niedziela, 29 lipca 2018

Rozdział 35 - Uciekający Uniwersytet

Shagai, podpierając się rękami o kolana, patrzył spode łba na latającą budowlę na horyzoncie. Przez całą dobę marszu nie przybliżył się do niej ani odrobinę, a przynajmniej tak mu się zdawało. Mężczyzna położył się na plecach i zamknął oczy. Przez chwilę leżał tak bez ruchu, po czym powoli je otworzył. Stał nad nim pochylony Śmierć z kosą na ramieniu i wpatrywał się w niego z zaciekawieniem.
- Czy to już? - zapytał uprzejmie. - Prawdę mówiąc, nie mam cię w planie na dziś, ale przecież zawsze mogłem coś przeoczyć...
 - Przecież ty się nie mylisz. - Powiedział Shagai bez emocji.
- No tak, prawda. Ale zawsze można sobie pomarzyć, prawda? Poza tym jestem pewien, że chciałeś, bym tu przybył.
- Tak, tak. Potrzebuję pomocy. Muszę się tam dostać. - Shagai wskazał na lewitujący w oddali budynek.
- Ach tak. Nie możesz się tam sam teleportować, gdyż magowie bardzo silnie wierzą w to, że się tam już nigdy nie pojawisz, czyż nie?
- Nie mylisz się. - Shagai spróbował się uśmiechnąć.
- Poza tym, jeśli chciałbyś wiedzieć, to oddalanie się to nie złudzenie, oni naprawdę chcą przed tobą uciec. Nigdy nie dotrzesz tam na własnych nogach.
- Dziękuję, że we mnie wierzysz. - Skrzywił się Shagai. - A zatem Ceres tam jest. Wiedzą, skąd przyszła i lecą w przeciwną stronę.
- Tak.
- Zabierz mnie tam.
- Właściwie to nie powinienem mieszać się w wasze sprawy. Jestem tylko biernym obserwatorem życia, mogę coś z nim zrobić dopiero wtedy gdy już się ono skończy.
- Zabierz mnie tam.
- Aczkolwiek już dawno przestałem tego przestrzegać, odkąd Ceres nauczyła mnie grać w brydża...
- Zabierz mnie tam.
- Wierzysz że posiadam taką moc? Cóż, w takim razie mógłbym... Ale jeśli to zrobię, dołożysz mi sporo dodatkowej roboty.
- Zabierz mnie tam.
- Pracowałeś kiedyś po godzinach mimo tego że twój etat trwa 24 godziny dziennie? To naprawdę męczące.
- Zabierz mnie tam!
- To twoja wina, że teraz musisz gonić córkę, aby błagać ją o wybaczenie. Dlaczego miałbym ci pomagać? Wyrzuciłeś własne dziecko przez okno, tylko dlatego, że hodowała sobie jakieś zwierzę bez twojej wiedzy.
- Z... Zabierz mnie tam!
- W dodatku zrobiłeś to, ponieważ nienawidzisz smoków od tamtego jednego momentu... Przekląłeś cały gatunek przez jeden egzemplarz, który coś ci zrobił. Zdaje się, że mówi się na to rasizm... Chyba że to dotyczy tylko gatunków ludzkich? Dobrze wiesz, że istnieją inteligentne gatunki smoków a ten mały był jednego z nich.
Shagai, który w międzyczasie wstał, znów rzucił się na ziemię, tym razem na kolana, łapiąc Śmierć za szatę.
- Z... Zabierz mnie tam, proszę! Serca nie masz?!
- Technicznie rzecz biorąc, nie. Tak samo jak nie posiadam płuc, żołądka, mózgu czy innych narządów. Moje własne dzieci są dla mnie zagadką.
- C... Co mam zrobić, żebyś mi pomógł? Wiem, że t... to wszystko moja wina, że źle zrobiłem, wiem, że to było głupie i niebezpieczne i wiem, że C... Ceres teraz nie chce mnie widzieć, ale tym bardziej muszę ją zobaczyć i przeprosić! - Shagai wyraźnie chciał powiedzieć coś jeszcze, ale głos mu się załamał, a sam czarodziej opuścił głowę, chcąc nie wiadomo przed kim ukryć łzy. Śmierć ani drgnął, a w powietrzu rozległ się jego głos, jeszcze bardziej poważny i przerażający niż zwykle.
- Jeśli zamierzasz zachowywać się dalej tak samo, radź sobie sam. Pomogę ci tylko, jeśli zaczniesz być w końcu poważny. Dobrze wiem, co planowałeś zrobić, gdy już dotrzesz na uniwersytet. Nie umożliwię ci tego.
- Dam ci wszystko, czego chcesz, tylko zabierz mnie do niej...!
- Mam wszystko czego pragnę, poza urlopem, a tego dać mi nie możesz. Niczego od ciebie nie chcę.
- W takim razie zmienię się! Powiem jej całą prawdę, zacznę się zachowywać poważnie i podejmować odpowiedzialne decyzje...
- Naprawdę wierzysz w to, że dasz radę?
Shagai milczał.
- Nie. Nie wierzysz. W nic już nie wierzysz. Dlatego nie możesz dostać się na Uniwersytet. Twoja wiara i nadzieja uciekły przez dziurę w ścianie razem z Ceres i jej smokiem. Zastanawiam się tylko, jak to się mogło stać. Wystarczyły 24 godziny nieudolnego działania, byś stracił pozostałe resztki tych dwóch rzeczy. Jesteś całkowicie pusty w środku.
- Nie mogę sobie tego wybaczyć. Nie wierzę w siebie.
- Jeśli faktycznie tak jest, dlaczego jeszcze nie zniknąłeś?
- Bo... - Zaczął Shagai. Zawahał się. O co mogło chodzić? - Bo jest na tym świecie ktoś jeszcze, kto we mnie wierzy? - Zaryzykował.
- Dobrze. Nawet wiesz kto. Więc leć na ten Uniwersytet, żeby go odzyskać, tylko nic tam nie rozwal...
- Ale... Nie mogę. Czuję, że tam się nie dostanę. Oni mnie tam tak bardzo nie chcą, że choćbym próbował z całych sił, nie dostanę się tam w tym stanie...
- Chyba trzeba jeszcze trochę popracować nad tą twoją wiarą... Chodź ze mną.
- Co? Gdzie?
- Zagramy w szachy. Może kiedy wygrasz, uwierzysz naprawdę, że możesz ją odzyskać i zmienić się tak, jak tego chcesz...

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Rozdział 34 - Śmierć

Śmierć siedział na skale i z zainteresowaniem przyglądał się zaistniałej sytuacji. Oto trójka dzieciaków, których już wielokrotnie widział wszędzie, gdzie zdarzały się wypadki śmiertelne, leżała na brzegu jeziora krwi i z przerażeniem patrzyła na zbliżającą się do nich dziewczynę z harfą.
- Normalnie zabiłabym was bez słowa. - Zaczęła artystka, gdy zobaczyła, że cała trójka ludzi, którzy wpadli do jej kryjówki przez otwór, który przygotowała sobie na najczarniejszą godzinę jako drogę ucieczki (teorytycznie bez sensu, bo nigdy jeszcze nie musiała uciekać z gospody), już się ocknęła.
- Ale czuję, że jestem wam winna wyjaśnienia, bo...
Jej słowa przerwał jej własny, zadziwiająco wręcz okropny, bolesny dla uszu krzyk. Artystka z niedowierzaniem wpatrywała się w strzałę w swojej ręce, podczas gdy zza skały wyszła dwójka ludzi z kuszami.
- Zdychaj! - Wrzasnął jeden. - Gdyby mój kolega umiał strzelać, już byłoby po tobie!
Dziewczyna wyrwała strzałę z ręki, rozchlapując krew na ziemię i rzuciła się na kolana, akurat tak, że uniknęła drugiej strzały, która przeleciała jej nad głową. Mężczyźni w pośpiechu, teraz już nie tacy pewni siebie (cóż, zakładali, że któryś z nich trafi tak, że ofiara się nie podniesie), zaczęli w pośpiechu cofać się i ładować kusze.
Wykorzystując moment, dziewczyna znalazła się przy facecie bliżej, który wcześniej się odezwał, popchnęła go na ścianę jaskini i wcisnęła mu strzałę w pierś tak, że zakrwawiony grot był widoczny z drugiej strony. Potem, nie zaszczycając nawet spojrzeniem trójki niedoszłych topielców, obróciła się i spojrzała w oczy drugiemu z mężczyzn. Zaczęła śpiewać. Facet opuścił kuszę. Wciąż przy niej grzebał, ale wydawał się być bardziej zafascynowany głosem dziewczyny niż bronią. Śpiew przerwał charkot mężczyzny ze strzałą w piersi. Tuż przed śmiercią zwrócił na siebie uwagę artystki słowami:
- Ha... On jest głuchy!
- Co...? - Oczy dziewczyny rozszerzyły się z przerażenia, a zaraz potem zamknęły z bólu. Głuchy, a więc niewzruszony jej głosem mężczyzna znów nie trafił tam gdzie chciał - ofiara odwracając się do umierającego, zasłoniła się przez przypadek ramieniem, w którym utknęła kolejna strzała.

Rafael obserwował to wszystko z brzegu. Na chwilę, gdy dziewczyna zaczęła śpiewać, przestał rozumieć, co się dzieje, a już w następnej chwili miał ją tuż obok siebie, na wyciągnięcie ręki, topiącą głuchego w jeziorze. Najwyraźniej jej głos miał jakieś dziwne właściwości. Rafael gapił się otępiały, jak ostatni człowiek, który mógł go uratować, powoli przestaje się ruszać a na końcu sztywnieje z twarzą zanurzoną w tej strasznej wodzie. Wszystko wydarzyło się tak szybko... Czy ta kobieta nie mogłaby w końcu przestać mordować i zacząć znowu śpiewać? Było mu wtedy tak przyjemnie, nawet zapomniał o tym, że klęczy we własnych wymiocinach. W tamtej chwili było to dla niego bardzo cenne, bo zapomniał również o reszcie swoich problemów - Dalilei, bliskiej śmierci i wszystkich innych kłopotach, jakie tylko miał.

Dziewczyna jednak nie wyglądała, jakby chciała mu zaśpiewać, ani nawet zagrać - odsunęła się od trupa, ciężko oddychając. Potem przeniosła swój wzrok na naszą trójkę bohaterów. Zdawało się przez chwilę, że zgubiła wątek i nie wie co ma z nimi zrobić, kiedy nagle osunęła się na kolana. Jej wzrok stał się pusty, nieobecny. Taki... Martwy? Odzyskując na chwilę przytomny wzrok, ofiara z bezsilną złością w oczach spojrzała jeszcze za siebie, na tych, którzy ją zaatakowali. Potem, jakby w zwolnionym tempie, dziewczyna odwróciła się i przewróciła z kolan na bok. Zaczęła się czołgać w kierunku jeziora, ale nie starczyło jej na to sił. Ze wzrokiem utkwionym w wodzie i ręką wyciągniętą do przodu najdalej jak się dało, zamarła w bezruchu.

Rafael przyglądał się temu wstrząśnięty.
- Czy ona... Nie żyje? - Zapytała przerażona Dalilea.
- Pewnie strzały były zatrute... - Szepnął Neil.
- Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale... Może wrzucimy ją do tego... Czegoś? - Zaproponował Rafael, patrząc na jezioro. - Wyglądała, jakby jej na tym bardzo zależało...
Po chwili ciszy dodał:
- I tak ładnie śpiewała...
Dalilea tylko kiwnęła głową, Neil z Rafaelem złapali byłą artystkę za kończyny, weszli do jeziora i rzucili ją najdalej jak potrafili. Ciało powoli zatopiło się w krwistej mieszance.
Śmierć wydał z siebie mrożący krew w żyłach odgłos, który mógł być śmiechem.

niedziela, 7 stycznia 2018

Rozdział 33 - Dwa kaptury

Rafael, Neil i Dalilea spadali w ciemność. Otwór nad nimi zamknął się tak szybko i niespodziewanie, jak się pojawił. Nagle rozległ się głośny plusk. Otoczyła ich gęsta ciecz. Byli na to raczej średnio przygotowani, więc nawet nie zdążyli zaczerpnąć oddechu, zanim poszli na dno. Ale chwila, chwila, czy to aż takie proste? I żadne z nich nie umie pływać? Przecież Dalilea z Lądynu wydostała się właśnie rzeką! No tak, tak było. Wtedy jednak była przytomna. Teraz pływała po powierzchni cieczy twarzą w dół, pozbawiona świadomości w wyniku solidnego zderzenia głową z krawędzią otworu, przez który wpadła. Neil był w podobnej sytuacji - tuż przed spadnięciem oberwał jakimś przedmiotem rzuconym w gospodzie. Sądząc po dźwięku, z jakim ów przedmiot się rozbryznął po zderzeniu z jego czaszką, mógł być to porcelanowy dzban. Nic więc dziwnego, że Neil dryfował sobie obok Dalilei, nie wiedząc, że już niedługo jego mózg i serce przestaną pracować w wyniku niedotlenienia. Jedynym przytomnym okazał się być Rafael. Chłopak zaczął rozglądać się w poszukiwaniu brzegu - bezskutecznie. Było zupełnie ciemno. Tak ciemno, że równie dobrze można było zamknąć oczy - nic by to nie zmieniło, tak nieprzenikniony był mrok. Rafael zamknął więc oczy, złapał pozostałą dwójkę za ręce i zarzucił ich na siebie tak, by mieli głowy nad powierzchnią cieczy. Tak jak przewidział, tym razem to on zanurzył się całkowicie. Wstrzymanie oddechu na 50 sekund jest trudne. Jeszcze trudniejsze staje się, gdy musisz jednocześnie utrzymać przy życiu dwie inne nieprzytomne osoby. Niemal niemożliwe staje się wtedy, gdy nie masz nadziei na ratunek z tej sytuacji, i jednocześnie pływasz w cieczy o metalicznym posmaku i dziwnym zapachu, kojarzącym się z czymś, o czym Rafael w tym momencie bardzo nie chciał myśleć.
Nagle pomieszczenie wypełnił ciepły blask ognia. Rafael zobaczył go przez powieki i natychmiast otworzył oczy. Zapomniał jednak, że otacza go to płynne coś, a przypomniał sobie dopiero, gdy wlało mu się... No cóż,  do oczu. Otworzył więc usta, aby krzyknąć - to również nie była dobra decyzja, bo  coś dostało się również do gardła. Razem z uszami i nosem, których nie miał jak zamknąć, ciecz wypełniała teraz wszystkie możliwe otwory jego głowy. I wtedy usłyszał głos:
- Płyń! Do przodu! Płyń! Rafael! Płyń!
Rafael zaczął przebierać nogami na wszelkie sposoby, usiłując wymusić ruch do przodu. Powoli, bardzo powoli, co jakiś czas lekko wynurzając tylko nos, by zaczerpnąć choć odrobinę powietrza, trzymając Dalileę i Neila jak najwyżej, Rafael zaczął poruszać się do przodu.
- Płyń! Rafael, płyń! Tam jest brzeg!
Ufając ślepo głosowi, Rafael z trudem dopłynął do miejsca, w którym czuł dno. Resztką sił dotarł do miejsca, gdzie ciecz nie sięgała mu nawet do kostek, i z oczami pełnymi łez i tego czegoś, w czym przed chwilą o mało nie utonął, rzucił na plecy najpierw Dalileę, a obok Neila. Sam opadł na kolana i zaczął wymiotować. Wtedy też, patrząc na to co leje się z jego wszystkich otworów w głowie, upewnił się co do tego, w czym przed chwilą pływał. Choć bardzo nie chciał dopuścić tego do swojej świadomości, wiadomość przebiła się i dotarła do jego wycieńczonego mózgu - przed chwilą mało nie utonął w jeziorku słonej wody z morza i krwi.

Dopiero długo, bardzo długo, bo około minuty później, zauważył, że jednak nie jest jedyną przytomną osobą w pomieszczeniu. Na skale powyżej niego siedziały dwie postaci w czarnych kapturach. Jedna z nich miała w ręku harfę, druga kosę. Nieruchomo przyglądały się drżącemu chłopakowi, który sam nie wiedział co jest straszniejsze - to, że jeszcze przed chwilą ani drgnęli, kiedy on się topił, czy to, że jedno z nich teraz powoli wstało. Pierwsza podniosła się postać z harfą, zrzucając kaptur z głowy i odsłaniając twarz. Teraz Rafael kojarzył już obie te osoby i obie wydawały mu się w tym momencie równie straszne. W końcu zdecydował się, że bardziej boi się tej z harfą, bo Śmierć był tu prawdopodobnie z jej powodu. Ktoś z trójki głównych bohaterów miał niedługo umrzeć przez artystkę ze sceny w gospodzie.

piątek, 29 grudnia 2017

Rozdział 32 - Latający Uniwersytet

Na sam początek rozdziału chciałabym poprosić wszystkich czytających o wybaczenie zmiany kolejności rozdziałów - jak widać 4 i 6 są tuż po 31. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale nie umiem tego odczynić, więc po prostu tak zostanie. Może to kwestia tego, że najwięcej w nich pozmieniałam? No nic. Zapraszam do czytania.

Kiedy Ceres weszła do pomieszczenia, poczuła na sobie wzrok kilkuset mocno wytrzeszczonych ze zdziwienia gałek ocznych.
- Dzień dobry panom. - powiedziała uprzejmie.
Panowie nadal gapili się w osłupieniu, więc Ceres przejęła od nich obowiązek poprowadzenia rozmowy.
- Ja i mój przyjaciel zostaliśmy całkiem niedawno wyrzuceni z domu i nie mamy dokąd iść. Moglibyśmy tutaj przenocować, albo chociaż coś zjeść?
Ktoś z tłumu zapytał:
- A gdzie jest twój przyjaciel?
- Tutaj. - Odpowiedziała Ceres wskazując na Kai, który ostrożnie wyjrzał zza jej pleców. Wśród ludzi w pomieszczeniu przeszedł pomruk zdziwienia, dało się słyszeć pojedyncze, niepewne śmiechy. Po chwili ciszy, jaka zapadła, gdy wszyscy jeszcze myśleli, że gość powie coś więcej, z krzesła zszedł, a bardziej stoczył się, najgrubszy i  najbardziej czerwony ze wszystkich mężczyzna i uroczystym tonem, lekko sepleniąc i czkając, wygłosił mowę powitalną:
- WITAJ! - Ryknął nieco zbyt głośno i teatralnie, po czym ściszył ton i kontynuował:
- Witaj, moje dziec... ko, na najwięk... szej uczelni magii wszech... czasów! Tu dziej... ą się najprawdziwsze c... uda, a każdy gość jest mi... le widziany!
Potem mężczyzna podszedł do Ceres na tyle blisko, na ile pozwalał mu jego gigantyczny brzuch i przedstawił się:
- Ja jes... tem dyrektorem tego wszys... tkiego, największym magiem uniwersy... tetu! Uczę te dzieci - tu wskazał na resztę mężczyzn w sali - od niepamięt... nych czasów, jak posługiwać się ty... m niezwykle precyzyj... nym i wy... soce skomplikowanym narzędziem, jakim jest magia! Niestety, moja droga... Ma... gii mogą uczyć się tylko męż... czyźni. Kobiety nie ma... ją tego daru. Choć ty, gdybyś oczy... wiście była nim, a nie nią, miałabyś go zapewne, skoro uda... ło ci się przejść przez drzwi!
Najwyraźniej dyrektor nie słyszał, co Ceres mówiła przy wejściu.
- To nieprawda. - Powiedziała zdziwiona dziewczyna.
- Nieprawda? - Syknął cicho i wyraźnie dyrektor, jakby cały wcześniej wypity alkohol wyparował nagle z jego mózgu. Zbliżył niebezpiecznie swoją twarz do twarzy Ceres. Jego spojrzenie było uważne i ostre, w dodatku świadome.
- Kogoś mi przypominasz... Nawet wzrok i styl mówienia macie podobny! Nie wspominając już o rysach twarzy... - Powiedział jeszcze ciszej, wpatrując się w nią podejrzanie. - Przyszłaś tu na jego polecenie, by udowodnić nam, magom, że się mylimy? Ten typ od zawsze był bezczelny, ale to już przegięcie...
- Nie! - Przerwała mu Ceres. - Tak jak mówiłam, właśnie zostałam wyrzucona z domu, a to, że kobiety mogą czarować powiedział mi mój tata! Znaczy... Przybrany. Ten, który mnie wyrzucił. To od niego wszystkiego się nauczyłam.
- Wszystkiego? - Zapytał dyrektor. - Ciekawe, że nie nauczył cię tego, że z dyrektorem sie nie dyskutuje! Zero szacunku i dobrych manier!
- Przepraszam... - Odpowiedziała Ceres. Nie miała pojęcia co się dzieje. Nastała chwila ciszy.
- Hmm... A skąd masz tego smoka? - Zapytał, spokojniejszy już, dyrektor.
- Znalazłam. - Odparła Ceres.
- Ach, rozumiem... To dlatego cię wyrzucił... On od zawsze nienawidził smoków... Ale żeby własnej córce... Nie do pomyślenia! - Zadziwił się dyrektor. - Panowie! - zwrócił się do tłumu. - Od tej pory macie służyć tej pani, jakby była moją córką! Oto pierwsza w historii uczennica Latającego Uniwersytetu!
Po raz kolejny w ciągu kilku ostatnich minut zapadła cisza, po czym rozległy się głośne brawa.
- Nie próbuj nawet korzystać z magii. - Powiedział jeszcze dyrektor tak cicho, że tylko Ceres mogła go usłyszeć. - Nikt nie może się o tym dowiedzieć.

Tymczasem Shagai już kolejny dzień z rzędu szedł przez step, rozglądając się. Mocno wierzył w to, że znajdzie córkę, że będzie mógł ją przeprosić i wszystko jej wyjaśnić. Najwyraźniej ona jednak jeszcze mocniej wierzyła w to, że uda jej się uciec... Po wielu godzinach wędrówki, czarodziej dostrzegł w oddali unoszący się nad ziemią jajowaty kształt wokół którego na orbitach latały wieże i zagubione przedmioty codziennego użytku. Oczywiście z tej odległości nie było ich widać - Shagai po prostu po samym kształcie mógł rozpoznać ten twór. Był to Latający Uniwersytet. Czarodziej przyspieszył kroku.

środa, 27 grudnia 2017

Rozdział 6 - Akcja!

Dalilea podeszła z uśmiechem do strażników banku i zaczęła rozmowę:
- Ładna dziś pogoda, prawda? I słońce świeci...
- Jest noc. - Uświadomił jej strażnik, unosząc brew.
- Och, no tak... - Dalilea zaśmiała się nerwowo - Tak tylko sprawdzałam, czy panowie zauważą... - Ciągnęła. Za najbliższym rogiem budynku, obserwujący całą scenę Rafael pacnął się ręką w czoło i z rozpaczą pokręcił głową. Co za nędzne przedstawienie... Tymczasem szczęśliwie nieświadomi braku talentu aktorskiego Dalilei Tom i Aro z drugiej strony banku wchodzili właśnie do kanalizacji, jednego z najnowszych wynalazków ówczesnego świata, podprowadzonych pod bankową "toaletę" (toaleta jest w cudzysłowie, bo to, co oni nazywają toaletą, my nazwalibyśmy kabiną z rurą do podziemi akurat taką, że jak odsunie się klapę z mniejszym otworem to zmieści się tam cały człowiek). Studzienka była otwarta, więc nie mieli z tym żadnego problemu, który jednak pojawił się gdy chłopacy przeszli pod bank i stanęli prawie dokładnie pod otworem, którym chcieli wejść. Kiedy w końcu kaskada ścieków wylatująca z niego ustała, Tom i Aro odczekali chwilę, aby upewnić się, że najwyraźniej chory na biegunkę lub dobrze ukrywaną przed resztą świata grypę żołądkową bankier nie wrócił, po czym podciągnęli się przez otwór i znaleźli w jednej z kabin, z której jak najszybciej wyszli i podążyli do pomieszczenia głównego, o tej porze już nie przyjmującego klientów, ale nadal pełnego papierkowej roboty. W tym samym czasie Neil, za drugim rogiem ulicy znajdującym się naprzeciwko Rafaela, czekał, aż Dalilea skończy parodię gry aktorskiej i da sygnał. W końcu się doczekał: gdy dziewczyna niby przypadkowo dwukrotnie tupnęła, razem z Rafaelem zaczął się skradać pod murem w kierunku strażników. Ci, jako niczego nie spodziewający się biedni ludzie, nawet tego nie zauważyli, do czasu, kiedy obaj jednocześnie oberwali w głowy z jakichś bardzo ciężkich przedmiotów, najprawdopodobniej cegieł lub fragmentów kostki brukowej. Chwilę po tym nieprzyjemnym incydencie zza rogu ulicy naprzeciwko nadbiegł Alek ze sprzętem: linami, workami i chustami. Dalilea wolała się nie zastanawiać, skąd je wziął.
Kiedy chłopak w końcu do nich dołączył, we czwórkę weszli do banku. Związanie bankierów nie było trudne, zwłaszcza że ci byli nieprzytomni dzięki Arowi i Tomowi, którzy już tam byli. Alek został w pomieszczeniu głównym, by pilnować związanych i dla pewności zakneblowanych pracowników instytucjii, a reszta grupy ubrana w stroje przed chwilą wymienionych tu osób poszła do skarbca. Z przodu trzymał się Aro, jako najstarszy budząc większe zaufanie niż inni, bez problemu przechodząc obok strażników, przy okazji jeszcze zdobywając od nich klucze od skrytki Patricoela. Wszystko szło zgodnie z planem, co zazwyczaj oznacza, że coś złego za chwilę zakłóci przebieg akcji, jednak nie tu: Dalilea i chłopacy bez najmniejszego problemu otworzyli sejf kapłana, wypełnili worki, a pieniądze, które się nie zmieściły rozrzucili po korytarzu, po czym ze świadomością dobrze wykonanego zadania wyruszyli w drogę powrotną. Dużo trudniejszą od wejścia, bo pod górkę i z ciężkimi worami pełnymi złota na plecach. W końcu dotarli do głównej komnaty, gdzie Alek dobijał co niektórych urzędników, którzy na swoje nieszczęście ocknęli się szybciej niż pozostali. Właśnie mieli wyjść, kiedy Dalilea, idąca na końcu, przypadkiem potrąciła jeden z palących się świeczników, który upadł na stertę papierów, znajdujących się na drewnianym stole obok wysuszonej liściastej rośliny zdobiącej pomieszczenie. Ten, kto choć trochę wie o właściwościach substancji wie, że i papier, i drewno, i rośliny, a zwłaszcza suche liście, są bardzo, ale to bardzo łatwopalne.

Rozdział 4 - Zmiana otoczenia

 Dalilea ostrożnie uchyliła drzwi do baru, po czym upewniwszy się, że nikt nie zwraca na nią uwagi, weszła i usiadła przy stoliku w kącie pomieszczenia. Jeszcze nigdy nie była w takim miejscu, w każdym razie nie oficjalnie. Wolno jej było wszystko. Hmm... Absolutnie wszystko? Dalilea rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu "pomocnika". W końcu zlokalizowała przy stoliku pod ścianą chłopaka wyglądającego na jakieś osiemnaście - dziewiętnaście lat. Podeszła do niego i przez chwilę szeptała coś na ucho. Nieznajomy uniósł brwi, po czym podszedł do baru i wrócił z dwoma kuflami piwa, z czego jeden postawił przed dziewczyną, a drugi zostawił sobie. Dalilea wzięła kubek i wróciła do swojego stolika. Zaczęła obserwować pomieszczenie. Piwa nawet nie tknęła, nie miało jej służyć do picia, tylko do ściągnięcia odpowiednich ludzi do planowanego przez nią przedsięwzięcia. Nie macie pojęcia, jaką różnicę robi ten jeden szczegół. Po chwili podszedł do niej facet w średnim wieku, na oko po pięciu czy sześciu kuflów piwa za dużo. "Nie, ten nie. Za bardzo upity" - Stwierdziła w duchu Dalilea i uprzejmie odesłała delikwenta do baru, jako alternatywę odejścia proponując zrobienie awantury. Kilku następnych facetów dziewczyna odesłała, a następnie znów zaczęła rozglądać się za potencjalnymi współpracownikami. W końcu podszedł do niej chłopak, od którego wyłudziła piwo i zapytał:
- A ty c...co tu robisz? Nie pijesz? Co pow...w... wiedziałaś Grubemu, Bolowi i Mietkowi, że dali ci spokój? Masz pojęcie, kim oni są? - Najwyraźniej wcześniej zamówione piwo mu nie przysłużyło i wpłynęło na dykcję, bo Dalilea z trudem odróżniła słowa. Nie odesłała go jednak, tylko kazała usiąść i opowiedzieć trochę o sobie. Po paru słowach zagroziła, że jak nie będzie mówił wyraźnie, da mu z liścia. Jak można się domyślić (chyba, że jest się Dalileą - wtedy domyślanie się czegokolwiek jest o wiele trudniejsze niż zazwyczaj), nie podziałało, więc po kolejnych paru słowach dziewczyna spełniła obietnicę. Po następnych kilku zdaniach, chłopak odzyskał płynność mowy i zaczął:
- Jestem Rafael, mam eee... Chcesz wiedzieć ile mam lat?
- A jak myślisz? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie Dalilea.
- Typowa kobieta, ty się pytasz, a ona "Domyśl się!"... Pff... Mam osiemnaście lat, mieszkam eee... Chcesz wiedzieć gdzie mieszkam?
- Domyśl się.
- Wiedziałem... Mieszkam na ulicy mostowej, znaczy tej przy moście, znaczy... Ech, co tam. Mieszkam pod mostem, jestem sierotą, a kasę zdobyłem pracując tutaj jako kucharz... No, nie, nie kucharz. Ten, co przygotowuje to, co ludzie przychodzący tutaj nazywają dobrym jedzeniem, bo nigdy jeszcze nie jedli kurczaka z żurawiną.
- Gdybyś miał teraz wymyślić sobie motto życiowe, jak ono by brzmiało?
- Nie potrzebuję żadnego motta życiowego.
"No jasne..." - pomyślała Dalilea. Po co w ogóle o to zapytała?
- Charakter?
- Zły.
"Jasne, że tak..." - powtórzyła Dalilea w duchu. Cóż, w końcu sama chciała wiedzieć...
- Zainteresowania?
- Potrafię malować i chodzić po cichu, aczkolwiek jak się żyje pod mostem i czasem kradnie, trzeba to potrafić.
- To przy kradzieży trzeba malować?
- Eee... Co? Nie, chodzić po cichu...
- Masz pod mostem jakichś znajomych?
- Co?
- To co słyszałeś. Znajomi?
- Tak, mam paru, ale nie sądzę, żebyś chciała ich bliżej poznać.
- Zaprowadź mnie do nich.
- Nie.
- Co?
- Nie.
- Dam ci to piwo.
- Na pewno? - Rafael spojrzał na kufel jakby ten był dla niego ostatnią szansą na ratunek przed... Cóż, trudno powiedzieć przed czym może uratować piwo (poza trzeźwością oczywiście), ale musiało być straszne.
- Jak najbardziej. - Odparła Dalilea, wręczając mu kufel. Po tych słowach dziewczyna i chłopak opuścili bar i skręcili w najbliższą uliczkę. Dalej prowadził ją Rafael.

niedziela, 3 lipca 2016

Rozdział 31 - Drzwi otwarte

Drzwi otworzył mag w podeszłym wieku i poplamionej sosem szacie. Kai po chwili stwierdził, że pachnie kurczakiem. Ceres natomiast,  że wypada się odezwać.
- Dzień dobry, my... No, dziwna historia. Jesteśmy głodni i zmęczeni po tym jak mój ojciec wyrzucił nas przez okno. Moglibyśmy tu chociaż przenocować albo dostać coś do jedzenia lub picia? Nie mamy za bardzo pieniędzy ale możemy coś zrobić żeby zapłacić.
Mag popatrzył nerwowo za siebie, jakby martwił się czy kolega nie kradnie mu jedzenia z talerza podczas jego chwilowej nieobecności, po czym zaczął:
- Obawiam się, że akurat nie mamy wolnych kwater i funduszy na żywienie podróżnych...
I spróbował zamknąć drzwi, jednak Ceres wsadziła nogę między nie a framugę i spróbowała jeszcze raz:
- Umiem gotować, sprzątać, grać w brydża i przede wszystkim rzucać całkiem potężne klątwy, możemy wejść?
Mag znów obejrzał się za siebie w poszukiwaniu pomocy. Zamiast tego usłyszał niewyraźny krzyk dyrektora:
- Wpuść ich, Bonns! Będzie zabawnie!
Mag z westchnieniem otworzył szerzej drzwi i wpuścił parę przyjaciół do środka. Ceres rozejrzała się uważnie, natomiast Kai skierował nos w kierunku z którego dochodził zapach jedzenia i zamarł w bezruchu.
- Co to w ogóle za miejsce? - Zapytała dziewczyna. Nie usłyszała jednak odpowiedzi, ponieważ mag, który otworzył drzwi, zdążył już uciec z powrotem do jadalni, która była... No właśnie, gdzie on zniknął? Na korytarzu były tylko dwoje drzwi, jedne na samym końcu a drugie wejściowe. Zza tych pierwszych właśnie dobiegał zapach jedzenia. Ceres spróbowała do nich podejść, jednak za każdym krokiem drzwi razem ze ścianą odsuwały się odrobinę, tak, że odległość pomiędzy wchodzącymi a wejściem była wciąż taka sama, to znaczy stanowczo za duża. Ceres uśmiechnęła się i odwróciła przodem do drzwi frontowych. Podeszła do nich i zaczęła je głaskać, mówiąc łagodnym tonem:
- Dobre drzwi, kochane, wpuściły nas na zlecenie maga, jednak dzielnie bronią terenu wewnątrz, nie bojąc się niczego i nikogo, nie to co te na końcu korytarza, uciekają jakbyśmy chcieli je wyważyć... A nie chcemy! Pragniemy tylko dostać się tam, gdzie tamten mag...
Nagle Ceres się odwróciła i złapała za klamkę drzwi na końcu korytarza, które w czasie mówienia przybliżyły się do niej, jak dzieci bawiące się w "1,2,3, baba Jaga patrzy!"
- Mam was! - zawołała tryumfalnie Ceres - Myślałyście że nie zauważę jak się przysuniecie? Bezczelne, widzisz Kai? Mają nas za idiotów!
Po czym szarpnięciem otworzyła drzwi. W środku znajdował się schowek na szczotki.
- A więc tak się bawimy? - Zapytała Ceres. Znów zamknęła drzwi, po czym zapytała samą siebie:
- A w sumie ciekawe, co jest w tym schowku? Może coś, czym mogłabym wyważyć te drzwi? Albo zapałki? Albo może... Różowy słoń? Nie lubię słoni. Ani różowego.
Po czym znów otworzyła drzwi. Tak jak się spodziewała, w środku był gruby, różowy słoń w czapce urodzinowej i koszulce z namalowanymi na niej zapałkami. Udawając strach, krzyknęła piskliwie i szybko zatrzasnęła drzwi.
- Dobrze tylko że tam nie było starej czarnej szafy z której wydobywają się dziwne dźwięki. To byłoby naprawdę okropne, prawda Kai?
Smok, rozumiejąc już o co chodzi jego pani, pokiwał energicznie głową. Ceres znów otworzyła drzwi. Za nimi była olbrzymia czarna szafa ze złotymi zdobieniami. Dało się słyszeć ciche chrobotanie i piski ze środka. Ceres znów zamknęła drzwi i powiedziała:
- Ależ te drzwi są złośliwe... Zaczynam mieć dosyć tego korytarza. Od teraz nie lubię korytarzy. Mówcie co chcecie, i tak ich nienawidzę! A drzwi jeszcze bardziej! Po co to komu? Zasłony są o wiele lepsze!
I znów otworzyła drzwi, po czym przekroczyła próg. Tak jak chciała, znalazła się w długim korytarzu z wysokim sufitem i drzwiami po obu stronach. Pogłaskała jeszcze klamkę tych, którymi przed chwilą weszła, szepcząc:
- Dobrze wiem, że nie jesteście takie głupie żeby tylko robić mi na złość. Dziękuję.
I ruszyła dalej po dywanie, a za nią pofrunął Kai. Któreś z tych drzwi po bokach prowadziły do jadalni, smok doskonale to czuł. Skierował się w kierunku, z którego dochodził zapach pieczonego mięsa i świeżych bułeczek. Za nim podążyła Ceres. Zatrzymali się przed dwuskrzydłowymi drzwiami z lekko popękanego drewna wzmacnianego metalowymi elementami. Wyglądały jakby codziennie, conajmniej trzykrotnie, kilkudzieścia osób dobijało się do nich,  czekając z niecierpliwością na jedzenie. Ceres otworzyła jedno ze skrzydeł, zajrzała za nie i razem z Kai'em wsunęła się do środka pomieszczenia.
- Trafiliśmy. - Stwierdziła zadowolona.