwienia, dało się słyszeć pojedyncze, niepewne śmiechy. Po chwili ciszy, jaka zapadła, gdy wszyscy jeszcze myśleli, że gość powie coś więcej, z krzesła zszedł, a bardziej stoczył się, najgrubszy i najbardziej czerwony ze wszystkich mężczyzna i uroczystym tonem, lekko sepleniąc i czkając, wygłosił mowę powitalną:
- WITAJ! - Ryknął nieco zbyt głośno i teatralnie, po czym ściszył ton i kontynuował:
- Witaj, moje dziec... ko, na najwięk... szej uczelni magii wszech... czasów! Tu dziej... ą się najprawdziwsze c... uda, a każdy gość jest mi... le widziany!
Potem mężczyzna podszedł do Ceres na tyle blisko, na ile pozwalał mu jego gigantyczny brzuch i przedstawił się:
- Ja jes... tem dyrektorem tego wszys... tkiego, największym magiem uniwersy... tetu! Uczę te dzieci - tu wskazał na resztę mężczyzn w sali - od niepamięt... nych czasów, jak posługiwać się ty... m niezwykle precyzyj... nym i wy... soce skomplikowanym narzędziem, jakim jest magia! Niestety, moja droga... Ma... gii mogą uczyć się tylko męż... czyźni. Kobiety nie ma... ją tego daru. Choć ty, gdybyś oczy... wiście była nim, a nie nią, miałabyś go zapewne, skoro uda... ło ci się przejść przez drzwi!
Najwyraźniej dyrektor nie słyszał, co Ceres mówiła przy wejściu.
- To nieprawda. - Powiedziała zdziwiona dziewczyna.
- Nieprawda? - Syknął cicho i wyraźnie dyrektor, jakby cały wcześniej wypity alkohol wyparował nagle z jego mózgu. Zbliżył niebezpiecznie swoją twarz do twarzy Ceres. Jego spojrzenie było uważne i ostre, w dodatku świadome.
- Kogoś mi przypominasz... Nawet wzrok i styl mówienia macie podobny! Nie wspominając już o rysach twarzy... - Powiedział jeszcze ciszej, wpatrując się w nią podejrzanie. - Przyszłaś tu na jego polecenie, by udowodnić nam, magom, że się mylimy? Ten typ od zawsze był bezczelny, ale to już przegięcie...
- Nie! - Przerwała mu Ceres. - Tak jak mówiłam, właśnie zostałam wyrzucona z domu, a to, że kobiety mogą czarować powiedział mi mój tata! Znaczy... Przybrany. Ten, który mnie wyrzucił. To od niego wszystkiego się nauczyłam.
- Wszystkiego? - Zapytał dyrektor. - Ciekawe, że nie nauczył cię tego, że z dyrektorem sie nie dyskutuje! Zero szacunku i dobrych manier!
- Przepraszam... - Odpowiedziała Ceres. Nie miała pojęcia co się dzieje. Nastała chwila ciszy.
- Hmm... A skąd masz tego smoka? - Zapytał, spokojniejszy już, dyrektor.
- Znalazłam. - Odparła Ceres.
- Ach, rozumiem... To dlatego cię wyrzucił... On od zawsze nienawidził smoków... Ale żeby własnej córce... Nie do pomyślenia! - Zadziwił się dyrektor. - Panowie! - zwrócił się do tłumu. - Od tej pory macie służyć tej pani, jakby była moją córką! Oto pierwsza w historii uczennica Latającego Uniwersytetu!
Po raz kolejny w ciągu kilku ostatnich minut zapadła cisza, po czym rozległy się głośne brawa.
- Nie próbuj nawet korzystać z magii. - Powiedział jeszcze dyrektor tak cicho, że tylko Ceres mogła go usłyszeć. - Nikt nie może się o tym dowiedzieć.
Tymczasem Shagai już kolejny dzień z rzędu szedł przez step, rozglądając się. Mocno wierzył w to, że znajdzie córkę, że będzie mógł ją przeprosić i wszystko jej wyjaśnić. Najwyraźniej ona jednak jeszcze mocniej wierzyła w to, że uda jej się uciec... Po wielu godzinach wędrówki, czarodziej dostrzegł w oddali unoszący się nad ziemią jajowaty kształt wokół którego na orbitach latały wieże i zagubione przedmioty codziennego użytku. Oczywiście z tej odległości nie było ich widać - Shagai po prostu po samym kształcie mógł rozpoznać ten twór. Był to Latający Uniwersytet. Czarodziej przyspieszył kroku.
W zasadzie od całkiem niedawna, w Świecie Nonsensu żyje (jescze) pewna dziewczyna mająca więcej szczęścia niż rozumu oraz nieustającego pecha, a na imię ma Dalilea. Ponieważ nazwa do czegoś zobowiązuje, Świat Nonsensu nie jest odkrywany przez ludzi, jak u nas, tylko to świat odkrywa swoich mieszkańców i dostosowuje swoje teorie do nich. Na tym blogu macie szansę przeczytać, co by się mogło stać, gdyby Świat Nonsensu okazał się prawdziwy.
piątek, 29 grudnia 2017
środa, 27 grudnia 2017
Rozdział 6 - Akcja!
Dalilea podeszła z uśmiechem do strażników banku i zaczęła rozmowę:
- Ładna dziś pogoda, prawda? I słońce świeci...
- Jest noc. - Uświadomił jej strażnik, unosząc brew.
- Och, no tak... - Dalilea zaśmiała się nerwowo - Tak tylko sprawdzałam, czy panowie zauważą... - Ciągnęła. Za najbliższym rogiem budynku, obserwujący całą scenę Rafael pacnął się ręką w czoło i z rozpaczą pokręcił głową. Co za nędzne przedstawienie... Tymczasem szczęśliwie nieświadomi braku talentu aktorskiego Dalilei Tom i Aro z drugiej strony banku wchodzili właśnie do kanalizacji, jednego z najnowszych wynalazków ówczesnego świata, podprowadzonych pod bankową "toaletę" (toaleta jest w cudzysłowie, bo to, co oni nazywają toaletą, my nazwalibyśmy kabiną z rurą do podziemi akurat taką, że jak odsunie się klapę z mniejszym otworem to zmieści się tam cały człowiek). Studzienka była otwarta, więc nie mieli z tym żadnego problemu, który jednak pojawił się gdy chłopacy przeszli pod bank i stanęli prawie dokładnie pod otworem, którym chcieli wejść. Kiedy w końcu kaskada ścieków wylatująca z niego ustała, Tom i Aro odczekali chwilę, aby upewnić się, że najwyraźniej chory na biegunkę lub dobrze ukrywaną przed resztą świata grypę żołądkową bankier nie wrócił, po czym podciągnęli się przez otwór i znaleźli w jednej z kabin, z której jak najszybciej wyszli i podążyli do pomieszczenia głównego, o tej porze już nie przyjmującego klientów, ale nadal pełnego papierkowej roboty. W tym samym czasie Neil, za drugim rogiem ulicy znajdującym się naprzeciwko Rafaela, czekał, aż Dalilea skończy parodię gry aktorskiej i da sygnał. W końcu się doczekał: gdy dziewczyna niby przypadkowo dwukrotnie tupnęła, razem z Rafaelem zaczął się skradać pod murem w kierunku strażników. Ci, jako niczego nie spodziewający się biedni ludzie, nawet tego nie zauważyli, do czasu, kiedy obaj jednocześnie oberwali w głowy z jakichś bardzo ciężkich przedmiotów, najprawdopodobniej cegieł lub fragmentów kostki brukowej. Chwilę po tym nieprzyjemnym incydencie zza rogu ulicy naprzeciwko nadbiegł Alek ze sprzętem: linami, workami i chustami. Dalilea wolała się nie zastanawiać, skąd je wziął.
Kiedy chłopak w końcu do nich dołączył, we czwórkę weszli do banku. Związanie bankierów nie było trudne, zwłaszcza że ci byli nieprzytomni dzięki Arowi i Tomowi, którzy już tam byli. Alek został w pomieszczeniu głównym, by pilnować związanych i dla pewności zakneblowanych pracowników instytucjii, a reszta grupy ubrana w stroje przed chwilą wymienionych tu osób poszła do skarbca. Z przodu trzymał się Aro, jako najstarszy budząc większe zaufanie niż inni, bez problemu przechodząc obok strażników, przy okazji jeszcze zdobywając od nich klucze od skrytki Patricoela. Wszystko szło zgodnie z planem, co zazwyczaj oznacza, że coś złego za chwilę zakłóci przebieg akcji, jednak nie tu: Dalilea i chłopacy bez najmniejszego problemu otworzyli sejf kapłana, wypełnili worki, a pieniądze, które się nie zmieściły rozrzucili po korytarzu, po czym ze świadomością dobrze wykonanego zadania wyruszyli w drogę powrotną. Dużo trudniejszą od wejścia, bo pod górkę i z ciężkimi worami pełnymi złota na plecach. W końcu dotarli do głównej komnaty, gdzie Alek dobijał co niektórych urzędników, którzy na swoje nieszczęście ocknęli się szybciej niż pozostali. Właśnie mieli wyjść, kiedy Dalilea, idąca na końcu, przypadkiem potrąciła jeden z palących się świeczników, który upadł na stertę papierów, znajdujących się na drewnianym stole obok wysuszonej liściastej rośliny zdobiącej pomieszczenie. Ten, kto choć trochę wie o właściwościach substancji wie, że i papier, i drewno, i rośliny, a zwłaszcza suche liście, są bardzo, ale to bardzo łatwopalne.
- Ładna dziś pogoda, prawda? I słońce świeci...
- Jest noc. - Uświadomił jej strażnik, unosząc brew.
- Och, no tak... - Dalilea zaśmiała się nerwowo - Tak tylko sprawdzałam, czy panowie zauważą... - Ciągnęła. Za najbliższym rogiem budynku, obserwujący całą scenę Rafael pacnął się ręką w czoło i z rozpaczą pokręcił głową. Co za nędzne przedstawienie... Tymczasem szczęśliwie nieświadomi braku talentu aktorskiego Dalilei Tom i Aro z drugiej strony banku wchodzili właśnie do kanalizacji, jednego z najnowszych wynalazków ówczesnego świata, podprowadzonych pod bankową "toaletę" (toaleta jest w cudzysłowie, bo to, co oni nazywają toaletą, my nazwalibyśmy kabiną z rurą do podziemi akurat taką, że jak odsunie się klapę z mniejszym otworem to zmieści się tam cały człowiek). Studzienka była otwarta, więc nie mieli z tym żadnego problemu, który jednak pojawił się gdy chłopacy przeszli pod bank i stanęli prawie dokładnie pod otworem, którym chcieli wejść. Kiedy w końcu kaskada ścieków wylatująca z niego ustała, Tom i Aro odczekali chwilę, aby upewnić się, że najwyraźniej chory na biegunkę lub dobrze ukrywaną przed resztą świata grypę żołądkową bankier nie wrócił, po czym podciągnęli się przez otwór i znaleźli w jednej z kabin, z której jak najszybciej wyszli i podążyli do pomieszczenia głównego, o tej porze już nie przyjmującego klientów, ale nadal pełnego papierkowej roboty. W tym samym czasie Neil, za drugim rogiem ulicy znajdującym się naprzeciwko Rafaela, czekał, aż Dalilea skończy parodię gry aktorskiej i da sygnał. W końcu się doczekał: gdy dziewczyna niby przypadkowo dwukrotnie tupnęła, razem z Rafaelem zaczął się skradać pod murem w kierunku strażników. Ci, jako niczego nie spodziewający się biedni ludzie, nawet tego nie zauważyli, do czasu, kiedy obaj jednocześnie oberwali w głowy z jakichś bardzo ciężkich przedmiotów, najprawdopodobniej cegieł lub fragmentów kostki brukowej. Chwilę po tym nieprzyjemnym incydencie zza rogu ulicy naprzeciwko nadbiegł Alek ze sprzętem: linami, workami i chustami. Dalilea wolała się nie zastanawiać, skąd je wziął.
Kiedy chłopak w końcu do nich dołączył, we czwórkę weszli do banku. Związanie bankierów nie było trudne, zwłaszcza że ci byli nieprzytomni dzięki Arowi i Tomowi, którzy już tam byli. Alek został w pomieszczeniu głównym, by pilnować związanych i dla pewności zakneblowanych pracowników instytucjii, a reszta grupy ubrana w stroje przed chwilą wymienionych tu osób poszła do skarbca. Z przodu trzymał się Aro, jako najstarszy budząc większe zaufanie niż inni, bez problemu przechodząc obok strażników, przy okazji jeszcze zdobywając od nich klucze od skrytki Patricoela. Wszystko szło zgodnie z planem, co zazwyczaj oznacza, że coś złego za chwilę zakłóci przebieg akcji, jednak nie tu: Dalilea i chłopacy bez najmniejszego problemu otworzyli sejf kapłana, wypełnili worki, a pieniądze, które się nie zmieściły rozrzucili po korytarzu, po czym ze świadomością dobrze wykonanego zadania wyruszyli w drogę powrotną. Dużo trudniejszą od wejścia, bo pod górkę i z ciężkimi worami pełnymi złota na plecach. W końcu dotarli do głównej komnaty, gdzie Alek dobijał co niektórych urzędników, którzy na swoje nieszczęście ocknęli się szybciej niż pozostali. Właśnie mieli wyjść, kiedy Dalilea, idąca na końcu, przypadkiem potrąciła jeden z palących się świeczników, który upadł na stertę papierów, znajdujących się na drewnianym stole obok wysuszonej liściastej rośliny zdobiącej pomieszczenie. Ten, kto choć trochę wie o właściwościach substancji wie, że i papier, i drewno, i rośliny, a zwłaszcza suche liście, są bardzo, ale to bardzo łatwopalne.
Rozdział 4 - Zmiana otoczenia
Dalilea ostrożnie uchyliła drzwi do baru, po czym upewniwszy się, że nikt nie zwraca na nią uwagi, weszła i usiadła przy stoliku w kącie pomieszczenia. Jeszcze nigdy nie była w takim miejscu, w każdym razie nie oficjalnie. Wolno jej było wszystko. Hmm... Absolutnie wszystko? Dalilea rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu "pomocnika". W końcu zlokalizowała przy stoliku pod ścianą chłopaka wyglądającego na jakieś osiemnaście - dziewiętnaście lat. Podeszła do niego i przez chwilę szeptała coś na ucho. Nieznajomy uniósł brwi, po czym podszedł do baru i wrócił z dwoma kuflami piwa, z czego jeden postawił przed dziewczyną, a drugi zostawił sobie. Dalilea wzięła kubek i wróciła do swojego stolika. Zaczęła obserwować pomieszczenie. Piwa nawet nie tknęła, nie miało jej służyć do picia, tylko do ściągnięcia odpowiednich ludzi do planowanego przez nią przedsięwzięcia. Nie macie pojęcia, jaką różnicę robi ten jeden szczegół. Po chwili podszedł do niej facet w średnim wieku, na oko po pięciu czy sześciu kuflów piwa za dużo. "Nie, ten nie. Za bardzo upity" - Stwierdziła w duchu Dalilea i uprzejmie odesłała delikwenta do baru, jako alternatywę odejścia proponując zrobienie awantury. Kilku następnych facetów dziewczyna odesłała, a następnie znów zaczęła rozglądać się za potencjalnymi współpracownikami. W końcu podszedł do niej chłopak, od którego wyłudziła piwo i zapytał:
- A ty c...co tu robisz? Nie pijesz? Co pow...w... wiedziałaś Grubemu, Bolowi i Mietkowi, że dali ci spokój? Masz pojęcie, kim oni są? - Najwyraźniej wcześniej zamówione piwo mu nie przysłużyło i wpłynęło na dykcję, bo Dalilea z trudem odróżniła słowa. Nie odesłała go jednak, tylko kazała usiąść i opowiedzieć trochę o sobie. Po paru słowach zagroziła, że jak nie będzie mówił wyraźnie, da mu z liścia. Jak można się domyślić (chyba, że jest się Dalileą - wtedy domyślanie się czegokolwiek jest o wiele trudniejsze niż zazwyczaj), nie podziałało, więc po kolejnych paru słowach dziewczyna spełniła obietnicę. Po następnych kilku zdaniach, chłopak odzyskał płynność mowy i zaczął:
- Jestem Rafael, mam eee... Chcesz wiedzieć ile mam lat?
- A jak myślisz? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie Dalilea.
- Typowa kobieta, ty się pytasz, a ona "Domyśl się!"... Pff... Mam osiemnaście lat, mieszkam eee... Chcesz wiedzieć gdzie mieszkam?
- Domyśl się.
- Wiedziałem... Mieszkam na ulicy mostowej, znaczy tej przy moście, znaczy... Ech, co tam. Mieszkam pod mostem, jestem sierotą, a kasę zdobyłem pracując tutaj jako kucharz... No, nie, nie kucharz. Ten, co przygotowuje to, co ludzie przychodzący tutaj nazywają dobrym jedzeniem, bo nigdy jeszcze nie jedli kurczaka z żurawiną.
- Gdybyś miał teraz wymyślić sobie motto życiowe, jak ono by brzmiało?
- Nie potrzebuję żadnego motta życiowego.
"No jasne..." - pomyślała Dalilea. Po co w ogóle o to zapytała?
- Charakter?
- Zły.
"Jasne, że tak..." - powtórzyła Dalilea w duchu. Cóż, w końcu sama chciała wiedzieć...
- Zainteresowania?
- Potrafię malować i chodzić po cichu, aczkolwiek jak się żyje pod mostem i czasem kradnie, trzeba to potrafić.
- To przy kradzieży trzeba malować?
- Eee... Co? Nie, chodzić po cichu...
- Masz pod mostem jakichś znajomych?
- Co?
- To co słyszałeś. Znajomi?
- Tak, mam paru, ale nie sądzę, żebyś chciała ich bliżej poznać.
- Zaprowadź mnie do nich.
- Nie.
- Co?
- Nie.
- Dam ci to piwo.
- Na pewno? - Rafael spojrzał na kufel jakby ten był dla niego ostatnią szansą na ratunek przed... Cóż, trudno powiedzieć przed czym może uratować piwo (poza trzeźwością oczywiście), ale musiało być straszne.
- Jak najbardziej. - Odparła Dalilea, wręczając mu kufel. Po tych słowach dziewczyna i chłopak opuścili bar i skręcili w najbliższą uliczkę. Dalej prowadził ją Rafael.
- A ty c...co tu robisz? Nie pijesz? Co pow...w... wiedziałaś Grubemu, Bolowi i Mietkowi, że dali ci spokój? Masz pojęcie, kim oni są? - Najwyraźniej wcześniej zamówione piwo mu nie przysłużyło i wpłynęło na dykcję, bo Dalilea z trudem odróżniła słowa. Nie odesłała go jednak, tylko kazała usiąść i opowiedzieć trochę o sobie. Po paru słowach zagroziła, że jak nie będzie mówił wyraźnie, da mu z liścia. Jak można się domyślić (chyba, że jest się Dalileą - wtedy domyślanie się czegokolwiek jest o wiele trudniejsze niż zazwyczaj), nie podziałało, więc po kolejnych paru słowach dziewczyna spełniła obietnicę. Po następnych kilku zdaniach, chłopak odzyskał płynność mowy i zaczął:
- Jestem Rafael, mam eee... Chcesz wiedzieć ile mam lat?
- A jak myślisz? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie Dalilea.
- Typowa kobieta, ty się pytasz, a ona "Domyśl się!"... Pff... Mam osiemnaście lat, mieszkam eee... Chcesz wiedzieć gdzie mieszkam?
- Domyśl się.
- Wiedziałem... Mieszkam na ulicy mostowej, znaczy tej przy moście, znaczy... Ech, co tam. Mieszkam pod mostem, jestem sierotą, a kasę zdobyłem pracując tutaj jako kucharz... No, nie, nie kucharz. Ten, co przygotowuje to, co ludzie przychodzący tutaj nazywają dobrym jedzeniem, bo nigdy jeszcze nie jedli kurczaka z żurawiną.
- Gdybyś miał teraz wymyślić sobie motto życiowe, jak ono by brzmiało?
- Nie potrzebuję żadnego motta życiowego.
"No jasne..." - pomyślała Dalilea. Po co w ogóle o to zapytała?
- Charakter?
- Zły.
"Jasne, że tak..." - powtórzyła Dalilea w duchu. Cóż, w końcu sama chciała wiedzieć...
- Zainteresowania?
- Potrafię malować i chodzić po cichu, aczkolwiek jak się żyje pod mostem i czasem kradnie, trzeba to potrafić.
- To przy kradzieży trzeba malować?
- Eee... Co? Nie, chodzić po cichu...
- Masz pod mostem jakichś znajomych?
- Co?
- To co słyszałeś. Znajomi?
- Tak, mam paru, ale nie sądzę, żebyś chciała ich bliżej poznać.
- Zaprowadź mnie do nich.
- Nie.
- Co?
- Nie.
- Dam ci to piwo.
- Na pewno? - Rafael spojrzał na kufel jakby ten był dla niego ostatnią szansą na ratunek przed... Cóż, trudno powiedzieć przed czym może uratować piwo (poza trzeźwością oczywiście), ale musiało być straszne.
- Jak najbardziej. - Odparła Dalilea, wręczając mu kufel. Po tych słowach dziewczyna i chłopak opuścili bar i skręcili w najbliższą uliczkę. Dalej prowadził ją Rafael.
Subskrybuj:
Posty (Atom)