Drzwi otworzył mag w podeszłym wieku i poplamionej sosem szacie. Kai po chwili stwierdził, że pachnie kurczakiem. Ceres natomiast, że wypada się odezwać.
- Dzień dobry, my... No, dziwna historia. Jesteśmy głodni i zmęczeni po tym jak mój ojciec wyrzucił nas przez okno. Moglibyśmy tu chociaż przenocować albo dostać coś do jedzenia lub picia? Nie mamy za bardzo pieniędzy ale możemy coś zrobić żeby zapłacić.
Mag popatrzył nerwowo za siebie, jakby martwił się czy kolega nie kradnie mu jedzenia z talerza podczas jego chwilowej nieobecności, po czym zaczął:
- Obawiam się, że akurat nie mamy wolnych kwater i funduszy na żywienie podróżnych...
I spróbował zamknąć drzwi, jednak Ceres wsadziła nogę między nie a framugę i spróbowała jeszcze raz:
- Umiem gotować, sprzątać, grać w brydża i przede wszystkim rzucać całkiem potężne klątwy, możemy wejść?
Mag znów obejrzał się za siebie w poszukiwaniu pomocy. Zamiast tego usłyszał niewyraźny krzyk dyrektora:
- Wpuść ich, Bonns! Będzie zabawnie!
Mag z westchnieniem otworzył szerzej drzwi i wpuścił parę przyjaciół do środka. Ceres rozejrzała się uważnie, natomiast Kai skierował nos w kierunku z którego dochodził zapach jedzenia i zamarł w bezruchu.
- Co to w ogóle za miejsce? - Zapytała dziewczyna. Nie usłyszała jednak odpowiedzi, ponieważ mag, który otworzył drzwi, zdążył już uciec z powrotem do jadalni, która była... No właśnie, gdzie on zniknął? Na korytarzu były tylko dwoje drzwi, jedne na samym końcu a drugie wejściowe. Zza tych pierwszych właśnie dobiegał zapach jedzenia. Ceres spróbowała do nich podejść, jednak za każdym krokiem drzwi razem ze ścianą odsuwały się odrobinę, tak, że odległość pomiędzy wchodzącymi a wejściem była wciąż taka sama, to znaczy stanowczo za duża. Ceres uśmiechnęła się i odwróciła przodem do drzwi frontowych. Podeszła do nich i zaczęła je głaskać, mówiąc łagodnym tonem:
- Dobre drzwi, kochane, wpuściły nas na zlecenie maga, jednak dzielnie bronią terenu wewnątrz, nie bojąc się niczego i nikogo, nie to co te na końcu korytarza, uciekają jakbyśmy chcieli je wyważyć... A nie chcemy! Pragniemy tylko dostać się tam, gdzie tamten mag...
Nagle Ceres się odwróciła i złapała za klamkę drzwi na końcu korytarza, które w czasie mówienia przybliżyły się do niej, jak dzieci bawiące się w "1,2,3, baba Jaga patrzy!"
- Mam was! - zawołała tryumfalnie Ceres - Myślałyście że nie zauważę jak się przysuniecie? Bezczelne, widzisz Kai? Mają nas za idiotów!
Po czym szarpnięciem otworzyła drzwi. W środku znajdował się schowek na szczotki.
- A więc tak się bawimy? - Zapytała Ceres. Znów zamknęła drzwi, po czym zapytała samą siebie:
- A w sumie ciekawe, co jest w tym schowku? Może coś, czym mogłabym wyważyć te drzwi? Albo zapałki? Albo może... Różowy słoń? Nie lubię słoni. Ani różowego.
Po czym znów otworzyła drzwi. Tak jak się spodziewała, w środku był gruby, różowy słoń w czapce urodzinowej i koszulce z namalowanymi na niej zapałkami. Udawając strach, krzyknęła piskliwie i szybko zatrzasnęła drzwi.
- Dobrze tylko że tam nie było starej czarnej szafy z której wydobywają się dziwne dźwięki. To byłoby naprawdę okropne, prawda Kai?
Smok, rozumiejąc już o co chodzi jego pani, pokiwał energicznie głową. Ceres znów otworzyła drzwi. Za nimi była olbrzymia czarna szafa ze złotymi zdobieniami. Dało się słyszeć ciche chrobotanie i piski ze środka. Ceres znów zamknęła drzwi i powiedziała:
- Ależ te drzwi są złośliwe... Zaczynam mieć dosyć tego korytarza. Od teraz nie lubię korytarzy. Mówcie co chcecie, i tak ich nienawidzę! A drzwi jeszcze bardziej! Po co to komu? Zasłony są o wiele lepsze!
I znów otworzyła drzwi, po czym przekroczyła próg. Tak jak chciała, znalazła się w długim korytarzu z wysokim sufitem i drzwiami po obu stronach. Pogłaskała jeszcze klamkę tych, którymi przed chwilą weszła, szepcząc:
- Dobrze wiem, że nie jesteście takie głupie żeby tylko robić mi na złość. Dziękuję.
I ruszyła dalej po dywanie, a za nią pofrunął Kai. Któreś z tych drzwi po bokach prowadziły do jadalni, smok doskonale to czuł. Skierował się w kierunku, z którego dochodził zapach pieczonego mięsa i świeżych bułeczek. Za nim podążyła Ceres. Zatrzymali się przed dwuskrzydłowymi drzwiami z lekko popękanego drewna wzmacnianego metalowymi elementami. Wyglądały jakby codziennie, conajmniej trzykrotnie, kilkudzieścia osób dobijało się do nich, czekając z niecierpliwością na jedzenie. Ceres otworzyła jedno ze skrzydeł, zajrzała za nie i razem z Kai'em wsunęła się do środka pomieszczenia.
- Trafiliśmy. - Stwierdziła zadowolona.
Ten rozdział powinien mieć tytuł "Jak Wytresować Drzwi"
OdpowiedzUsuńXD
Swietny
Jak ja uwielbiam twój styl pisania :D