Elfy, jak sięgnąć pamięcią, zawsze istniały w dziejach ludzkości i co ważniejsze, odgrywały w nich znaczącą rolę. Ostatnio jednak ludzie zaczęli zasiedlać dotychczas dziewicze tereny, na których te stworzenia mieszkały, a istoty je zamieszkujące, pochowały się do lasów. Dalilea wiedziała o tym z lekcji historii, jednak zawsze wyobrażała sobie elfy jako milsze. Cóż, nigdy nie była pewna, jakie są elfy, bo kiedyś wierzyła w ich dobroć, ale parę lat temu słyszała, że elfy kogoś porwały, więc... Trudno powiedzieć, w co wierzyła. Elfy, które właśnie prowadziły ją w las wydawały się być kompletnie inne. Groźne.
- Przepraszam, ale... - zaczęła rozmowę Dalilea.
- Milcz. - powiedział jeden z elfów. Szli jeszcze chwilę w ciszy, po czym Dalilea znowu spróbowała porozmawiać ze swoimi "wybawicielami".
- A mogę chociaż wiedzieć, dokąd mnie prowadzicie? - Spytała.
- Nie.
- Co za cięty język... Jest pan bardzo niemiły. - Powiedziała dziewczyna do elfa, który jej odpowiadał.
- A przeżyję chociaż pobyt u was?
Cisza.
- Jak masz na imię?
Brak odpowiedzi.
- Kiedy masz urodziny?
Nic.
- Jestem Dalilea.
Elf odwrócił się i powiedział:
- Jestem Lucy.
- Lucy? - powtórzyła Dalilea.
- Lucjan... Lucyfer... Lucjusz... Zgadnij. - Uśmiechnął się kwaśno.
- Nazywasz się Luca.
- Tak myślisz?
- Tak jakoś do ciebie pasuje.
- Luca, zalukaj, Luca look, Luca to, tamto... Nie masz pojęcia jak jest mieć na imię Luca.
- Czyli naprawdę masz na imię Luca! - ucieszyła się Dalilea.
- Cieszysz się, bo mam na imię tak a nie inaczej? - Zapytał Luca z dziwnym wyrazem twarzy.
- No przecież zgadłam, nie?
- No tak, ale biorąc pod uwagę to, że przed chwilą niemal spłonęła na stosie...
- Oj tam, oj tam... Było minęło, a ty jesteś bardzo fajny, poprosisz ich żeby mnie wypuścili, prawda?
- To nie zależy ode mnie.
- Ale jak ładnie poprosisz... Elfy są w porządku, wysłuchają cię.
- A mogę wiedzieć, skąd bierzesz tą wiedzę na temat elfów?
- Tak was sobie zawsze wyobrażałam.
- I myślisz, że to prawda?
- Czemu nie?
W zasadzie od całkiem niedawna, w Świecie Nonsensu żyje (jescze) pewna dziewczyna mająca więcej szczęścia niż rozumu oraz nieustającego pecha, a na imię ma Dalilea. Ponieważ nazwa do czegoś zobowiązuje, Świat Nonsensu nie jest odkrywany przez ludzi, jak u nas, tylko to świat odkrywa swoich mieszkańców i dostosowuje swoje teorie do nich. Na tym blogu macie szansę przeczytać, co by się mogło stać, gdyby Świat Nonsensu okazał się prawdziwy.
piątek, 19 grudnia 2014
niedziela, 30 listopada 2014
Rozdział 13 - Z deszczu pod rynnę
Dalilea obudziła się przywiązana do słupa. Kiedy otworzyła oczy, zauważyła, że wokół niej jest mnóstwo suchych gałęzi. Spróbowała je przetrzeć rękoma, ale miała je związane z tyłu. Kiedy w końcu ostrość wzroku się polepszyła, zobaczyła znad drewna mnóstwo zielono - brązowych stworków, małych i dużych. "Ja chyba śnię" - pomyślała. Niestety, nie była to prawda. Dalilea nie śniła i chociaż jeszcze o tym sama nie widziała, miała zostać spalona na stosie za wejście do lasu. Zorientowała się dopiero wtedy, kiedy gałęzie wokół niej podpalono, a stworki zaczęły śpiewać i tańczyć. Dalilea zaczęła krzyczeć. Stworki zaczęły głośniej śpiewać. Dalilea zaczęła błagać o litość. Gdyby była mądrzejsza, zrozumiałaby, że stworki mówią w innym języku, bo z ich śpiewów nic nie rozumiała. Niestety, Dalilea nie była aż tak spostrzegawcza i z jej każdym "Błagam, nie!", stworki słyszały "Twoja siostra wygląda jak krowa!", więc śpiewały coraz szybciej i głośniej, dokładając drewna do ognia. Dalilea już czuła gorąco na całym ciele i myślała, że to jej koniec, kiedy nagle stworki przestały śpiewać i zaczęły piszczeć z przerażeniem. Dziewczyna zaś zamilkła, ze zdziwieniem przyglądając się sytuacji. Ułamek sekundy po tym, jak ostatni stworek zniknął za krzakami, na polanę wbiegło kilkudziesięciu ludzi. No, prawie ludzi. Wyglądali jak ludzie, jednak jakby dłużej im się przyjrzeć, żaden z nich nie był w pełni człowiekiem. Po pierwsze, byli dużo piękniejsi niż zwykli ludzie, nawet ze swoją bladą cerą, kocimi oczami i długimi uszami... Długimi uszami? Tak, mieli długie, odstające uszy, na podstawie czego Dalilea wywnioskowała, że to elfy. Nie poprawiło jej to jednak zbytnio humoru, bo choć stworki się pochowały, stos pod nią nadal płonął i robiło się coraz goręcej. Elfy zaś zaczęły rozglądać się po polanie, a kilkoro z nich podeszło do stosu, obserwując Dalileę.
- Czy moglibyście to zgasić? - Zapytała elfy dziewczyna, patrząc na nich z nadzieją. Po chwili oczekiwania, Dalilea powtórzyła prośbę, jednocześnie krzycząc z bólu, bo ogień dosięgnął już jej butów. Elfy zaczęły rozmawiać między sobą w dziwnym języku, po czym jeden z nich pośpieszył do przepływającego obok strumyka. Dalilea poczuła na całym ciele przyjemny chłód, jakby ktoś wylał na nią wiadro letniej wody. Dziewczyna spojrzała w górę i zobaczyła, jak krople materializują się w powietrzu nad nią i spadają na dogasający już stos. Najwyraźniej elf przy strumyku przeteleportował wodę. Dalilea już miała zacząć dziękować, kiedy zauważyła, że żołnierz, który ściągnął ją ze szczytu stosu, założył jej coś w rodzaju kajdanek. Nie była wcale wolna, zmieniła tylko swojego pana.
- Czy moglibyście to zgasić? - Zapytała elfy dziewczyna, patrząc na nich z nadzieją. Po chwili oczekiwania, Dalilea powtórzyła prośbę, jednocześnie krzycząc z bólu, bo ogień dosięgnął już jej butów. Elfy zaczęły rozmawiać między sobą w dziwnym języku, po czym jeden z nich pośpieszył do przepływającego obok strumyka. Dalilea poczuła na całym ciele przyjemny chłód, jakby ktoś wylał na nią wiadro letniej wody. Dziewczyna spojrzała w górę i zobaczyła, jak krople materializują się w powietrzu nad nią i spadają na dogasający już stos. Najwyraźniej elf przy strumyku przeteleportował wodę. Dalilea już miała zacząć dziękować, kiedy zauważyła, że żołnierz, który ściągnął ją ze szczytu stosu, założył jej coś w rodzaju kajdanek. Nie była wcale wolna, zmieniła tylko swojego pana.
czwartek, 20 listopada 2014
Rozdział 12 - Śmierć i przyjaciele
Śmierć ma trupio bladą twarz i zawsze nosi płaszcz utkany z najpiękniejszych barw kosmosu z czernią na pierwszym miejscu. Smutnymi, pustymi oczodołami obserwuje cały wszechświat, gdziekolwiek się znajduje. Jego ulubionym narzędziem rolniczym jest kosa, zwierzątkiem biały koń, a sposób, w jaki mówi, można zapisać tylko pochyłym drukiem. Wbrew pozorom jednak nie jest samotnikiem, ale ma wspaniałą rodzinę: matkę Zarazę, ojca Głód, siostrę Wojnę, brata Strach i kochającą żonę Tęsknotę, oraz piątkę dzieci: trojaczki Głupotę, Desperację i Przypadek, mające młodszego brata Cierpienie i jeszcze młodszą siostrę Szczęście, której pierwsze imię miało brzemieć Żałoba, ale Śmierć przy wybieraniu imienia powiedział, że chyba umrze ze szczęścia, a pielęgniarka w szpitalu pomyliła się przy wpisywaniu danych ze strachu przed uszczęśliwionym tatusiem z kosą. Tak więc, wracając do tematu, cała rodzinka ma mnóstwo roboty przez okrągły rok, a w tym momencie, który nas interesuje, była prawie w pełnym składzie w spalonym Lądynie, próbując ustawić nowe dusze w kolejkę do zaświatów. Obok kilkudziesięciu różnych bram do różnych pośmiertnych światów, do których trzeba było oddelegować zmarłych w zależności od tego, w co wierzyli, stał Śmierć. Tuż przy nim, z listą dusz, których ciała spłonęły w pożarze, lewitowała Desperacja, która pomimo braku powiązania z sytuacją zgodziła się pomóc ojcu. Przypadek uganiał się za tymi, którzy nie chcieli pogodzić się z tym, że nie żyją, a Głupota nuciła sobie wesołe piosenki, pilnując Cierpienia siedzącego obok niej.
- Przypomnij mi proszę, Desperacjo, co za oferma wywołała ten pożar, przez który muszę pracować po godzinach?
- Zdaje mi się, że miała na imię Dalilea, tato, ale jeśli chcesz się upewnić, zapytaj Przypadek, on był przy tym wypadku. - Odparła Desperacja, skreślając kolejne nazwisko na liście. Po chwili odezwała się Głupota:
- Tato, mam robotę do wykonania w lesie na południe stąd, muszę iść tam z Przypadkiem. Pomożesz nam w razie czego?
- Tak, tak, jasne, tylko skończę z tymi tu. - Odparł Śmierć, wskazując bardzo długą kolejkę. Głupota pokiwała ze zrozumieniem głową, zawołała Przypadek i razem z nim zniknęła. Po chwili jednak wróciła i zapytała:
- A co będzie dziś na obiad?
- Mama mówiła, że zrobi rosół i czekoladowe babeczki na deser. - Odpowiedziała jej Desperacja, skreślając kolejne nazwiska z listy.
- Szkoda, że nie budyń... Dzięki! - Stwierdziła Głupota i ponownie zniknęła.
- Przypomnij mi proszę, Desperacjo, co za oferma wywołała ten pożar, przez który muszę pracować po godzinach?
- Zdaje mi się, że miała na imię Dalilea, tato, ale jeśli chcesz się upewnić, zapytaj Przypadek, on był przy tym wypadku. - Odparła Desperacja, skreślając kolejne nazwisko na liście. Po chwili odezwała się Głupota:
- Tato, mam robotę do wykonania w lesie na południe stąd, muszę iść tam z Przypadkiem. Pomożesz nam w razie czego?
- Tak, tak, jasne, tylko skończę z tymi tu. - Odparł Śmierć, wskazując bardzo długą kolejkę. Głupota pokiwała ze zrozumieniem głową, zawołała Przypadek i razem z nim zniknęła. Po chwili jednak wróciła i zapytała:
- A co będzie dziś na obiad?
- Mama mówiła, że zrobi rosół i czekoladowe babeczki na deser. - Odpowiedziała jej Desperacja, skreślając kolejne nazwiska z listy.
- Szkoda, że nie budyń... Dzięki! - Stwierdziła Głupota i ponownie zniknęła.
sobota, 15 listopada 2014
Rozdział 11 - Kostka
Dalilea obudziła się w środku nocy, próbując zlokalizować źródło dźwięku irytującego ją już od paru dobrych godzin przez sen. W dodatku odgłos ciągle narastał. "Brzmi to jakby jakiś mały, kanciasty przedmiot spadał z bardzo, bardzo wysoka!" - pomyślała - "Zupełnie jak kostka do gry." W tym momencie dziewczyna poczuła uderzenie w głowę i straciła przytomność. Kiedy sie ocknęła, było już popołudnie (w dodatku następnego dnia, ale to szczegół). O dziwo była nadal w tym samym miejscu co wcześniej, co znaczy że nikt jej jeszcze nie porwał ani nie okradł... Chociaż w sumie nie było z czego jej okradać. Dalilea wstała powoli, trzymając się za jeszcze bolącą głowę i rozejrzała się. W trawie dostrzegła jakiś blask. Dziewczyna schyliła się i podniosła z ziemi... Kostkę do gry? Tak, to była kostka. W dodatku bardzo dziwna: trzy ścianki białe i trzy czarne, ale brakowało na niej oczek. " Skąd ona się tu wzięła?" - Zapytała samą siebie Dalilea. "Z nieba, z Olimpu od Ateny!" - Parsknął drwiąco głosik w jej głowie - "Po co się głupio pytasz jak i tak ci nikt nie odpowie!?" Po chwili namysłu Dalilea uznała, że głosik ma rację, więc schowała kostkę do kieszeni i ruszyła w dalszą drogę w kierunku... A zresztą czy to ważne? No, w każdym razie ruszyła przed siebie. Po paru godzinach, kiedy zaczęło się już ściemniać, dostrzegła las i uznała, że tam będzie w nocy bezpieczniejsza, więc zmieniła trochę kierunek i przyśpieszyła. Gdyby tylko wiedziała, co w tym lesie mieszka... Gdyby wiedziała, to by uciekła. Ale że nie wiedziała, szła nadal przed siebie.
Szła, szła, szła, szła, szła i szła oraz szła a także szła i szła, aż w końcu dotarła do granicy lasu, którą oczywiście natychmiast przekroczyła. Tym samym przekroczyła też wszelkie inne granice, między innymi granicę głupoty, naiwności oraz wykorzystała cały limit cierpliwości, jaki miała Atena dopóki nie wyrzuciła trzech oczek na drugiej kostce nieszczęścia, której zasada była taka, że gdy wyrzucisz liczbę nieparzystą, musisz jedną ze swoich postaci zrobić najgłupsze posunięcie jakie jest w danej sytuacji możliwe (tak, trójka jest nieparzysta!).
Dalilea rozglądając się, szła dalej przez las. Co jakiś czas słyszała dziwny szmer w krzakach, jednak starała się nie zwracać na to uwagi i iść dalej spokojnie. Za każdym razem, kiedy zaczynała się bać, wkładała rękę do kieszeni i obracała w palcach kostkę, upewniając się, że tam jest, co dziwnie ją uspokajało. Kiedy weszła na pierwszą spotkaną w tym lesie polanę, było już całkowicie ciemno. Dalilea ułożyła się wygodnie na trawie, nadal ściskając w ręce kostkę i po chwili zasnęła. Z ciemności zaczęły wyłaniać się maleńkie postacie z linami. A może jednak nie były wcale takie maleńkie? Cóż, większość z nich była dużo większa od Dalilei, więc...
Szła, szła, szła, szła, szła i szła oraz szła a także szła i szła, aż w końcu dotarła do granicy lasu, którą oczywiście natychmiast przekroczyła. Tym samym przekroczyła też wszelkie inne granice, między innymi granicę głupoty, naiwności oraz wykorzystała cały limit cierpliwości, jaki miała Atena dopóki nie wyrzuciła trzech oczek na drugiej kostce nieszczęścia, której zasada była taka, że gdy wyrzucisz liczbę nieparzystą, musisz jedną ze swoich postaci zrobić najgłupsze posunięcie jakie jest w danej sytuacji możliwe (tak, trójka jest nieparzysta!).
Dalilea rozglądając się, szła dalej przez las. Co jakiś czas słyszała dziwny szmer w krzakach, jednak starała się nie zwracać na to uwagi i iść dalej spokojnie. Za każdym razem, kiedy zaczynała się bać, wkładała rękę do kieszeni i obracała w palcach kostkę, upewniając się, że tam jest, co dziwnie ją uspokajało. Kiedy weszła na pierwszą spotkaną w tym lesie polanę, było już całkowicie ciemno. Dalilea ułożyła się wygodnie na trawie, nadal ściskając w ręce kostkę i po chwili zasnęła. Z ciemności zaczęły wyłaniać się maleńkie postacie z linami. A może jednak nie były wcale takie maleńkie? Cóż, większość z nich była dużo większa od Dalilei, więc...
poniedziałek, 10 listopada 2014
Rozdział 10 - Rozstanie
Dalilea spała sobie smacznie na trawie, kiedy nagle poczuła kopnięcie. I jeszcze jedno. "To mi się śni, jestem w swoim łóżku i nic się nie stało" - pomyślała. Po paru kolejnych uderzeniach otworzyła oczy i zobaczyła najpierw, w dokładnie w tej kolejności: Rafaela, który to kopnął ją właśnie po raz kolejny, a zaraz potem początek wschodu słońca. Wschodu słońca, znaczy że była jakaś piąta rano! Tymczasem chłopak schylił się do niej i z uśmiechem powiedział:
- Wstajemy, kochana, wstajemy! Kto rano wstaje temu co?
- Temu pan Bóg daje? - Spróbowała dokończyć zaspana jeszcze Dalilea.
- Źle! Tego głowa przez cały dzień boleć będzie i właśnie dlatego to ciebie pierwszą obudziłem! - Stwierdził zadowolony z siebie Rafael. Dalilea przewróciła oczami i wstała.
- To co robimy? - Zapytała.
- A skąd ja mam wiedzieć? Chciałem ci tylko zepsuć dzień, nie go zaplanować. - Wzruszył ramionami Rafael.
- To nie w porządku! Skoro mnie tak wcześnie obudziłeś, to teraz się mną zajmij!
- To jest jak najbardziej w porządku. Pragnę ci przypomnieć, że jeszcze wczoraj wywołałaś wielki pożar, który zniszczył całe miasto i pogrzebał trzech moich przyjaciół!
- Przez przypadek!
- Ja też cię obudziłem PRZEZ PRZYPADEK.
Dalilea nie odpowiedziała. Tymczasem do Rafaela podszedł jeszcze zaspany Neil. Dziewczyna mała nadzieję, że może uda się jej usłyszeć ich rozmowę, ale chłopacy odeszli na parę metrów. Po chwili ruszyli dalej, nadal rozmawiając. Dalilea patrzyła za nimi jeszcze chwilę, do czasu kiedy jedna z myśli przebiła się w końcu przez tłok innych i uświadomiła jej, że chłopacy nie zamierzają wcale wrócić. Dziewczyna rzuciła się za nimi najszybciej jak umiała, krzycząc:
- Ej, czekajcie, a co ze mną?
Po chwili dogoniła chłopców i zapytała:
- Gdzie idziecie?
Neil już otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Rafael go uprzedził:
- Byle jak najdalej od ciebie. - Mruknął, wbijając wzrok w ziemię. Każdy na jej (tak, ziemi) miejscu cofnąłby się pod wpływem takiego spojrzenia, ale ziemia nie ma oczu i nie mogła tego widzieć, więc kompletnie nieświadoma, że powinna się bać, istniała sobie spokojnie dalej. Tymczasem Dalilea błagała chłopaków, żeby mogła iść z nimi, a właściwie z Neilem, bo Rafael jakoś nie chciał się odzywać i nadal próbował wzrokiem wypalić dziurę w wyżej wspomnianej ziemi. Możliwe nawet, że gdyby tak patrzył przez cały dzień, to nawet mogłoby mu się udać. W końcu zamknął oczy i powiedział powoli i wyraźnie:
- Dalilea. Będę teraz mówił baaardzo powoooli i wyraźnie, żebyś zrozumiała absolutnie każde słowo. Ty. Idziesz. Gdzie. Chcesz. Byle. Nie. Z. Nami! Rozumiesz?
Dalilea pokiwała głową smutno i usiadła na ziemi, zaś chłopacy poszli dalej, nie oglądając się za siebie. Parę sekund po tym, jak Rafael i Neil zniknęli jej z oczu, dziewczyna zaczęła się nudzić, więc wstała, odwróciła się na pięcie i odeszła w przeciwnym kierunku, tak jak jeszcze parę minut temu Rafael, wbijając wzrok w ziemię. Kilka minut później zmieniła zdanie i zaczęła patrzeć w niebo, obserwując pozycję słońca. To ono było teraz jej jedynym towarzyszem podróży. Dalilea czuła się samotna jak nigdy. Nim minęło kilkanaście spędzonych samotnie godzin, zaczęło się ściemniać. Gdyby ktoś spojrzał teraz z oddali, zobaczyłby smutną, przestraszoną dziewczynę, zwiniętą w kulkę na ziemi, nad nią piękny zachód słońca, a w tle dogasające zgliszcza jednego z najpiękniejszych miast współczesnego świata.
- Wstajemy, kochana, wstajemy! Kto rano wstaje temu co?
- Temu pan Bóg daje? - Spróbowała dokończyć zaspana jeszcze Dalilea.
- Źle! Tego głowa przez cały dzień boleć będzie i właśnie dlatego to ciebie pierwszą obudziłem! - Stwierdził zadowolony z siebie Rafael. Dalilea przewróciła oczami i wstała.
- To co robimy? - Zapytała.
- A skąd ja mam wiedzieć? Chciałem ci tylko zepsuć dzień, nie go zaplanować. - Wzruszył ramionami Rafael.
- To nie w porządku! Skoro mnie tak wcześnie obudziłeś, to teraz się mną zajmij!
- To jest jak najbardziej w porządku. Pragnę ci przypomnieć, że jeszcze wczoraj wywołałaś wielki pożar, który zniszczył całe miasto i pogrzebał trzech moich przyjaciół!
- Przez przypadek!
- Ja też cię obudziłem PRZEZ PRZYPADEK.
Dalilea nie odpowiedziała. Tymczasem do Rafaela podszedł jeszcze zaspany Neil. Dziewczyna mała nadzieję, że może uda się jej usłyszeć ich rozmowę, ale chłopacy odeszli na parę metrów. Po chwili ruszyli dalej, nadal rozmawiając. Dalilea patrzyła za nimi jeszcze chwilę, do czasu kiedy jedna z myśli przebiła się w końcu przez tłok innych i uświadomiła jej, że chłopacy nie zamierzają wcale wrócić. Dziewczyna rzuciła się za nimi najszybciej jak umiała, krzycząc:
- Ej, czekajcie, a co ze mną?
Po chwili dogoniła chłopców i zapytała:
- Gdzie idziecie?
Neil już otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Rafael go uprzedził:
- Byle jak najdalej od ciebie. - Mruknął, wbijając wzrok w ziemię. Każdy na jej (tak, ziemi) miejscu cofnąłby się pod wpływem takiego spojrzenia, ale ziemia nie ma oczu i nie mogła tego widzieć, więc kompletnie nieświadoma, że powinna się bać, istniała sobie spokojnie dalej. Tymczasem Dalilea błagała chłopaków, żeby mogła iść z nimi, a właściwie z Neilem, bo Rafael jakoś nie chciał się odzywać i nadal próbował wzrokiem wypalić dziurę w wyżej wspomnianej ziemi. Możliwe nawet, że gdyby tak patrzył przez cały dzień, to nawet mogłoby mu się udać. W końcu zamknął oczy i powiedział powoli i wyraźnie:
- Dalilea. Będę teraz mówił baaardzo powoooli i wyraźnie, żebyś zrozumiała absolutnie każde słowo. Ty. Idziesz. Gdzie. Chcesz. Byle. Nie. Z. Nami! Rozumiesz?
Dalilea pokiwała głową smutno i usiadła na ziemi, zaś chłopacy poszli dalej, nie oglądając się za siebie. Parę sekund po tym, jak Rafael i Neil zniknęli jej z oczu, dziewczyna zaczęła się nudzić, więc wstała, odwróciła się na pięcie i odeszła w przeciwnym kierunku, tak jak jeszcze parę minut temu Rafael, wbijając wzrok w ziemię. Kilka minut później zmieniła zdanie i zaczęła patrzeć w niebo, obserwując pozycję słońca. To ono było teraz jej jedynym towarzyszem podróży. Dalilea czuła się samotna jak nigdy. Nim minęło kilkanaście spędzonych samotnie godzin, zaczęło się ściemniać. Gdyby ktoś spojrzał teraz z oddali, zobaczyłby smutną, przestraszoną dziewczynę, zwiniętą w kulkę na ziemi, nad nią piękny zachód słońca, a w tle dogasające zgliszcza jednego z najpiękniejszych miast współczesnego świata.
środa, 5 listopada 2014
Rozdział 9 - Przypadki chodzą po bogach
Nad wielkim stołem do gry na Olimpie krążyło mnóstwo bogów, próbujących wyczuć słabe strony przeciwników. Nie zajmowali się kompletnie niczym poza planszą i pionkami, więc nie zauważyli, że są obserwowani. Obserwatorki tymczasem, wiele mil nad ziemią, na swojej chmurze, spoglądały każda w swoją szklaną kulę, w której widziały odbicia bogów i mruczały, przepowiadając, co ma się za chwilę zdarzyć. Pierwsza z nich, Kloto, skręcała w swoich szczupłych palcach cienką nić życia i nawlekała ją na kołowrotek, patrząc, jak Ares i Zeus kłócą się o bohatera, zastanawiając się jednocześnie, któremu pozwolić go wygrać. Druga, Lachesis, farbowała nić i pilnowała, czy nie jest zbyt cienka, obserwując postępy, jakie od ostatniego rzutu zrobiła Afrodyta, myśląc o tym, czy jej tej dobrej passy nie przerwać. Ostatnia, Atropos, właśnie przecięła ostatnią z trzech nici ludzkiego żywota, które miało dziś się skończyć. W kuli miała Atenę, gorączkowo zastanawiającą się, co można by teraz zrobić, żeby zdobyć od Hery upragnionego pionka. Po chwili odezwała się do sióstr:
- Kloto, Lachesis, czy macie coś przeciwko, bym namieszała trochę w grze bogini Atenie? Jakoś jej nie lubię...
Siostry pokiwały głowami w milczeniu. Atropos, z mściwym uśmiechem na ustach zabrała się do dzieła. Najpierw należało kogoś przeciw niej zbuntować...
***
Atena jeszcze raz przejrzała swoje karty. Nie miała żadnej, która pozwoliłaby na przejęcie figurki Hery, ani nawet pionka od Posejdona. W końcu, z niechęcią, rzuciła kostką i przesunęła figurę niezwykle przypominającą Dalileę na grubą linię, zaznaczoną jako "Tuiza". Następne ruchy były naprawdę źle zwiastujące: trójka postaci, na których jej zależało, zginęła, a w jej ulubionym mieście Lądynie nadal trwał pożar. Już myślała, że odpadnie, jednak nagle zauważyła wielką szansę: Jeżeli wyrzuciłaby teraz kombinację trzech trójek i użyła karty pożytecznego dodatku, zdobyłaby kostkę losu! I o dziwo: udało się. Bogini, z uśmiechem na twarzy, wzięła kostkę i już miała ją rzucić w górę i sprawdzić, jakiego jest koloru i dowiedzieć się, czy jej postać przeżyje, kiedy nagle Dionizos, jak zwykle z kielichem wina w ręce, zamachnął się i trącił ją przypadkowo w ramię. Kostka wypadła prosto z ręki Ateny na planszę, gdzie natychmiast zniknęła, zmieniając swój wymiar istnienia z boskiego na ludzki. Bogini posłała pijanemu bożkowi mordercze spojrzenie, na co ten zwalił się ze śmiechu z krzesła, na którym akurat siedział. Jeszcze nie wszystko było stracone, jednak taka szansa zdarzała się raz na milion! Żeby to nadrobić musiałaby dołączyć do drużyny Hery, która właśnie przesunęła swój pionek dziwnie podobny do Rafaela na pole tuż obok Dalilei. Na twarzy bogini pojawił się szeroki uśmiech. Tak, to się mogło udać!
- Kloto, Lachesis, czy macie coś przeciwko, bym namieszała trochę w grze bogini Atenie? Jakoś jej nie lubię...
Siostry pokiwały głowami w milczeniu. Atropos, z mściwym uśmiechem na ustach zabrała się do dzieła. Najpierw należało kogoś przeciw niej zbuntować...
***
Atena jeszcze raz przejrzała swoje karty. Nie miała żadnej, która pozwoliłaby na przejęcie figurki Hery, ani nawet pionka od Posejdona. W końcu, z niechęcią, rzuciła kostką i przesunęła figurę niezwykle przypominającą Dalileę na grubą linię, zaznaczoną jako "Tuiza". Następne ruchy były naprawdę źle zwiastujące: trójka postaci, na których jej zależało, zginęła, a w jej ulubionym mieście Lądynie nadal trwał pożar. Już myślała, że odpadnie, jednak nagle zauważyła wielką szansę: Jeżeli wyrzuciłaby teraz kombinację trzech trójek i użyła karty pożytecznego dodatku, zdobyłaby kostkę losu! I o dziwo: udało się. Bogini, z uśmiechem na twarzy, wzięła kostkę i już miała ją rzucić w górę i sprawdzić, jakiego jest koloru i dowiedzieć się, czy jej postać przeżyje, kiedy nagle Dionizos, jak zwykle z kielichem wina w ręce, zamachnął się i trącił ją przypadkowo w ramię. Kostka wypadła prosto z ręki Ateny na planszę, gdzie natychmiast zniknęła, zmieniając swój wymiar istnienia z boskiego na ludzki. Bogini posłała pijanemu bożkowi mordercze spojrzenie, na co ten zwalił się ze śmiechu z krzesła, na którym akurat siedział. Jeszcze nie wszystko było stracone, jednak taka szansa zdarzała się raz na milion! Żeby to nadrobić musiałaby dołączyć do drużyny Hery, która właśnie przesunęła swój pionek dziwnie podobny do Rafaela na pole tuż obok Dalilei. Na twarzy bogini pojawił się szeroki uśmiech. Tak, to się mogło udać!
czwartek, 30 października 2014
Rozdział 8 - Co dalej?
Dalilea leżała cała mokra obok ciężko oddychającego Rafaela. Nie była pewna, czy to co się przed chwilą zdarzyło jest prawdą, ale, zrozumiała tyle: po pierwsze, właśnie została uratowana przez bezdomnego spod mostu. Po drugie, wywołała jeden z największych pożarów w historii Lądynu. Po trzecie, w tym właśnie pożarze najprawdopodobniej zginęła jej matka oraz mnóstwo innych niewinnych ludzi. Po czwarte, jest niedoszłą miss i najpewniej już dowiedziano się o jej zniknięciu, więc logicznie rzecz biorąc, jest poza prawem.Po piąte: właśnie nastał wieczór, a ona nie ma gdzie przenocować. To był zdecydowanie najgorszy dzień jej życia. Musiała się z tego komuś wygadać, ale jej przyjaciółki najprawdopodobniej spoczywały pod gruzami w dogasającym powoli Lądynie, tak jak jej mama, tata i inne ważne w jej życiu osoby. Ale może, skoro Rafael ją uratował, to jemu na niej zależy i mogłaby mu to wszystko opowiedzieć? Ale najpierw sprawdzi, co u Neila i Ara! Dalilea otworzyła zamknięte dotychczas oczy i zauważyła, że jest sama. Aby móc zaprzeczyć temu faktowi, musiała znaleźć się w towarzystwie, wobec czego wstała i podeszła do Rafaela, przyglądającemu się tępo Neilowi, próbującemu obudzić Ara. Przez chwilę też ich obserwowała, po czym stwierdziła:
- Neil, on nie żyje, jestem pewna. W szkole na przyrodzie uczyli nas, jak rozpoznać nieżyjącego człowieka... - Dziewczyna chciała dokończyć, ale Rafael tak mocno złapał ją za nadgarstek, że zaniemówiła. Po chwili sama zauważyła, dlaczego: jeszcze przed paroma sekundami zrozpaczony, ale nadal pełen nadziei Neil próbował przebudzić martwego przyjaciela. Teraz tylko, niczym pies wierny swojemu panu, oparł głowę na klatce piersiowej Ara i wzrokiem bez wyrazu wpatrywał się w niebo. Dalilea właśnie miała znowu coś powiedzieć, kiedy usłyszała w swoim uchu ostry szept Rafaela:
- Widzisz, co mu zrobiłaś?
- Ale ja po prostu chciałam, żeby znał prawdę! - Broniła się Dalilea.
- No to masz, teraz zna prawdę! Zadowolona?
Dalilea nie odpowiedziała.
- No właśnie. On nie miał nic. Dom, rodzinę i honor stracił już dawno, teraz stracił również przyjaciół. A ty... Ty odebrałaś mu jedyną rzecz, jaka mu pozostała: Nadzieję. - Po tych słowach Rafael odszedł od niej i położył się na trawie, podkładając ręce pod głowę.
- A ja to co? - Zapytała cicho Dalilea, bardziej samą siebie niż kogoś innego. Niestety, Rafael to usłyszał.
- Ty? - Prychnął.
- Tak! - Stwierdziła Dalilea, próbując brzmieć tak żałośnie, jak tylko się da. - Przed chwilą straciłam wszystko, co miałam! Zostałam wrzucona do rzeki! Przez ciebie!
- Tak? Wolałabyś zostać zmiażdżona przez płonące belki? Nie martw się, następnym razem, gdy wywołasz wielki pożar, a prawie wszyscy moi przyjaciele zginą, będę pamiętać, żeby pozwolić na to, byś spłonęła. - Parsknął sarkastycznie Rafael, po czym dodał: - Tylko się nie przezięb, królewno na ziarnku fasoli.
- Nie mam zamiaru wywoływać więcej pożarów... - Powiedziała niepewnie Dalilea. Rafael zerknął na nią spod przymkniętych powiek. Dziewczynę na chwilę wbiło w ziemię: To spojrzenie... Było dziwne. Niebieskie, spokojne, wyrażające jednocześnie "Dziecko, czy ty nic nie rozumiesz? Zachowujesz się jak mała rozpieszczona księżniczka, trochę jak dziewczynka, która wszystko co wie o życiu zaczerpnęła z książek i fantastycznych opowieści... Szkoda, taka wizja świata musiała być piękna, życie nie powinno ci tego robić.", ale też "Żałosne. Jak to możliwe, że ty jeszcze stąpasz po tym świecie!? Jesteś taka... Głupia... Po prostu głupia i naiwna. Ranisz innych, ale tego nie widzisz! Żal mi cię... Żal.". Wszystko to trwało zaledwie ułamek sekundy, a Dalilea nie ruszyła się z miejsca jeszcze przez dobre pół minuty. Dopiero wtedy mogła mrugnąć, poruszyć ręką czy nogą. Jakby się dłużej zastanowić, można by dojść do wniosku, że dopiero wtedy mogła też odetchnąć lub przełknąć ślinę. Nawet serce na chwilę przestało pracować pod wpływem tego spojrzenia. Nagle Dalilei zrobiło się głupio. To było naprawdę żałosne. Rafael miał rację... Z tym przeświadczeniem Dalilea położyła się na trawie i zasnęła. Szkoda, że ta myśl nie dotrwała w niej do rana.
- Neil, on nie żyje, jestem pewna. W szkole na przyrodzie uczyli nas, jak rozpoznać nieżyjącego człowieka... - Dziewczyna chciała dokończyć, ale Rafael tak mocno złapał ją za nadgarstek, że zaniemówiła. Po chwili sama zauważyła, dlaczego: jeszcze przed paroma sekundami zrozpaczony, ale nadal pełen nadziei Neil próbował przebudzić martwego przyjaciela. Teraz tylko, niczym pies wierny swojemu panu, oparł głowę na klatce piersiowej Ara i wzrokiem bez wyrazu wpatrywał się w niebo. Dalilea właśnie miała znowu coś powiedzieć, kiedy usłyszała w swoim uchu ostry szept Rafaela:
- Widzisz, co mu zrobiłaś?
- Ale ja po prostu chciałam, żeby znał prawdę! - Broniła się Dalilea.
- No to masz, teraz zna prawdę! Zadowolona?
Dalilea nie odpowiedziała.
- No właśnie. On nie miał nic. Dom, rodzinę i honor stracił już dawno, teraz stracił również przyjaciół. A ty... Ty odebrałaś mu jedyną rzecz, jaka mu pozostała: Nadzieję. - Po tych słowach Rafael odszedł od niej i położył się na trawie, podkładając ręce pod głowę.
- A ja to co? - Zapytała cicho Dalilea, bardziej samą siebie niż kogoś innego. Niestety, Rafael to usłyszał.
- Ty? - Prychnął.
- Tak! - Stwierdziła Dalilea, próbując brzmieć tak żałośnie, jak tylko się da. - Przed chwilą straciłam wszystko, co miałam! Zostałam wrzucona do rzeki! Przez ciebie!
- Tak? Wolałabyś zostać zmiażdżona przez płonące belki? Nie martw się, następnym razem, gdy wywołasz wielki pożar, a prawie wszyscy moi przyjaciele zginą, będę pamiętać, żeby pozwolić na to, byś spłonęła. - Parsknął sarkastycznie Rafael, po czym dodał: - Tylko się nie przezięb, królewno na ziarnku fasoli.
- Nie mam zamiaru wywoływać więcej pożarów... - Powiedziała niepewnie Dalilea. Rafael zerknął na nią spod przymkniętych powiek. Dziewczynę na chwilę wbiło w ziemię: To spojrzenie... Było dziwne. Niebieskie, spokojne, wyrażające jednocześnie "Dziecko, czy ty nic nie rozumiesz? Zachowujesz się jak mała rozpieszczona księżniczka, trochę jak dziewczynka, która wszystko co wie o życiu zaczerpnęła z książek i fantastycznych opowieści... Szkoda, taka wizja świata musiała być piękna, życie nie powinno ci tego robić.", ale też "Żałosne. Jak to możliwe, że ty jeszcze stąpasz po tym świecie!? Jesteś taka... Głupia... Po prostu głupia i naiwna. Ranisz innych, ale tego nie widzisz! Żal mi cię... Żal.". Wszystko to trwało zaledwie ułamek sekundy, a Dalilea nie ruszyła się z miejsca jeszcze przez dobre pół minuty. Dopiero wtedy mogła mrugnąć, poruszyć ręką czy nogą. Jakby się dłużej zastanowić, można by dojść do wniosku, że dopiero wtedy mogła też odetchnąć lub przełknąć ślinę. Nawet serce na chwilę przestało pracować pod wpływem tego spojrzenia. Nagle Dalilei zrobiło się głupio. To było naprawdę żałosne. Rafael miał rację... Z tym przeświadczeniem Dalilea położyła się na trawie i zasnęła. Szkoda, że ta myśl nie dotrwała w niej do rana.
poniedziałek, 27 października 2014
Rozdział 7 - Ogień
W głównym banku Lądynu rozpętało się piekło. Dalilea, Rafael, Tom, Neil, Aro i Alek wybiegli z niego jak najszybciej, próbując ocenić straty.
- Jeden bank stojący w płomieniach to jeszcze nie tak źle jak na Lądyn. Słyszałem, że to miasto miewało już pożary, które przenosiły się nawet na koniec miasta. - Spróbował pocieszyć przyjaciół Neil. W tym momencie główny komin banku przewrócił się na sąsiedni budynek, a płonąca drewniana ściana na równie drewniany dom z drugiej strony, sąsiadujący z co prawda kamiennym budynkiem, ale za to z dachem pokrytym strzechą, czyli suchą słomą. Pierwszy, po paru sekundach ciszy zareagował Rafael:
- Na co my czekamy, ludzie!? Wiejemy!
Jak na rozkaz, wszyscy jednocześnie ruszyli biegiem w kierunku kamiennego mostu nad rzeką Tuizą (niektórzy nazywali ją Tamizą, jednak w większości byli w błędzie, bo jeżeli mówili o rzece Izie stojąc tuż przy jej brzegu, ta rzeka była tu, a nie tam, więc stąd ta Tuiza). Po drodze obserwowali, jak ogień pędzi tuż za nimi, pochłaniając kolejne budynki i próbuje odciąć im drogę ucieczki. W końcu, w ostatniej chwili, kiedy płomienie opanowały już całą zachodnią połowę miasta, wbiegli na most i odwrócili się, chcąc zobaczyć, gdzie by się znaleźli, gdyby nie zaczęli uciekać. Absolutnie wszystkie budynki stały w ogniu.
- Przynajmniej pożar nie przeniesie się przez rzekę na drugą część miasta. - Powiedział Neil, próbując się uśmiechnąć. W tej właśnie chwili z dachu jednego z płonących domów zsunęła się belka i jak w zwolnionym tempie zjechała po nim, siłą rozpędu przeleciała parę metrów, po czym upadła na pokład drewnianego statku przymocowanego na przeciwległym brzegu Tuizy, ze świeżo nasmołowanym olinowaniem i nowym, lnianym, łatwopalnym żaglem. Co ciekawe, dziwnym trafem burta tego statku stykała się z sąsiednim okrętem, a ten był przycumowany do pachołka tuż obok knajpki, jedynej na wybrzeżu zrobionej tylko i wyłącznie z suchych sosnowych desek. Na efekty nie trzeba było długo czekać: W ciągu paru sekund pożar pochłonął statki, po czym podążył w kierunku innych budynków. Dalilea, Rafael, Tom, Neil, Aro i Alek rzucili się do ucieczki, jednak główna ulica była pełna płonących desek, odlatujących z domów stojących wzdłuż niej, wobec czego musieli biec naokoło, obok rzeki. Pierwszy przewrócił się Tom. Wszyscy natychmiast się zatrzymali, by pomóc mu wstać, ale w tym właśnie momencie gospoda stojąca tuż obok zawaliła się. Tom zniknął pod stosem palących się desek i kamieni.
- Nie! - Krzyknął Alek. To był błąd, bo kiedy chłopak był zajęty rozpaczaniem, tuż nad nim rozpadł się kolejny budynek.
- Uciekajcie, już im nie pomożemy, nie żyją! - Wrzasnął Rafael, popychając zdrętwiałych z przerażenia Neila i Ara, jednocześnie próbując ciągnąć za sobą Dalileę. W końcu chłopacy się ogarnęli i wystartowali sprintem, doganiając Rafaela i pędzącą za nim dziewczynę. Byli tuż przy bramach miasta, kiedy Aro potknął się i przewrócił, co ogień od razu wykorzystał, zrzucając na niego płonącą belę z dachu jednego z domów obok. Neil szybko wyciągnął go stamtąd i zarzucił sobie na ramię, kiedy zauważył, że przyjaciel jest nieprzytomny. W tym samym momencie na Dalileę spadła jedna z rozżarzonych desek, odpadających z framugi okna baru obok. A właściwie to miała zamiar spaść na nią, jednak gdy dotknęła ziemi nikogo już tam nie było, a to za sprawą Rafaela, który w ostatniej chwili wepchnął dziewczynę do Tuizy, płynącej sobie spokojnie obok. Zapłacił za to jednym dużym oparzeniem na ramieniu i zmiażdżeniem nogi przez kolejne bele, co nie przeszkodziło mu wcale w natychmiastowym opuszczeniu miasta, tuż za Neilem, nadal ciągnącym za sobą Ara. Zatrzymali się dopiero w mniej więcej bezpiecznej odległości od miasta, gdzie padli na ziemię. Natychmiast jednak wstali, bo Neil przypomniał sobie o reanimacji leżącego obok Ara, a Rafael zobaczył nadpływającą z nurtem Dalileę. W końcu, po chwili zastanowienia "zachować się jak bohater czy pozwolić tej suce popłynąć dalej i zostawić ją na pastwę losu?", chłopak podszedł, kulejąc, do rzeki, złapał Dalileę za rękę i wyciągnął ją na brzeg.
- Jeden bank stojący w płomieniach to jeszcze nie tak źle jak na Lądyn. Słyszałem, że to miasto miewało już pożary, które przenosiły się nawet na koniec miasta. - Spróbował pocieszyć przyjaciół Neil. W tym momencie główny komin banku przewrócił się na sąsiedni budynek, a płonąca drewniana ściana na równie drewniany dom z drugiej strony, sąsiadujący z co prawda kamiennym budynkiem, ale za to z dachem pokrytym strzechą, czyli suchą słomą. Pierwszy, po paru sekundach ciszy zareagował Rafael:
- Na co my czekamy, ludzie!? Wiejemy!
Jak na rozkaz, wszyscy jednocześnie ruszyli biegiem w kierunku kamiennego mostu nad rzeką Tuizą (niektórzy nazywali ją Tamizą, jednak w większości byli w błędzie, bo jeżeli mówili o rzece Izie stojąc tuż przy jej brzegu, ta rzeka była tu, a nie tam, więc stąd ta Tuiza). Po drodze obserwowali, jak ogień pędzi tuż za nimi, pochłaniając kolejne budynki i próbuje odciąć im drogę ucieczki. W końcu, w ostatniej chwili, kiedy płomienie opanowały już całą zachodnią połowę miasta, wbiegli na most i odwrócili się, chcąc zobaczyć, gdzie by się znaleźli, gdyby nie zaczęli uciekać. Absolutnie wszystkie budynki stały w ogniu.
- Przynajmniej pożar nie przeniesie się przez rzekę na drugą część miasta. - Powiedział Neil, próbując się uśmiechnąć. W tej właśnie chwili z dachu jednego z płonących domów zsunęła się belka i jak w zwolnionym tempie zjechała po nim, siłą rozpędu przeleciała parę metrów, po czym upadła na pokład drewnianego statku przymocowanego na przeciwległym brzegu Tuizy, ze świeżo nasmołowanym olinowaniem i nowym, lnianym, łatwopalnym żaglem. Co ciekawe, dziwnym trafem burta tego statku stykała się z sąsiednim okrętem, a ten był przycumowany do pachołka tuż obok knajpki, jedynej na wybrzeżu zrobionej tylko i wyłącznie z suchych sosnowych desek. Na efekty nie trzeba było długo czekać: W ciągu paru sekund pożar pochłonął statki, po czym podążył w kierunku innych budynków. Dalilea, Rafael, Tom, Neil, Aro i Alek rzucili się do ucieczki, jednak główna ulica była pełna płonących desek, odlatujących z domów stojących wzdłuż niej, wobec czego musieli biec naokoło, obok rzeki. Pierwszy przewrócił się Tom. Wszyscy natychmiast się zatrzymali, by pomóc mu wstać, ale w tym właśnie momencie gospoda stojąca tuż obok zawaliła się. Tom zniknął pod stosem palących się desek i kamieni.
- Nie! - Krzyknął Alek. To był błąd, bo kiedy chłopak był zajęty rozpaczaniem, tuż nad nim rozpadł się kolejny budynek.
- Uciekajcie, już im nie pomożemy, nie żyją! - Wrzasnął Rafael, popychając zdrętwiałych z przerażenia Neila i Ara, jednocześnie próbując ciągnąć za sobą Dalileę. W końcu chłopacy się ogarnęli i wystartowali sprintem, doganiając Rafaela i pędzącą za nim dziewczynę. Byli tuż przy bramach miasta, kiedy Aro potknął się i przewrócił, co ogień od razu wykorzystał, zrzucając na niego płonącą belę z dachu jednego z domów obok. Neil szybko wyciągnął go stamtąd i zarzucił sobie na ramię, kiedy zauważył, że przyjaciel jest nieprzytomny. W tym samym momencie na Dalileę spadła jedna z rozżarzonych desek, odpadających z framugi okna baru obok. A właściwie to miała zamiar spaść na nią, jednak gdy dotknęła ziemi nikogo już tam nie było, a to za sprawą Rafaela, który w ostatniej chwili wepchnął dziewczynę do Tuizy, płynącej sobie spokojnie obok. Zapłacił za to jednym dużym oparzeniem na ramieniu i zmiażdżeniem nogi przez kolejne bele, co nie przeszkodziło mu wcale w natychmiastowym opuszczeniu miasta, tuż za Neilem, nadal ciągnącym za sobą Ara. Zatrzymali się dopiero w mniej więcej bezpiecznej odległości od miasta, gdzie padli na ziemię. Natychmiast jednak wstali, bo Neil przypomniał sobie o reanimacji leżącego obok Ara, a Rafael zobaczył nadpływającą z nurtem Dalileę. W końcu, po chwili zastanowienia "zachować się jak bohater czy pozwolić tej suce popłynąć dalej i zostawić ją na pastwę losu?", chłopak podszedł, kulejąc, do rzeki, złapał Dalileę za rękę i wyciągnął ją na brzeg.
wtorek, 21 października 2014
Rozdział 5 - Koledzy spod mostu
Dalilea szła za Rafaelem, rozglądając się ostrożnie. Już sama nie była pewna, czy chce iść. Z każdą mijaną ulicą otoczenie robiło się brzydsze i straszniejsze. Dopiero teraz Dalilea zrozumiała, co znaczy "biedna dzielnica". Jakby tego było mało, Rafael co chwila odwracał się i z kpiącym uśmiechem pytal, czy na pewno chce iść dalej, a z każdą odpowiedzią "tak" lub "oczywiście", odwracał się mówiąc:
- Powiedz, jeśli zmienisz zdanie i w końcu przyznasz, że się boisz.
Najgorsze było to, że miał rację. Dalilea bała się i to bardzo, ale wrodzony upór i kpiący ton głosu Rafaela nie pozwalały jej powiedzieć tego na głos. W końcu, kiedy dziewczyna postanowiła jednak zrezygnować i już miała to powiedzieć, Rafael oznajmił:
- No to jesteśmy na miejscu. - A następnie cicho gwizdnął. Spod mostu, niedaleko którego stali, wyszła zgarbiona postać i zapytała drwiąco:
- A ty co, Raf? Zmiana profesji? Czy teraz zajmujesz się dziewczynami? Co ona tu robi? Byłeś już z nią pod murem? - Chłopak zarechotał, po czym zwrócił się do Dalilei - Taka grzeczna dziewczynka jak ty nie powinna tu przychodzić. Nie masz pojęcia, co z niego za gość. To nie towarzystwo dla ciebie, chyba że pozory mylą mnie tak bardzo, że oślepłem.
- Dalileo, przedstawiam: To jest Aro, ma 20 lat. Interesuje się botaniką. - Przedstawił kolegę Rafael.
- Co? - Nie zrozumiała dziewczyna.
- No wiesz, roślinki.
- Jakie?
- Ech, głównie marihuana, tytoń, chmiel i takie tam... Różne.
- Aha. - Dalilea odsunęła się od Ara na kilka kroków. Spod mostu wyszło jeszcze kilku chłopaków w wieku Rafaela. Chłopak przedstawiał wszystkich po kolei:
- To jest Neil, ma 19 lat, interesuje się głównie dziewczynami. To Tom, 17 lat, chodzi cicho jak kot, co w jego zawodzie się akurat przydaje, a to jest Alek, 18 lat, chemik, lubi próbować... Powiedzmy, że nowych rzeczy. Panowie, to jest Dalilea, w każdym razie tak się przedstawiła w barze. Bardzo chciała was poznać, bo organizuje napad na bank, na skrytkę gościa, którego nie znosi. Opowiedziała mi o tym w drodze tutaj.
Chłopacy po kolei przywitali się z Dalileą. Pierwszy odezwał się Neil, ale do Rafaela:
- Słuchaj, stary, słyszałem, że ty jej nie bierzesz, mogę ją zaklepać dla siebie? - A po chwili dodał - Jak będzie chciała, oczywiście... Nic na siłę.
- Akurat ci uwierzę. - Parsknął Rafael.
- Czyli jest twoja? - Wtrącił się Aro.
- Wiesz, to on ją znalazł, należy się jemu. - Stwierdził Alek.
- Tak właściwie to ona znalazła mnie... - zaczął Rafael, ale nie dane mu było dokończyć.
- Oddam ci ją w nienaruszonym stanie, podziel się! - Krzyknął Neil.
- Śmiem wątpić... - Skomentował Tom. Dalszej części słów nie dało się rozróżnić, bo wszyscy chłopacy poza Rafaelem zaczęli się kłócić o to, kto ma największe prawo do Dalilei. Po paru minutach, kiedy Neil i Aro zaczęli się bić, Rafael westchnął i wszedł pomiędzy nich, jednemu wbijając łokieć pod żebro, a drugiemu podcinając nogi, tak że ten przewrócił się do tyłu na plecy. Tom i Alek zamilikli, patrząc z szacunkiem na "sędziego". Tymczasem Rafael zaczął mówić powoli i wyraźnie:
- Panowie, jak wy się zachowujecie? Czy chcecie wystraszyć gościa? - Tu odwrócił się i spojrzał znacząco na cofającą się powoli tyłem Dalileę, będącą właśnie w środku trzeciego kroku do wolności. - No bo przecież, skoro wykazała się taką odwagą i przeszła pół miasta, aby was poznać, to przecież teraz nie może zostać zignorowana. Przecież się teraz nie wycofa, prawda? - Rafael uniósł brwi, uśmiechając się do Dalilei. Dziewczyna posłała mu wrogie spojrzenie.
- To powiesz o co chodzi? - Zapytał Neil, podnosząc się z ziemi.
- Eee... Tak, jasne. Nooo... Chciałam was poznać, ponieważ jestem wybrana na miss i...
- Jesteś miss!? - Zapytał Tom.
- Eee... Tak. Długa historia. Tak, no, wracając do tematu: Moja matka uwolniła mnie na jedną noc, żebym zrobiła coś, co chciałam zrobić od dawna i...
- Chciałaś się spotkać z kimś, kto pokaże ci, czym jest zabawa? - Zapytał Neil, unosząc dwukrotnie brwi. Dalilea odsunęła się od niego, po czym dokończyła:
- I jest to okradnięcie bankowej skrytki kapłana Patricoela, którego szczerze nie cierpię.
- Co za dziwne imię... - Mruknął Aro. - A czy chcesz mieć łup dla siebie, czy chcesz go podzielić?
- Zależy mi tylko na tym, żeby nie miał tych pieniędzy, bo wtedy straci też posadę kapłana, co zrujnuje mu życie. Ta świnia tylko na to zasługuje. Możecie sobie wziąć te pieniądze.
- Skoro tak, to wchodzimy w ten układ, co nie, chłopaki? - Uśmiechnął się Tom, rozglądając się zachęcająco po przyjaciołach, szukając poparcia, na co ci pokiwali głowami na "tak". Wszyscy oprócz Rafaela, który tylko przewrócił oczami i powiedział:
- Zgoda.
- Powiedz, jeśli zmienisz zdanie i w końcu przyznasz, że się boisz.
Najgorsze było to, że miał rację. Dalilea bała się i to bardzo, ale wrodzony upór i kpiący ton głosu Rafaela nie pozwalały jej powiedzieć tego na głos. W końcu, kiedy dziewczyna postanowiła jednak zrezygnować i już miała to powiedzieć, Rafael oznajmił:
- No to jesteśmy na miejscu. - A następnie cicho gwizdnął. Spod mostu, niedaleko którego stali, wyszła zgarbiona postać i zapytała drwiąco:
- A ty co, Raf? Zmiana profesji? Czy teraz zajmujesz się dziewczynami? Co ona tu robi? Byłeś już z nią pod murem? - Chłopak zarechotał, po czym zwrócił się do Dalilei - Taka grzeczna dziewczynka jak ty nie powinna tu przychodzić. Nie masz pojęcia, co z niego za gość. To nie towarzystwo dla ciebie, chyba że pozory mylą mnie tak bardzo, że oślepłem.
- Dalileo, przedstawiam: To jest Aro, ma 20 lat. Interesuje się botaniką. - Przedstawił kolegę Rafael.
- Co? - Nie zrozumiała dziewczyna.
- No wiesz, roślinki.
- Jakie?
- Ech, głównie marihuana, tytoń, chmiel i takie tam... Różne.
- Aha. - Dalilea odsunęła się od Ara na kilka kroków. Spod mostu wyszło jeszcze kilku chłopaków w wieku Rafaela. Chłopak przedstawiał wszystkich po kolei:
- To jest Neil, ma 19 lat, interesuje się głównie dziewczynami. To Tom, 17 lat, chodzi cicho jak kot, co w jego zawodzie się akurat przydaje, a to jest Alek, 18 lat, chemik, lubi próbować... Powiedzmy, że nowych rzeczy. Panowie, to jest Dalilea, w każdym razie tak się przedstawiła w barze. Bardzo chciała was poznać, bo organizuje napad na bank, na skrytkę gościa, którego nie znosi. Opowiedziała mi o tym w drodze tutaj.
Chłopacy po kolei przywitali się z Dalileą. Pierwszy odezwał się Neil, ale do Rafaela:
- Słuchaj, stary, słyszałem, że ty jej nie bierzesz, mogę ją zaklepać dla siebie? - A po chwili dodał - Jak będzie chciała, oczywiście... Nic na siłę.
- Akurat ci uwierzę. - Parsknął Rafael.
- Czyli jest twoja? - Wtrącił się Aro.
- Wiesz, to on ją znalazł, należy się jemu. - Stwierdził Alek.
- Tak właściwie to ona znalazła mnie... - zaczął Rafael, ale nie dane mu było dokończyć.
- Oddam ci ją w nienaruszonym stanie, podziel się! - Krzyknął Neil.
- Śmiem wątpić... - Skomentował Tom. Dalszej części słów nie dało się rozróżnić, bo wszyscy chłopacy poza Rafaelem zaczęli się kłócić o to, kto ma największe prawo do Dalilei. Po paru minutach, kiedy Neil i Aro zaczęli się bić, Rafael westchnął i wszedł pomiędzy nich, jednemu wbijając łokieć pod żebro, a drugiemu podcinając nogi, tak że ten przewrócił się do tyłu na plecy. Tom i Alek zamilikli, patrząc z szacunkiem na "sędziego". Tymczasem Rafael zaczął mówić powoli i wyraźnie:
- Panowie, jak wy się zachowujecie? Czy chcecie wystraszyć gościa? - Tu odwrócił się i spojrzał znacząco na cofającą się powoli tyłem Dalileę, będącą właśnie w środku trzeciego kroku do wolności. - No bo przecież, skoro wykazała się taką odwagą i przeszła pół miasta, aby was poznać, to przecież teraz nie może zostać zignorowana. Przecież się teraz nie wycofa, prawda? - Rafael uniósł brwi, uśmiechając się do Dalilei. Dziewczyna posłała mu wrogie spojrzenie.
- To powiesz o co chodzi? - Zapytał Neil, podnosząc się z ziemi.
- Eee... Tak, jasne. Nooo... Chciałam was poznać, ponieważ jestem wybrana na miss i...
- Jesteś miss!? - Zapytał Tom.
- Eee... Tak. Długa historia. Tak, no, wracając do tematu: Moja matka uwolniła mnie na jedną noc, żebym zrobiła coś, co chciałam zrobić od dawna i...
- Chciałaś się spotkać z kimś, kto pokaże ci, czym jest zabawa? - Zapytał Neil, unosząc dwukrotnie brwi. Dalilea odsunęła się od niego, po czym dokończyła:
- I jest to okradnięcie bankowej skrytki kapłana Patricoela, którego szczerze nie cierpię.
- Co za dziwne imię... - Mruknął Aro. - A czy chcesz mieć łup dla siebie, czy chcesz go podzielić?
- Zależy mi tylko na tym, żeby nie miał tych pieniędzy, bo wtedy straci też posadę kapłana, co zrujnuje mu życie. Ta świnia tylko na to zasługuje. Możecie sobie wziąć te pieniądze.
- Skoro tak, to wchodzimy w ten układ, co nie, chłopaki? - Uśmiechnął się Tom, rozglądając się zachęcająco po przyjaciołach, szukając poparcia, na co ci pokiwali głowami na "tak". Wszyscy oprócz Rafaela, który tylko przewrócił oczami i powiedział:
- Zgoda.
czwartek, 16 października 2014
Rozdział 3 - Matka Dalilei
Dalilea w końcu została sama. Przez cały dzień była przepytywana, podziwiana i uczona przez kapłanów, jak trzeba się zachowywać jako miss, a teraz, kiedy w końcu odprowadzono ją do komnaty, niemal cieszyła się, że zostało jej tylko kilka dni. Nigdy w życiu nie była jeszcze tak zmęczona. Chciała tylko pójść do łóżka i spać tak długo, jak tylko się da. Kiedy tylko przyłożyła głowę do poduszki, zasnęła. Niestety, w środku nocy obudził ją jakiś hałas. Dalilea, niezadowolona, otworzyła oczy. Wszystko w komnacie wydawało się takie samo: to samo łóżko, to samo krzesło, ten sam stolik, to samo otwarte okno... Moment. Otwarte okno? Dalilea wstała i powoli podeszła do krat, wyrwanych zza szyby. Wyglądały, jakby przejechał po nich wóz konny. Dziewczyna rozejrzała się po komnacie i z wahaniem zajrzała pod łóżko. Natychmiast jednak od niego odskoczyła, ponieważ tam ktoś był, a w tym momencie próbował wyjść. Dalilea ze zdumieniem szepnęła:
- Mamo?
- Tak , córciu? - Zapytała jej matka, wygramoliwszy się spod łóżka.
- To ty rozwaliłaś kratę i weszłaś oknem?
- Jak najbardziej. - Potwierdziła jej mama, wyciągając z torebki swój młotek do rozbijania mięsa. - Nawet nie wiesz, ile to cudeńko może zdziałać! - Stwierdziła, wręczając jej go. - Skoro rozwalił kraty, nie powinien mieć problemu z niczym innym.
- A... Ale co mam z nim zrobić? - Zapytała Dalilea.
- Cóż, pomyślałam, że ty jako jedyna ze swojej szkoły nie wyjechałaś nigdy poza miasto, nie zwiedziłaś niczego, nie poznałaś reszty świata... Myślałam, że będziesz miała na to czas w przyszłości, ale skoro zostałaś wybrana na miss, zanim zginiesz, mam dla ciebie propozycję.
- Słucham?
- Zrób coś szalonego. Pobaw się z życiem, jeszcze przez tę jedną noc. Proszę cię, zawsze chciałam, abyś była szczęśliwa, jednak nigdy nie wiedziałam, jak mam to zrobić. Myślę jednak, że sama wiesz dobrze, na co masz ochotę. Jeśli wrócisz przed świtem, nic się nie stanie, jednak jeśli uciekniesz, będziemy miały kłopoty. Proszę, zrób to dla mnie. Idź, baw się, ale wróć. Możesz to zrobić dla swojej matki? Nie chcę patrzeć, jak umierasz, nie spełniwszy wcześniej swoich marzeń.
- N... N... Naprawdę? Chcesz tego? - Zapytała Dalilea. Nie poznawała swojej matki. Zawsze miała wrażenie, że liczyła się tylko dlatego, że nie przeszkadzała i umiała gotować, a tu proszę. Matka chce jej szczęścia. Skoro tak, to...
- Dobrze. - Powiedziała Dalilea. Czy mam iść teraz?
- Tak, córciu. Jak najszybciej. Idź!
Daliliea wyjrzała za okno i chwyciła się sznurka, po którym weszła jej mama, po czym zjechała po ścianie i pomachała z dołu matce, która wyjrzała przez okno. Jedna noc. Miała jedną noc tylko dla siebie, bez żadnych zakazów ani ograniczeń. I już wiedziała, jak to wykorzysta.
- Mamo?
- Tak , córciu? - Zapytała jej matka, wygramoliwszy się spod łóżka.
- To ty rozwaliłaś kratę i weszłaś oknem?
- Jak najbardziej. - Potwierdziła jej mama, wyciągając z torebki swój młotek do rozbijania mięsa. - Nawet nie wiesz, ile to cudeńko może zdziałać! - Stwierdziła, wręczając jej go. - Skoro rozwalił kraty, nie powinien mieć problemu z niczym innym.
- A... Ale co mam z nim zrobić? - Zapytała Dalilea.
- Cóż, pomyślałam, że ty jako jedyna ze swojej szkoły nie wyjechałaś nigdy poza miasto, nie zwiedziłaś niczego, nie poznałaś reszty świata... Myślałam, że będziesz miała na to czas w przyszłości, ale skoro zostałaś wybrana na miss, zanim zginiesz, mam dla ciebie propozycję.
- Słucham?
- Zrób coś szalonego. Pobaw się z życiem, jeszcze przez tę jedną noc. Proszę cię, zawsze chciałam, abyś była szczęśliwa, jednak nigdy nie wiedziałam, jak mam to zrobić. Myślę jednak, że sama wiesz dobrze, na co masz ochotę. Jeśli wrócisz przed świtem, nic się nie stanie, jednak jeśli uciekniesz, będziemy miały kłopoty. Proszę, zrób to dla mnie. Idź, baw się, ale wróć. Możesz to zrobić dla swojej matki? Nie chcę patrzeć, jak umierasz, nie spełniwszy wcześniej swoich marzeń.
- N... N... Naprawdę? Chcesz tego? - Zapytała Dalilea. Nie poznawała swojej matki. Zawsze miała wrażenie, że liczyła się tylko dlatego, że nie przeszkadzała i umiała gotować, a tu proszę. Matka chce jej szczęścia. Skoro tak, to...
- Dobrze. - Powiedziała Dalilea. Czy mam iść teraz?
- Tak, córciu. Jak najszybciej. Idź!
Daliliea wyjrzała za okno i chwyciła się sznurka, po którym weszła jej mama, po czym zjechała po ścianie i pomachała z dołu matce, która wyjrzała przez okno. Jedna noc. Miała jedną noc tylko dla siebie, bez żadnych zakazów ani ograniczeń. I już wiedziała, jak to wykorzysta.
wtorek, 14 października 2014
Rozdział 2 - Dalilea
Pewnego nudnego dnia, koło nudnego miasta Lądynu (jak sama nazwa wskazuje, właśnie w Lądynie lądowali ci, którzy lubili nudę. Nie ma to nic wspólnego z np. nowymi lądami czy przygodami, o nie!), w nudnym domu przy nudnej ulicy z nudnymi sąsiadami pewnej nudnej pani urodziło się dziecko. Matka, z braku weny twórczej, nazwała je Dalilea. Imię co prawda nie oznacza nic nudnego, jednak jest bardzo nudne zarówno w wymowie, jak i w pisowni a w dodatku dwukrotnie powtarza się w nim "l", które, przynajmniej według mnie, jest bardzo nudną literą, wymyśloną zapewne przez kompletnie pozbawionego fantazji autora. W każdym razie, Dalilea była bardzo ładnym dzieckiem, o czarnych, prostych włosach, jasnej cerze i niezwykle błękitnych oczach, tak błękitnych, że nawet czyste niebo wydawało się przy nich bezbarwne. Dziewczyna mogłaby być nawet ciekawą osobą o nieprzeciętnym charakterze, jednak szesnaście lat spędzone w nudnym domu przy nudnej ulicy z nudną matką i równie nudnym ojcem, którego nigdy nie było kiedy był potrzebny sprawiło, że stała się ona tak zwyczajna jak całe miasto. Codziennie wstawała o szóstej, jadła śniadanie, szła do szkoły, gdzie spotykała się ze swoimi nudnymi koleżankami, ciągle tkwiącymi umysłem w przedszkolu, kiedy jeszcze myślało się, że życie jest piękne i kolorowe i można być kim tylko się chce, a sprawiedliwość zawsze wygrywa, wracała do domu, robiła obiad dla siebie i swojej nudnej matki, przygotowywała się na następny dzień, jadła kolację i szła spać. Krótko mówiąc, życie ciągnęło jej się jak papier toaletowy, a w dodatku było tak nieciekawe, jak obraz przedstawiający białego niedźwiedzia wśród zamieci śnieżnej (jeśli ktoś nie wie, ten obraz jest biało - biały, z dodatkiem białego i bieli). Jednego z tych nudnych dni, pod wieczór, kiedy kładła się spać, usłyszała, że ktoś wszedł do domu. Podkradła się więc do drzwi swojego pokoiku i przyłożyła do nich ucho. Przybysz rozmawiał z jej matką. Dalilei z trudem udało się usłyszeć, o czym. Z tego co zrozumiała, gość był kapłanem. Rozmawiał z jej matką o tegorocznych wyborach miss i właśnie niej. Kiedy dziewczyna przyswoiła sobie tą wiadomość, opadła na podłogę i z trudem powstrzymując narastającą panikę, uchyliła drzwi, by lepiej słyszeć. Niestety, nie myliła się. To ona była typowana na miss. Miss wyborów. Najpiękniejszą dziewczynę w kraju. Niedobrze. Nawet bardzo niedobrze, bo miss wyborów, jako najpiękniejsza i najwięcej warta, była składana w ofierze dla bogów, aby zapewnili dobroć i dostatek tym, którzy ją wybrali.
Dalilea wyobraziła sobie ceremonię: Z przodu ona, leżąca w białej, lśniącej sukni, która miała za chwilę zabarwić się czerwienią, na ołtarzu chwały. Tuż za nią główny kapłan, przewodniczący uroczystości, jak zawsze z kryształowym sztyletem w ręku, przeznaczonym tylko dla najwspanialszych miss. Za nim inni, mniej ważni kapłani. Po bokach ludzie, oczekujący na jej śmierć, a wśród nich mama. Zapłakana przez stratę córki, jednak ciesząca się zaszczytem bycia pomocną w uzyskiwaniu dobrobytu i szczęścia dla ludzkości. I ten moment, kiedy kapłan wypowie ważne, nieznane nikomu słowa, uniesie sztylet i opuści go, odbierając jej ostatnią rzecz, z którą chciała się rozstać: życie.
"Nie, to się nie może zdarzyć!" - Pomyślała Dalilea. "To niemożliwe! Na pewno istnieje jakieś proste i wygodne wytłumaczenie" - Pocieszała się dalej. "Bo przecież to niemal śmieszne! Ja jako miss? To... To..." - Myślała. "To jest bardzo prawdopodobne" - Podsunął jej cichy głosik w głowie. "Jesteś ładna, a w każdym razie ładniejsza od twoich koleżanek. Mądra, a w każdym razie mądrzejsza od nich. I w przeciwieństwie do nich nie masz chęci ani dobrego nastawienia do życia, czyli właściwie nic do stracenia!" - Dokończył głos z zadowoleniem. "Ale ja chcę żyć, tylko nie tak!" - Broniła się Dalilea, jednak wiedziała już, że głos ma rację. Czekała ją śmierć. Wiedziała, że wygra. Była bezkonkurencyjna. "Jakie to dziwne: Całe życie dłuży się człowiekowi, a gdy wie już, kiedy umrze, chce wykorzystać każdą sekundę, jaka mu została" - Pomyślała. Głosik potwierdził, dodając, że pewnie i tak jej się to ostatecznie nie uda. Już za tydzień, gdy ogłoszą wyniki głosowania, zostanie wzięta do świątyni i zamknięta w komnacie, na wszelki wypadek, by nie uciekła. Były to tylko zbędne zabezpieczenia, bo jedyna dotychczasowa miss, która próbowała uciec z komnaty, wyskoczyła przez okno, a następnego dnia kapłani odkryli tajemniczą kremowo - czerwoną plamę pod wieżą, na której szczycie mieściło się jej więzienie, jednak fakt, że ma tylko tydzień, był dobijający. Oczywiście mogłaby uciec teraz, jednak jak wytłumaczyłaby to biednej starej matce, bez narażania jej na zawał serca, lub gorzej, narażania siebie na jej gniew? Tak się zwyczajnie nie dało, ale jednak postanowiła coś wymyślić. Kombinowała cały tydzień, aż w końcu, pewnego dnia wszyscy mieszkańcy w odświętnych ubraniach zebrali się na rynku, a w środku tłumu, na wysokim podeście odczytano jej imię. Dalilea popatrzyła przerażona na matkę, która zrobiła minę "naprawdę, nic o tym nie wiem, przykro mi". Dziewczyna pokiwała głową ze smutkiem i weszła na scenę, uśmiechając się i machając do widowni. Tak robiła każda miss, więc lepiej było się przystosować, bo z tego co wiedziała, ci sami łagodni kapłani nakłaniający ludzi do postu i modlitw do bogów, po godzinach stawali się kompletnie innymi ludźmi i w cieniu murów świątyni załatwiali swoje niekoniecznie godne pochwały sprawy. Tak, nie wychylać się to dobry plan. Tak trzymać. Chociaż skoro zostały jej tylko trzy dni życia, aby można było przygotować ją do ceremonii... A niech tam. I tak nie ucieknie. Dalilea uśmiechnęła się szerzej i zaczęła tańczyć po scenie, posyłając widowni buziaki. Jak już być skazywanym na śmierć, to tak prawidłowo jak się da. Kto wie - może ludzie ją dobrze zapamiętają? "Eee... Bez szans." - Parsknął głosik w jej głowie. Tak upłynął pierwszy dzień jej końca.
Dalilea wyobraziła sobie ceremonię: Z przodu ona, leżąca w białej, lśniącej sukni, która miała za chwilę zabarwić się czerwienią, na ołtarzu chwały. Tuż za nią główny kapłan, przewodniczący uroczystości, jak zawsze z kryształowym sztyletem w ręku, przeznaczonym tylko dla najwspanialszych miss. Za nim inni, mniej ważni kapłani. Po bokach ludzie, oczekujący na jej śmierć, a wśród nich mama. Zapłakana przez stratę córki, jednak ciesząca się zaszczytem bycia pomocną w uzyskiwaniu dobrobytu i szczęścia dla ludzkości. I ten moment, kiedy kapłan wypowie ważne, nieznane nikomu słowa, uniesie sztylet i opuści go, odbierając jej ostatnią rzecz, z którą chciała się rozstać: życie.
"Nie, to się nie może zdarzyć!" - Pomyślała Dalilea. "To niemożliwe! Na pewno istnieje jakieś proste i wygodne wytłumaczenie" - Pocieszała się dalej. "Bo przecież to niemal śmieszne! Ja jako miss? To... To..." - Myślała. "To jest bardzo prawdopodobne" - Podsunął jej cichy głosik w głowie. "Jesteś ładna, a w każdym razie ładniejsza od twoich koleżanek. Mądra, a w każdym razie mądrzejsza od nich. I w przeciwieństwie do nich nie masz chęci ani dobrego nastawienia do życia, czyli właściwie nic do stracenia!" - Dokończył głos z zadowoleniem. "Ale ja chcę żyć, tylko nie tak!" - Broniła się Dalilea, jednak wiedziała już, że głos ma rację. Czekała ją śmierć. Wiedziała, że wygra. Była bezkonkurencyjna. "Jakie to dziwne: Całe życie dłuży się człowiekowi, a gdy wie już, kiedy umrze, chce wykorzystać każdą sekundę, jaka mu została" - Pomyślała. Głosik potwierdził, dodając, że pewnie i tak jej się to ostatecznie nie uda. Już za tydzień, gdy ogłoszą wyniki głosowania, zostanie wzięta do świątyni i zamknięta w komnacie, na wszelki wypadek, by nie uciekła. Były to tylko zbędne zabezpieczenia, bo jedyna dotychczasowa miss, która próbowała uciec z komnaty, wyskoczyła przez okno, a następnego dnia kapłani odkryli tajemniczą kremowo - czerwoną plamę pod wieżą, na której szczycie mieściło się jej więzienie, jednak fakt, że ma tylko tydzień, był dobijający. Oczywiście mogłaby uciec teraz, jednak jak wytłumaczyłaby to biednej starej matce, bez narażania jej na zawał serca, lub gorzej, narażania siebie na jej gniew? Tak się zwyczajnie nie dało, ale jednak postanowiła coś wymyślić. Kombinowała cały tydzień, aż w końcu, pewnego dnia wszyscy mieszkańcy w odświętnych ubraniach zebrali się na rynku, a w środku tłumu, na wysokim podeście odczytano jej imię. Dalilea popatrzyła przerażona na matkę, która zrobiła minę "naprawdę, nic o tym nie wiem, przykro mi". Dziewczyna pokiwała głową ze smutkiem i weszła na scenę, uśmiechając się i machając do widowni. Tak robiła każda miss, więc lepiej było się przystosować, bo z tego co wiedziała, ci sami łagodni kapłani nakłaniający ludzi do postu i modlitw do bogów, po godzinach stawali się kompletnie innymi ludźmi i w cieniu murów świątyni załatwiali swoje niekoniecznie godne pochwały sprawy. Tak, nie wychylać się to dobry plan. Tak trzymać. Chociaż skoro zostały jej tylko trzy dni życia, aby można było przygotować ją do ceremonii... A niech tam. I tak nie ucieknie. Dalilea uśmiechnęła się szerzej i zaczęła tańczyć po scenie, posyłając widowni buziaki. Jak już być skazywanym na śmierć, to tak prawidłowo jak się da. Kto wie - może ludzie ją dobrze zapamiętają? "Eee... Bez szans." - Parsknął głosik w jej głowie. Tak upłynął pierwszy dzień jej końca.
Rozdział 1 - Zasady Gry
W siedzibie bogów, górze Olimp, na środku głównej komnaty, stoi ogromny, okrągły stół, na którym leży plansza. Naprawdę ogromna plansza. Plansza, jakiej jeszcze żaden człowiek nie widział w całości dlatego, że jest po prostu za duża. Przy okrągłym stole, na brzegach planszy, siedzą w kółku bogowie: Zeus, Hera, Hestia, Posejdon, Hades, Helios, Atena, Artemida, Afrodyta, Hefajstos, Apollo, Demeter, Ares, Dionizos, Hermes, Nike i jeszcze wielu, wielu innych. Wszyscy oni są jedną, wielką, niepowtarzalną rodziną i jak to rodzinom wypada, grają w rodzinne gry planszowe. Każdy z bogów ma sobie przypisaną dziedzinę życia ludzkiego oraz odmienny charakter. W Grze na początku zawsze uczestniczą wszyscy, po czym po kolei odpadają, aż w końcu zostaje zwycięzca ze swoimi pionkami. Zazwyczaj są to łowcy przygód i czarodzieje, bo takie figury najczęściej wygrywają, jednak czasem zdarza się komuś wygrać za pomocą pionka trolla lub przypadkowego przechodnia, na którego nikt nigdy nie zwraca uwagi. W grze ważną rolę pełnią również karty, różnego rodzaju kostki do gry oraz moce specjalne przypisane różnym bogom. Rozgrywka zaczyna się losowaniem pionków. Spójrzmy na przykład na Atenę. Dostało jej się mało ważnych postaci, ale każda z jej figurek ma jakąś moc specjalną, więc mogą stać się kimś ważnym w przyszłości. Kolejnym krokiem jest losowanie kart i kostek bonusowych. Dla przykładu, Helios dostał dwadzieścia kart szczęśliwego losu, osiem pecha przeciwnika, jedną wielkiej szansy, dwanaście teleportacji i trzy wymiany bohatera oraz cztery kostki mądrego wyboru. W trakcie gry bogowie zdobywają punkty, które mogą wymienić na przydatne dodatki. Po tym, jak karty zostają rozdane, a pionki wylosowane, rozpoczyna się gra. Tym razem, jak zwykle z resztą, pierwszy kostką rzucił Zeus, po czym niezadowolony wyciągnął na chybił trafił jedną ze swoich figurek i postawił ją na planszy w miejscu oznaczonym jako "Asia Mniejsza". Kolejno bogowie rzucali kostką i stawiali swoich bohaterów w wybranych miejscach. Kiedy przyszła kolej Ateny, wypadła jej szóstka, co znaczy, że mogła umieścić pierwszą postać gdzie tylko jej się podoba. Bogini, szczerząc się do swojego ojca (kto wie choć trochę o mitologii, wie, że jest nim Zeus), któremu wypadła jedynka, umieściła swoją figurkę w miejscu o nazwie "Wielka Brytfanna".
Minęło kilka kolejek (nie liczcie, ile to mogło trwać czasu, bo na Olimpie czas płynie inaczej niż u nas) i gra się rozkręciła, karty poszły w ruch:
- Używam mocy specjalnej i sprowadzam chorobę na głównego bohatera Heliosa! - Krzyknął Dionizos.
- Tak!? A ja robię upgrade do levela drugiego i załatwiam twoje stado trolli lawiną! - Odgryzł się Helios.
- Biorę dodatkową kolejkę i idę czarnym pionkiem na pole z premią "Barak Oba-My". - Wtrąciła szybko Demeter.
- Ale ja niszczę "Barak Oba-My" za pomocą katapulty głazów mojego głównego bohatera "Połóż W" o popularnojęzycznym przydomku "Put In"! - Ryknął Ares.
- Nawet nie próbuj! Jeszcze cię załatwię, to moja inwestycja! - Oburzyła się Afrodyta.
- Wymieniam punkty na potrójny rzut i wysyłam do "Tu Krainy" wojska z "Niepospolitego Kraju Dziurawych Dróg"! - Krzyknął ktoś jeszcze.
- Burzę wieżę "Ja-Latam", z popularnego języka "I Fly", znajdującą się w "Prażonym Ryżu"!
- To się czyta "Ajfla", Hadesie. "J" jest nieme...
- Wszystko jedno!
I tak toczy się Gra...
Minęło kilka kolejek (nie liczcie, ile to mogło trwać czasu, bo na Olimpie czas płynie inaczej niż u nas) i gra się rozkręciła, karty poszły w ruch:
- Używam mocy specjalnej i sprowadzam chorobę na głównego bohatera Heliosa! - Krzyknął Dionizos.
- Tak!? A ja robię upgrade do levela drugiego i załatwiam twoje stado trolli lawiną! - Odgryzł się Helios.
- Biorę dodatkową kolejkę i idę czarnym pionkiem na pole z premią "Barak Oba-My". - Wtrąciła szybko Demeter.
- Ale ja niszczę "Barak Oba-My" za pomocą katapulty głazów mojego głównego bohatera "Połóż W" o popularnojęzycznym przydomku "Put In"! - Ryknął Ares.
- Nawet nie próbuj! Jeszcze cię załatwię, to moja inwestycja! - Oburzyła się Afrodyta.
- Wymieniam punkty na potrójny rzut i wysyłam do "Tu Krainy" wojska z "Niepospolitego Kraju Dziurawych Dróg"! - Krzyknął ktoś jeszcze.
- Burzę wieżę "Ja-Latam", z popularnego języka "I Fly", znajdującą się w "Prażonym Ryżu"!
- To się czyta "Ajfla", Hadesie. "J" jest nieme...
- Wszystko jedno!
I tak toczy się Gra...
niedziela, 12 października 2014
Prolog
Nasz świat pełen jest komputerów, technologii i ogólnie nauki, jednak nie zawsze tak było. Istniała filozofia, fizyka czy astronomia, jednak żadna z tych nauk nie była dokładna i zawsze oparta w większości na przypuszczeniach. Ludzie wyobrażali sobie świat, jednak w rzeczywistości nie mieli o nim pojęcia. Absolutnie wszystko było zwykłym przypuszczeniem. W naszym świecie ludzie musieli odkrywać Ziemię, by ją poznać. A teraz wyobraźcie sobie, że gdzieś, w innym wszechświecie, Świecie Nonsensu, jest kompletnie odwrotnie: To Ziemia poznaje swoich ludzi i dostosowuje się do ich wyobrażeń. Ten, kto wierzy w piekło i niebo, pójdzie po śmierci do jednego z dwóch. Kto wierzy w reinkarnację, będzie ciągle odradzał się na nowo. Kto wierzy w Latającego Potwora Spaghetti (tak, taka religia istnieje), pod koniec swojego życia spotka Jego Klopsikowość i pójdzie... No, nie wiem gdzie, bo nie zagłębiałam się w szczegóły tej religii, ale jak ktoś chce, niech wpisze to u wujka Google lub cioci Wikipedii - na pewno pomogą. W każdym razie, świat jest taki, jakim go sobie ludzie wyobrażają, a rozwój religii zatrzymał się na... No, powiedzmy, starożytnej Grecji, tak, że losami ludzi władają bogowie, losami bogów boginie przeznaczenia (Mojry), a ich losami, a właściwie tym, czy istnieją, czy nie, władają ludzie. I tak w kółko, chyba że ludzie zaczną nagle wierzyć w coś innego, jednak zmiana wiary w Świecie Nonsensu jest o tyle trudna, że jak już zaczniesz w coś wierzyć, to to staje się rzeczywistością, a w coś, co istnieje naprawdę, bardzo ciężko przestać wierzyć, bo to... No, po prostu istnieje. To tak, jakby próbować przestać wierzyć w np. drzwi, koty lub jednorożce! No, w każdym razie drzwi lub koty. W ten oto sposób Świat Nonsensu jest, jaki jest, a o jego losach decyduje Gra. Gra bogów o ludzkie losy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)